|
|
|
Showman: - Proszę państwa, postanowiliśmy zgłębić kolejny problem życiowy. Oto scena. I każdy wie co tu się dzieje, choć nie każdy rozumie. Tu są pierwsze rzędy. I one nie są tajemnicą. Lecz jakże często koniec sali tonie w mroku. Więc...
Kabaret POTEM wykona numer pt. "CO TAM NA KOŃCU SALI?" I oto nasz specjalny wysłannik przybliży nam obraz końca sali. Halo wysłannik, halo wysłannik.
Reporter: (z końca sali) - Halo scena. Tu ja, tu ja! Jestem na końcu sali.
Showman: - Świetnie. Powiedz nam coś o końcu sali.
Reporter: - Tu jest ściana i okno, nade mną sufit, zdaje się, że ten sam co u ciebie...
Showman: - Pięknie! Mój sufit jest waszym sufitem!... Przechodzę teraz do rutynowego opowiadania dowcipu, a ty obserwuj co się będzie działo.
Reporter: - Mów, wyczuwam korzystne napięcie na końcu sali.
Showman: - A zatem do lekarza przychodzi baba, Polak, Rusek i Niemiec. Lekarz się pyta baby: Co pani jest? baba na to: Krawcowa. A Polak do Ruska i Niemca: Nie mówiłem, że tu się można nieźle zabawić!?.. Mów na gorąco, co tam na końcu sali. Śmiali się?
Reporter: - No, nie wiem jak to powiedzieć, żeby ci nie było przykro...
Showman: - Wal prosto!
Reporter: - Są tacy których nie rozbawiłeś...
Showman: - Dlaczego? Uważam, że byłem świetny. Dowiedz się czegoś...
Reporter: (pyta smutniejszego widza) - Dlaczego cię nie rozbawił?
Widz: (...)
Reporter: (powtarza po widzu, improwizuje, albo coś...) (ew. - szkoda mu słów dla ciebie)
Showman: - Proszę cię! Polemizuj!
Reporter: (do widza) - Czy nie uważasz, że jesteś niewyrobioną publicznością?
Widz: (...)
Showman: - Przypominam, że cały czas odbywa się relacja na żywo z końca sali.
Reporter: - Przyznał się. On jest niewyrobioną publicznością!
Showman: - O, tak mi mów! Jakie są nastroje?
Reporter: - Już zajmuję się nastrojami. Czy aktor powinien spróbować jeszcze raz rozbawić nas tu, czy lepiej niech skończy?
Widz: (...)
Reporter: - Baw nas dalej! Baw nas aż do rozpuku!
Showman: - Dobrze. Kobiety które się boją rozpuków, niech się schronią w męskich ramionach. A ja wykonam minę która niejednemu boki zerwała. (wykonuje) i szybki skecz: wraca facet z delegacji a tam w łóżku żona z mężem.
Reporter: - Ale świetnie ci idzie. Publika szaleje!
Showman: - Tak patrzę po ludziach z przodu i nie bardzo...
Reporter: - Z tyłu jest szał!
Showman: - Zbliżamy się do końca. Koniec skeczu będzie zaskakujący: Słońce, słońce, słońce, słońce, sala jak kij ma dwa końce.
Reporter: - Na końcu sali nastąpiła niewyobrażalna wprost refleksja! Niektóre osoby wyszły to sobie przemyśleć.
|
|
|
Występują:
Barbara - ciotka trupa
George - wuj trupa
Wincent - stryjek trupa
Collins - inspektor
(bohaterowie sztuki wciągają trupa za nogi, tak żeby ledwie wystawał)
Barbara - Boże, to okropne! Zabity trup!
Wincent - Truuuu!
Wszyscy - Truuuu, truuuu, truuuu!
George - Spokojnie! Czy ktoś zadzwonił po policję?
Barbara - Tak. Zbliża się. Matko, jaki przystojny!...
Collins - (wchodząc) Inspektor Collins. Proszę się nie ruszać. (wszyscy nieruchomieją) Będzie dochodzenie.
Wszyscy - Yh!!!
Collins - Ruszyliście się! Wszyscy się ruszyliście!
George - To z nerwów. Tu jest trup.
Collins - Collins, do dzieła! Mordercą jest... (jeździ palcem po wszystkich) jest... mordercą jest...
(podejrzani ogromnie się denerwują, wycierają czoła chusteczkami)
George - Proszę szybciej! Zostawiłem włączone żelazko!
Collins - (do Georga) To może pan jest mordercą?
Wszyscy - Yh!!!
Barbara - Jak mogłeś? (mdleje bezpiecznie)
(Vincent też się egzaltuje)
George - Co?! O nie!!! Nie wmówicie mi!!! To nie ja zabiłem!!! Dlaczego tak patrzycie??!! Ja płacę podatki!!!
Collins - Proszę się uspokoić. To tylko propozycja.
Barbara - Tylko propozycja? Myślałam, że już jedziemy do domu.
Collins - Jeszcze chwilę! A może to pan zamordował. (twarz w twarz do Vincenta)
Vincent - Dlaczego ja?
Collins - Rzeczywiście. To nie pan zabił. Jest pan wolny. Proszę stanąć za mną. (Vincent staje za Collinsem) A więc, może to pan zabił George?
George - Co?! O nie!!! Nie wmówicie mi!!! To nie ja zabiłem!!! Dlaczego tak patrzycie??!! Ja płacę podatki!!!
Collins - Faktycznie. Jest pan wolny. (George staje za Collinsem)
Barbara - A co będzie ze mną?
Collins - Z panią? W wieku 50 lat twarz pani pomarszczy się jak stare jabłko. Oto, co się z panią stanie.
Barbara - To jestem wolna?
Collins - Wolna będzie pani za wiele lat. Wolna jak pomarszczone jabłko.
Wszyscy - Yh!!!
Barbara - Ale ja tego nie zrobiłam!
Collins - Proszę mi wybaczyć. Miałem nadzieję, że to pani. (Barbara staje za Collinsem, Collins patrzy na pustkę) Do licha! A podejrzani gdzie? A, tu się schowaliście! Gdyby ktoś się przyznał mielibyśmy wolny wieczór... No, panie Vincent, panu tak źle z oczu patrzy...
Vincent - Co?! O nie!!! Nie wmówicie mi!!! To nie ja zabiłem!!! Dlaczego tak patrzycie??!! Ja płacę podatki!!!
George - Wincent, przyznaj się. Win cent! Win cent! (porywa wszystkich do skandowania)
Wincent - To inspektor zabił!
Collins - Co?! O nie!!! Nie wmówicie mi!!! To nie ja zabiłem!!! Dlaczego tak patrzycie??!! Ja płacę podatki!!! Widzicie, to nie ja.
Barbara - To co do cholery? Ktoś go musiał zabić. Przecież nie popełnił samobójstwa!
Collins - A może...
Wszyscy - Yh!!!
Collins - Popełnił samobójstwo?
(Trup zza kulis): Co?! O nie!!! Nie wmówicie mi!!! To nie ja mnie zabiłem!!! Dlaczego tak patrzycie??!! Ja płacę podatki!!!
KONIEC
|
|
|
Reżyser - (z gazetą) Hop, hop, hop, na scenę! Raz! Raz!
(gramolą się na scenę, jeden je kanapkę i pije herbatę)
Aktorka - Jezu, po co pan się tak drze?
Reżyser - Proszę w roli to mówić. Nie ma na scenie prywatności. Powtórzyć.
Aktorka - (gra) Jezu, po co pan się tak drze?
Reżyser - Dobrze. Wszyscy są?
Wszyscy - Tak.
Reżyser - W roli.
Wszyscy - (grają) Tak.
Reżyser - Poprawnie. Siad.
(siadają)
Reżyser - Zespół nasz jest z prowincji…
Wszyscy - (wstają i mówią na raz, bronią tej prowincji i nie da się ukryć, że siebie również, lekko wolno ale z uczuciem,)
Reżyser - Spokój…Siad…(siadają) Brakuje dobrych aktorów. Brakuje dobrej aktorki.
Aktorka - (płacze a reszta pociesza ją, daje jej chusteczkę)
Reżyser - Postanowiłem ściągnąć aktora z zewnątrz…
Aktorka - (wstaje) Ładny?
Reżyser - Nie znam się na tym.
Aktorka - (z nadzieją) To może ładny.
Reżyser - Przyjmijcie go dobrze, jest młody, zdolny, z Warszawy.
(wchodzi Andrzej, nastaje cisza)
Andrzej - Andrzej jestem.
Lizus - Jak?
Andrzej - Andrzej.
Lizus - Aaa…Rysiek, ledwo można zrozumieć.
Reżyser - Ja wam zaraz dam Rysiek!!!
Lizus - Aaa… Andrzej. Tak jakoś dopiero dotarło.…
Aktorka - A pan tak (wkręca żarówki) raczej Bonisławski czy (wkręca żarówki) Kantor?
Andrzej - Słyszeli państwo o nowej szkole aktorskiej Chateaou de Luxe?
Oni - Nie.
Reżyser - (czyta gazetę) Panie Andrzeju, niech mi pan nie płoszy aktorów.
Lizus - Komu chce pan zaimponować? A był pan na tym … są żer… są żete …
Aktorka - Żepatą …Y … Że pa … Coś po francusku.
Lizus - Kurwa kto to pamięta?
Reżyser - (zza gazety) Że pą la petit!
Lizus - No. Oni tak chodzili i mówili: „Purkła! Purkła!” Bardzo ciężki spektakl.
Aktorka - Spłakałam się wtedy jak dziecko a oni ciągle : „Purkła”.
Reżyser - A’propos, czy to się w końcu wyjaśniło dlaczego oni tak purkła?
Lizus - Ja musiałem wcześniej wyjść bo miałem pociąg do Polski.
Andrzej - Jaką państwo sztukę obecnie grają?
Reżyser - „Hamleta”.
Lizus - Szekspira. (wszyscy spoglądają na niego)
Andrzej - Ooo, to dobra sztuka.
Lizus - Rola Hamleta już zajęta.
Reżyser - Nie. Pan Andrzej będzie grał Hamleta, pan przejdzie na halabardnika.
Lizus - Kurwa. Co?…A pan?…A ja?…Że co? … To tak?!
Aktorka - Halabardnik też fajny. Przecież halabardę można trzymać tak, (przekrzywia pod kątem) i tak, i tak, w różne strony świata. W cztery.
Lizus - (wpada w szał) To my z Wodiczkiem zakuwaliśmy to aktorstwo tyle lat jak dzikie osły a Wodiczko w Sulechowie kurtynę podnosi a mnie na halabardnika?!!!
Andrzej - Rozumiem to wzburzenie. Zdaję sobie sprawę, że to podświadoma reakcja psyche w obliczu utraty głównej roli.
Aktorka - Matko, ze stolicy.
Reżyser - Siad. (siadają) Proszę. Gramy scenę z Ofelią. Kolega staje tu, halabarda gdzie?
Lizus - (z osłabieniem) Kurwa nie wezmę.
Reżyser - Grać!
Andrzej - Chciałbym się przygotować do roli. (reżyser kiwa głową akceptująco, Andrzej siada i z zamkniętymi oczami masuje skronie)
Lizus - Przejrzałem go. Radiestezja. Ale w teatrze to się nie sprawdza.
Andrzej - (do reżysera) Trudno się skupić.
Reżyser - Panie Andrzeju, to zamiast się skupiać niech pan gra!
Andrzej - (recytuje „Och, Ofelio, ileż mąk przeżywam, jakie rozterki mną targają, ach stryj wiedziony żądzą władzy…”)
Wszyscy - (przeszkadzają mu, Lizus szczypie babkę, ona piszczy, ktoś upuszcza długopis, krztusi się robiąc fontannę z herbaty)
Lizus - Przepraszam, ale pan żadnej miny nie zrobił.
Andrzej - W teatrze nie robi się już min.
Aktorka - Jak? „ileż mąk przeżywam” to trzeba zmarszczyć czoło.
Lizus - Kurwa, bez zmarszczenia nie ujedzie.
Aktorka - A: „jakie rozterki mną targają” to trzeba się do góry. (patrzy się w górę) Czyli: ileż mąk przeżywam (marszczy czoło), jakie rozterki mną targają (patrzy w górę)
Andrzej - Ludzie już nie akceptują min.
Lizus - Jak nie? Jak robię liska to zawsze rusza! (robi aktorce liska, znaczy udaje zwierzaczka, ona chichocze) No i co?
Aktorka - (jeszcze trochę się śmiejąc) No chyba ma rację.
Lizus - Ja chciałem liska do Hamleta wstawić ale mnie reżyser obcinał.
Reżyser - To se pan na halabardzie zrobi tego swojego liska.
Aktorka - Ojej. Jak fajnie.
Andrzej - Przepraszam, ale ja nie będę grał jak mi ktoś za plecami będzie liska robił!
Reżyser - Też mi ten lisek do Hamleta nie pasował. Lepsza będzie dzika wiewiórka. I lepiej niech się pan tego nauczy. (robi mu dziką wiewiórkę, aktorka chichocze, schodzą)
KONIEC
28.04.1997r.
Autor - Klub Literatów „Zeppelin” na podstawie opowiadania Joanny Chudej i Grzegorza Halamy pod tym samym tytułem.
|
|
|
(stoi aktor na scenie i mówi tekst)
Aktor - „A żagle sztuki będą górowały nad morzem kiczu. I choćby tysiące bałwanów spienionych ryczało nad żaglami to nie ugnie się maszt. O nie!” Nie, nie, nie, o nie, nie. O nie! Tak... „I choćby mi pod nogi rzucano...”(wpada zeszyt) Co. Co to jest?
Fanka - Grzecznie proszę o autograf!
Aktor - Że co?
Fanka - Uwielbiam pana!
Aktor - (pod nosem) Ach, fanka. (podpisuje) Jak pani na imię?!
Fanka - Aneta!
Aktor - Anecie wpisuje się Stanisław Barbara Malczycki! Co pani tak z daleka?
Fanka - Mama ostrzegała, że artyści to świnie!
Aktor - Niech pani nie opowiada. A Holoubek, a Mikulski, a pan Tik-Tak?...
Fanka - A Wodiczko?
Aktor - Wodiczko, Wodiczko... Kto to jest Wodiczko?
Fanka - Miejscowy aktor. Przystojny jest, ładnie gra, wysoki ale świnia!
Aktor - Ale ja, nie jestem za przeproszeniem - Wodiczko.
Fanka - Każdy z początku tak mówi! A jak tylko podejdę po autograf to zaraz buziaka chcą ukradnąć!
Aktor - A jak już ukradną buziaka to co?... Wpisują Wodiczko?
Fanka - Nie rozumiem!
Aktor - A mama pani to chyba nie lubi artystów?
Fanka - Nie lubi! Znała kiedyś takiego, ale jej nakłamał, pieniądze ukradł i wszystkie biżuterie i uciekł. I później to go tylko we filmie widziała, jak w pociągu przejeżdżał.
Aktor - Wszystko ukradł... ?
Fanka - Mnie zostawił. Ale mama mówiła, że to normalne i zaczęła mnie wychowywać!
Aktor - To tłumaczy dlaczego pani taka zdystansowana.
Fanka - Nie rozumiem!
Aktor - Skąd w pani ta nieufność.
Fanka - Nie rozumiem!
Aktor - (macha rękami z rezygnacją) To zbiera pani autografy?
Fanka - Rozumiem! Tak! Ale nie dla przyjemności zbieram! Mama wszystkie sprawdza aż dorwie tego łajdaka!
Aktor - Ładnie, że pani mamie pomaga.
Fanka - Nie? Nadejdzie jeszcze czas zapłaty!...
( zza kulis wpada bukiet kwiatów)
Aktor - To dla mnie? (chce podnieść ale bukiet się cofa) Co za żarty?
Fanka - A mamie pan dobrze życzy?
Aktor - Oczywiście. (chce podnieść ale to samo, jest bliżej kulis)
Fanka - A należy się mamie za krzywdę?!
Aktor - Należy. (chcąc podnieść kwiaty wchodzi za kulisy a tam łomot, jęk jakowyś oraz ręka zza kulis bezwładna)
Fanka - Mamo, tylko stówa!
Mama - Ziarnko do ziarnka a zbierze się miarka.
KONIEC
|
|
|
(ona z termometrem w ustach, on z chustkami do nosa na wszystkich sygnetach i we wszystkich kieszeniach)
Narrator - Poznali się w przychodni rejonowej u lekarza od płuc. On - panicz z wątłymi płucami, na których z nostalgią zwisają suchoty, ona - wątła dziewczyna nie stygnąca poniżej 38C. Ujrzał ją nagle - dziewczęce oblicze spowite rumieńcem gorączki. Zakaszlał do niej nieśmiało. Ona, spojrzała na niego błyszczącymi oczami. Zrozumieli nagle, że od tej pory będą kaszleć już razem.
Lucjan - Spójrz Weronko jaka piękna nasza miłość.
Weronka - Piękna Lucjanie, ale gdzie mam patrzeć?
Lucjan - Na mnie, na siebie, na Narratora, on tak pięknie wygląda.
Narrator - A pięknie wyglądał Narrator tego dnia.
Lucjan - To już rok jesteśmy razem.
Weronka - Już rok dopiero?
Lucjan - Tak! Kupiłem coś na tę okazję.
Weronka - No?
Lucjan - Syrop.
Weronka - A.
Lucjan - Tak, syrop. Założymy biały obrus, włączymy inhalator, świece, Mozart, butelka syropu i tylko my oboje...
Narrator - I pobiegła Weronka po obrus, ale długo nie wracała.
Lucjan - Dlaczego nie ma jej tak długo???
Narrator - Ja wiem, ale mogę nie mówić.
Lucjan - Ja mogę mówić ale nie wiem.
Narrator - Weronka została porwana. Ach, mogłem tego nie mówić.
Lucjan - Gangsterzy?!
Narrator - Nie, przeciąg.
Lucjan - Nie! Nie mogę żyć bez Weronki. Pobiegnę za nią.
Narrator - Pobiegł Lucjan za Weronką. Lecz jak to jesienią: wiatry zmienne, porywiste, nie dane im było się odnaleźć. (zza kulis wwiewani i wywiewani nawołują się) Mijały lata a oni walczyli z żywiołem. Okrzepli w walce, zmężnieli. Aż po latach spotkali się w tym samym miejscu. Tu.
Lucjan - (wbiegając wita się z Narratorem) O, kupa lat, ciągle tu stoisz?
Weronka (prawie wpadając na Lucjana) - Lucjan!
Lucjan - Weronka! (przygląda się) Zmężniałaś.
Weronka - Ty też jakiś zdrowszy... rumiany... buraczany.
Lucjan - Oczy już ci tak nie błyszczą...
Narrator - Patrzyli na siebie i zrozumieli, że coś tu nie tego...
Lucjan - Weronka...
Weronka - Hm?
Lucjan - Nasza gorączka wygasła.
Narrator - Lecz niech się państwo nie martwią, bo oboje za kilkadziesiąt lat dostali reumatyzmu. Ale już osobno. I, nie wiem czy to prawda, ale ludzie gadają, że na przychodni rejonowej siadają dwa białe ptaki i symbolizują,
|
|
|
(mama w emocjonalnych momentach zatacza się z wrażenia, tato zasadniczy)
Mama: (naciera na Krzysia, Krzysio się wycofuje) - Krzysiu, załóż szalik, wycieraj buty, czy mówiłeś dzisiaj „dzień dobry”, nie wypiłeś mleka, myj ręce, myj myj często, kochasz mamę? Kaszlałeś dzisiaj rano, wynieś śmieci...
Tato: - (przechwytuje Krzysia) Krzysiu, ucz się dobrze, kiedy ty dorośniesz, masz jeszcze czas na dziewczyny, o której to się wraca, najpierw lekcje odrób...
Krzysio: - Mogę coś ja?
Tato: - Możesz, ale mało.
Krzysio: - Jestem już dorosły, mam trzydzieści lat.
Tato: - Udowodnij.
Krzysio: - Dowód? Proszę (podaje dowód seria AB 9385622).
Mama: - (zataczając się) Och, to prawda...
Tato: - Hm... to mu niepotrzebnie kupujemy klocki...
Krzysio: - Chcę wam coś powiedzieć.
Mama: - Ojciec, nie pozwól mu mówić.
Tato: - Ojciec ocjciec! A kto go nauczył mówić, ja?!... Trzeba było przestać na „mama” i „tata”.
Krzysio: - Rodzice. Chcę być samodzielny! Mieć swoją rodzinę!
Mama: - Masz w domu - dobrą małodzietną rodzinę. Tu (gest) twoje miejsce.
Tato: - Tyś krew z krwi, kość z kości, Tomczak z Wałbrzycha.
Krzysio: - Chcę założyć własną rodzinę.
Mama: -(płacząc) Rodzinę z obcymi chce zakładać!
Tato: - Widzisz, matka płacze! Serca nie masz!
Krzysio: - Do cholery, jestem już dorosły.
Mama: - Słyszałeś? Przeklął nas!
Krzysio: - Nie was, tylko wzmocniłem wypowiedź.
Mama: - Przeklął! Staszek, reaguj obrazą!
Krzysio: - Nie was!
Tato: - Poczekaj. Synu, jak ty już przeklinasz, to pewnie też wiesz, że nie bocian cię przyniósł...
Krzysio: - Wiem.
Tato: - Wiesz, że to myśmy za bociana całą robotę odwalili...
Krzysio: - Chcę zacząć własne życie!
Tato: - Własne? Myśmy ci to życie dali. Nie święty Mikołaj, nie sąsiad!
Mama: - Synu, nie bierz poważnie wszystkiego co mówi ojciec...
Tato: - Myśmy cię tymi ręcami, mniejsza o ręce. Masz nas słuchać bo tyś nasz! NASZ!
Mama: - (intonuje cicho patrząc wymownie w oczy Krzysia) Nasz nasz Tomczaków ród, nasz Tomczaków...
Tato: - (podchwytuje) ... ciężki trud, my na polskiej ziemi, nigdy nie zginiemy...
Krzysio: - Tato! Mamo! Szanowni rodzice. Ja Krzysiu Tomczak, syn Stanisława i Anny (tu brawa od rodziców) mam już trzydzieści lat (tu gwizdy od rodziców) Dajcie mi skończyć! Precz z kaszką! Precz z klockami, precz z dobranocką. Chcę pić, palić i hulać! Precz ze zdrowym trybem życia. EKG-KGB! Wszystko! (odchodzi uniesiony)
Tato: - Tośmy se subkulturę wychowali.
Mama: - Ja bym dała ogłoszenie do gazety: zamienię dziecko lat trzydzieści na dwa mniejsze...
|
|
|
Myśliciel: - Kiedy rano spoglądam w lustro, myślę sobie: znam tego faceta! Ale co ja o nim wiem? Nazwisko, adres, wiek, płeć?... To wszystko jest na zewnątrz: adres wiek płeć. Ale czy wiem, co jest w środku?... Ludzkie środki są tajemnicą! (stuka się w czoło) Puk puk puk, czy kogoś zastałem? A o co chodzi? Chciałem się bliżej poznać. Proszę odejść, bo zawołam policję! Ależ... Policja! Ja tylko... Policja!!!
Policja: - Policja, słucham...
Myśliciel: - Przepraszam, ja tak retorycznie zawołałem „policja” zgłębiając swoje id, ego i superego. Wie pan co mam na myśli?
Policja: (stoi chwilę nieprzenikniony) - Tak.
Myśliciel: - Dręczę się sobą. Czy wielowarstwowa struktura świadomości jest koniecznością dialektyczną?
Policja: (nieprzenikniony, po małej pauzie) - Tak.
Myśliciel: - Zazdroszczę panu tej pewności. Pana świat jest klarowny. Czy odnalazł pan prawdę o sobie?
Policja: (pauza) - Tak.
Myśliciel: - Oczywiście, jedynie poznając swoje wnętrze można zrozumieć byt. Ale co stanowi o istocie człowieka? Dusza? (patrzy na policjanta)
Policja: (pauza) - Tak.
Myśliciel: - Pan może mieć rację. Dusza jako symbol ego. Czegoś co pozwala powiedzieć „ja”. Ja - posiadacz umysłu, ja - mieszczący w sobie świat który spostrzegam. To miał pan na myśli?
Policja: (pauza) - Tak.
Myśliciel: - Ale co ważniejsze - ciało, rozum, czy dusza?
Policja: (wciąż nieprzenikniony, ale dłuższa pauza) - Najważniejszy porządek.
Myśliciel: - Czy ów porządek... Myśli pan o harmonii ciała, rozumu i duszy?
Policja: (pauza) - Tak.
Myśliciel: - Dziękuję. Pomógł mi pan wiele zrozumieć.
Policja: - Policja bawi, uczy, wychowuje.
Myśliciel: (odchodząc) - Marnuje się pan w policji! Dziękuję!
Policja: - To nie było nic trudnego. Jak u komendanta: tak, tak, tak.
|
|
|
(wbiega Hitler, chodzi nerwowo tam i z powrotem, za nim służący Johan)
Hitler - Hańba! Doner veter! Obelga! Ein zwei! Wstyd! Hańba! Niemcy! Eine kleine madchen! RMF FM!
Johan - Co się dzieje panie Hitlerze? Co się dzieje?
Hitler - Zejdź mi z oczu!
Johan - (Johan zawija się w kurtynę)
Hitler - Co ja ludziom powiem? Przegrałem wojnę! Oj, jak się Goebels dowie!.. Będzie bił trzcinką. Nie mogę nikomu tego powiedzieć! (podchodzi do kurtynki) Johan, udawaj, że mnie nie słyszysz… Przegrałem wojnę!
Johan - O mein Gott! (pada zemdlony)
Hitler - Johan nie szalej, nie szalej! Dawać mi tu Kronnenberga!
Johan - Dawać mi tu Kronnenberga!
(za kulisami wołają Kronnenberga a następnie: Idzie!!!)
Hitler - Johan wąsy.
Johan - (odchyla poły marynarki, na których ma rząd wąsów. Hitler zmienia wąsy)
Kronnenberg - (w geście Heil) Myłem!
Hitler - Myłem!
Kronnenberg - Przepraszam za tę szopkę, ale wiecie… Goebels.
(wszyscy leciutko się rozbiegają sycząc)
Hitler - A zresztą. Goebels Goebel głupi mebel.
Kronnenberg - Co?
Hitler - Goebels Goebel głupi mebel.
Kronnenberg - Co?
Hitler - Kapusta i kwas… nieważne! Kronnenberg ty szmato, przegrałem wojnę!
Johan - O mein Gott! (pada zemdlony)
Kronnenberg - A co ja winien? To nie ja! To Niemcy!
Hitler - Milcz! To przez ciebie!
Kronnenberg - Przez mnie? Ja otrzymałem tylko złe wychowanie. Wiecie przecież… Goebels.
(rozbiegają się sycząc)
Hitler - Przyznaj się. Nic ci się nie stanie. Jezu jak ja cię będę katował.
Kronnenberg - Słucham?
Hitler - Słucham?
Kronnenberg - (!…)
Hitler - Aaa kapusta i kwas…nieważne. Kronnenberg, inaczej z tobą pogadam. Johan, czerwone wąsy.
Johan - (daje czerwone wąsy)
Hitler - (nakłada) Jak wyglądam?
Johan - Jak idiota.
Hitler - Niebieskie! (nakłada niebieskie) Jak wyglądam?
Johan - Jak idiota.
Hitler - Czarne. (nakłada czarne) Jak wyglądam?
Johan - Jak idiota.
Hitler - Dobrze. (szepcząc do Kronenberga) Posłuchaj mnie hitlerowcu. Jak zaczynałem w 39 to nie tak to miało wyglądać! (rozkleja się) Moje gestapo, mój Wermacht... (pada na kolana) Teraz będą musieli pójść do uczciwej pracy.
Kronnenberg - (kurczy się leciutko) Do pracy? To obrzydliwe!
Hitler - Tak, do pracy. I powiedz mi Kronnenberg, tak po niemiecku, czy ktoś powinien za to odpowiadać?
Kronnenberg - Tak.
Hitler - - Po niemiecku! Czy ktoś za to odpowiada?
Kronnenberg - Ja!
Hitler - Brać go!
KONIEC
autor- Klub Literatów Zeppelin na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.
|
|
|
Przedstawiamy skecz p.t. "DOKĄD ZMIERZA NARRATOR" W roli tytułowej wystąpi artysta ziemi wałbrzyskiej, w roli artysty ziemi wałbrzyskiej wystąpi Darek, w roli Darka wystąpi Aśka. A więc niech stanie się skecz!
Narrator: - Pewnego dnia, a był to czwartek, na scenę wszedł Artysta. Powiedział:
Aktor: - Deski, światło, publiczność - to wszystko pozwala mi wierzyć we mnie, w mój talent.
Darek: - A żebyś się nie skichał!
Narrator: - Przerwał Artyście Darek.
Aktor: - Darek... on nie pozwala mi wierzyć we mnie, w mój talent.
Darek: - Ale co? Wyszedłeś na środek, rozwaliłeś się na scenie, postawiłeś głos... na treści się skup!
Narrator: - Upierał się Darek.
Aktor: -. Teatr jest nieograniczoną swobodą wcieleń. Ja aktor odkrywam siebie w teatrze. To fascynujące jaki jestem fajny!
Narrator: - Jak on miał nadzieję, jak on miał nadzieję...
Darek: - Nie miej nadziei!
Narrator: - Uciął krótko Darek.
Darek: - Ty też się zamknij!
Narrator: - Poskromił nagle Narratora.
Publiczność: (śmieje się lub nie bardzo)
Narrator: - Ha ha ha - zaśmiała się (nieśmiało; wewnętrznie) publiczność. Ha ha ha, zaśmiała się publiczność - powiedział Narrator.
Aktor: - Ty się tu nie lansuj.
Narrator: - Przyczepił się zazdrośnie Aktor - ...powiedział Narrator.
Darek: - Wycofuję się z tego skeczu.
Narrator: - Zrezygnował nagle Darek i wrócił na miejsce. - powiedział Narrator.
Aktor: - Mnie nie przegonisz.
Narrator: - Zawziął się Aktor - skomentował Narrator z nienaganną dykcją i niewyszukanym luzem.
Aktor: - (walczy jednym tchem) Nie wierzcie swoim oczom, nie wierzcie swoim uszom, bo nie narrator zajmuje poczesne miejsce w teatrze ale aktor który w kilku słowach potrafi zawrzeć to co... (co niesie ze sobą nieograniczone piękno warsztatu i ekspresji)
Narrator: - Przerwał na chwilę Aktor dla nabrania oddechu tracąc jednocześnie wątek - powiedział Narrator który w każdej sytuacji potrafił podtrzymać ciągłość skeczu.
Aktor: - ...
Narrator: - Nastało na chwilę milczenie - odezwał się nagle Narrator... Cisza trwała zbyt długo więc Artysta powiedział:
Aktor: - ...
Narrator: - Artysta niespodziewanie zagrał pauzą. I tak stał... stał... - mówił Narrator... Aż nagle!...
Aktor: - ...
Narrator: - Aż nagle się nic nie wydarzyło! - skomentował Narrator, który nie miał co komentować. (...) ...Proszę, mów coś!
Aktor: - Mów coś - Zakwilił żałośnie Narrator. - Powiedział Aktor.
Narrator: - Do dupy to.
Aktor: - I to było jedyne co Narrator miał do powiedzenia OD SIEBIE.
|
|
|
Narrator: Przedstawimy skecz z zakresu czarnego humoru. Wiadomo, najlepsze numery wychodzą na pogrzebie. Więc tytuł brzmi: UMARŁ JAKUB UMARŁ. (rozstawia zapalone świeczki) Wyraźnie widać, że między świeczkami czegoś brakuje. Ale już idzie. Kroczy dumnie. Jest! Niech zabiją wszystkie dzwony, niech płacz się uniesie nad dachami, niech słońce zajdzie, niech śpiewa Bogusław Mec! Bo Jakub umarł i leży tu teraz taki markotny.
Stefan: - (przejęty) Ale się przekręcił.
Narrator: - (przejęty) Młodo umarł.
Fela: - (kamień z serca) Dobrze, że nikt go nie lubił.
(wszyscy potakują, że faktycznie ulga)
Stefan: - Jakub, Jakub, niedobrze ci w czarnym.
Narrator: - Pożegnajmy Jakuba razem.
Wszyscy: - Czeeeść, cześć. Nie pisz! Nie dzwoń! Czeeeeść.
Jakub: - Uuuu! (unosi się strasząc lekko)
Fela: - (wystraszona) On wyje.
Stefan: - (równie przejęty) To prawda! On wyje!
Narrator: - (zaniepokojony) To jak się podnosi. Moja siostra ma taką lalkę. Spróbujmy. (przydeptuje i puszcza)
Jakub: - Uuuu!
Narrator: - Proszę...
Jakub: - Uuuu!
Fela: - Nadal wyje.
Narrator: - Proszę nam tu nie wyć. Umarło się i trudno. Po co te sceny?!
Stefan: - Przyszliśmy na pogrzeb, nie na występ.
Jakub: - Muszę. Jestem potępioooony!...
Stefan: - To się naostrz.
Jakub: - Uuuu...
Stefan: - Co „uuu”?
Jakub: - Uuu słaby dowcip.
Stefan: (przydeptuje) - Odpoczywaj chłopie, odpoczywaj!
Jakub: (podnosi się) - Uuuu!
Stefan: - Połóżmy go na brzuchu, to się nie podniesie.
(przewracają na brzuch)
Narrator: - To nam umarł Jakub.
Fela: - Powiedzmy o jego zaletach.
Stefan: (...) - No to minuta milczenia?...
Jakub: (mruczy niezadowolony) - Ja nie chcę tak leżeć...
Stefan: - Pssst.
Jakub: - Uuuu!...
Fela: - Pssst...
Jakub: - (wstając zasłuchany) Ej, słyszeliście?
Narrator: - Psss...
Wszyscy: - Psss...
Jakub: - (utwierdzony) No, gdzieś się chyba gaz ulatnia. Pójdę sprawdzić.
Stefan: - Niepotrzebnie go zabieraliśmy na ten pogrzeb.
Narrator: - Nie wypadało nie zabrać. Solenizant.
|
|
|
(Leszek i Aśka z mapą szukają Domu Kultury)
Aśka - Powinniśmy iść tam. Przeczucie mi mówi, że tam.
Leszek - A mi facet powiedział, że tam! (w przeciwną stronę)
Aśka - Uwierz mi, mam przeczucie.
Leszek - Słuchaj, twoje przeczucie jest tu pierwszy raz, a tamten facet tu mieszka.
Aśka - Pokaż mapę.
Wielbiciel - (krzyczy już z daleka) Patrz! Patrz! Znam ją! Ona jest z telewizji. Chodź! (podchodzą bliżej) Jej, znam panią, pani jest z kabaretu Potem! (do kolegi) Poznajesz panią?
Kolega - Tak wiem. To ci co tak ciągle wchodzą i schodzą. Nie lubię ich.
Wielbiciel - Znam wszystkie wasze programy! Bajki.
Aśka - (zażenowana) Było jeszcze kilkanaście innych.
Wielbiciel - Bajki najlepsze. Od bajek już nic fajnego nie zrobiliście. Ale bajki super! Niech pani powie: Jestem Czerwony Kapturek, hej!
Aśka - (nieśmiało) Przepraszam, nie.
Wielbiciel - Pani jest świetna. Niech pani zrobi!
Kolega - Chodź, nie poniżaj się.
Wielbiciel - PoczEkaj. Autograf można? (daje ogryzek papieru wygrzebany z kieszeni) Niech pani napisze: dla Jurka. (odwraca się zadowolony do kolegi, kiwa głową szczęśliwy)
Kolega - Ja wolę OT.TO.
Aśka - Leszek ma też podpisać?
Wielbiciel - (mierzy obojętnie i zgadza się łaskawie) No dobrze.
Kolega - Chodź już.
Wielbiciel - PoczEkaj. Występujecie dzisiaj?
Aśka - Dzisiaj o dwudziestej.
Wielbiciel - Nie będę mógł przyjść. A kiedy znowu będziecie?
Aśka - (wzruszenie ramionami)
Wielbiciel - (odbiera kartkę od Leszka, gniecie i wkłada do kieszeni) Pokażę Ance.
Leszek - Przepraszam, a którędy do Domu Kultury?
Wielbiciel - Tam i w lewo na światłach. (do kolegi) Możemy zaprowadzić, nie?
Kolega - Nie!
Wielbiciel - Traficie.
Aśka - To już pójdziemy...
Wielbiciel - Powodzenia. Bajki gracie?
Aśka - Nie, „Dzikie Muzy”.
Wielbiciel - Eee, robicie błąd.
Leszek - Dziękujemy. (zmywają się posuwiście)
Wielbiciel - (do kolegi) Ale grubsza niż w telewizji.
Kolega - Kabarety nieroby!
|
POLITYCY - PRAWDĄ W TWARZ
|
(w studio telewizyjnym siedzi redaktor i dwóch gości)
Redaktor - Proszę państwa. Witam serdecznie w programie „Prawdą w twarz”. Do spotkania zaprosiłem polityka z prawicy i lewicy, patrząc od państwa strony z lewicy i prawicy, którzy powiedzą sobie całą prawdę w twarz. Proszę, pan pierwszy mówi prawdę.
Polityk 1 - Nie powiem.
Redaktor - Dlaczego?
Polityk 1 - Bo ja zawsze kłamię. Muszę kłamać, bo się nie utrzymam.
Redaktor - Ale jesteśmy w programie „Prawdą w twarz”. Proszę mówić prawdę.
Polityk 1 - Nie powiem.
Polityk 2 - On tak zawsze.
Redaktor - Czy to prawda panie pierwszy?
Polityk 1 - Tak. To prawda.
Redaktor - A więc mówi pan prawdę?
Polityk 2 - He he...
Polityk 1 - Trudno. Zmusiliście mnie.
Redaktor - To proszę.
Polityk 1 - Jak byliśmy z wizytą na obczyźnie to on …się upijał za państwowe pieniądze i znieważał godność polityka w sobie tylko znany sposób.
Polityk 2 - Ojej. Nasz kraj postawił mi parę kolejek i trochę się wygłupiłem ale z godnością.
Redaktor - To ciekawa prawda. A jaką pan ma prawdę na twarz swojego rozmówcy?
Polityk 2 - A, no to proste. Siedzimy sobie z kumplami w Sejmie, patrzę a on wciska cztery guziki naraz. I wszystkie za.
Polityk 1 - A tak. Chciałem pokazać, że mi zależy.
Redaktor - A więc mamy już dwie ładne prawdy. Czas na małą przerwę, którą panowie mogą wykorzystać na strzelanie do siebie ryżem a ja zaśpiewam piosenkę. (politycy strzelają do siebie z ryżu a redaktor śpiewa „Rain drops...”) I zaczynamy drugą rundę. Zacznę przysłowiem, że prawda jest dla polityka niczym wróbel na gałęzi. Proszę o nowe prawdy.
Polityk 2 - To może ja...
Redaktor - Nie.
Polityk 1 - Jego syn prowadził samochód po pijanemu.
Redaktor - …
Polityk 1 - I kobietę potrącił.
Polityk 2 - To nieprawda! Najpierw potrącił kobietę a potem wsiadł pijany do samochodu.
Redaktor - Jako redaktor muszę tu coś powiedzieć. Niech żyje prezes telewizji. Proszę kontynuować.
Polityk 2 - W minionym ustroju współpracował z SB.
Polityk 1 - O matko. Grałem w kapelce SBB z Józkiem Skrzekiem. Tyle, że w minionym ustroju.
Redaktor - A więc przed podsumowaniem zapraszam na przerwę, a w niej zabawa siłowa i piosenka. (politycy przeciągają linę, jeden się wywraca, redaktor śpiewa z odgłosami zwierząt, ogólnie jest zabawnie) I podsumowanie. Ale co to? Co to? Zbliża się do mnie refleksja, że prawda w oczy kole. Jak oczki?
Polityk 1 - W porządku.
Polityk 2 - W porządku.
Redaktor - A więc można mówić prawdę w twarz. Miło było gościć panów. Dobranoc państwu i niech wam Polsat mryga.
KONIEC
Autor - Klub Literatów „Zeppelin” na podstawie opowiadania Joanny Chudej pod tym samym tytułem.
|
|
|
Wariat-A: - Ty wiesz, że jesteśmy wariatami?...
Wariat: - Tak? Czemu?
Wariat-A: - A co ty wariata pytasz? Normalnego zapytaj.
Wariat: (do widowni) - Ty, czemu jesteśmy wariatami?
Wariat-A: - ... Nie to nie. I tak się dowiemy. Chodźmy poszukać odpowiedzi. (idzie przez chwilę w miejscu) No chodź. (przystaje)
Wariat: (rusza w miejscu, ale przystaje)
Wariat-A: - Czemu stanąłeś?
Wariat: - Bo ty stanąłeś.
Wariat-A: - Bo ja czekam na ciebie. Żebyś sam nie lazł z tyłu. Chodź!
(dochodzi, wyrównują, idą razem)
Wariat-A: - Piękny kraj.
Wariat: - Piękny. Na lewo kotary, na prawo wariat.
Wariat-A: - Nie. Na prawo kotary, na lewo wariat.
Wariat: - Co ty?! Odwrotnie!
Wariat-A: - O o o o! Ty głupi jesteś, a nie wariat!
Wariat: - Głupi?! (zatrzymuje się)
Wariat-A: - Co się zatrzymujesz? Chodź!
Wariat: - Mam cię w nosie! Tylko się czepiasz. Ja wracam! (odwraca się i idzie tyłem)
Wariat-A: - Ej, co się wygłupiasz?! Chodź!
Wariat: (wzrusza ramionami i sobie śpiewa) - Raz dwa lewa, raz dwa lewa, idzie sobie wariat i piosenkę śpiewa.
Wariat-A: - Wracaj!
Wariat: (nie odwracając się) - Idź sobie sam!
Wariat-A: - Poczekaj!!! (odwraca się tyłem i szybko idzie) No co się obrażasz.
Wariat: (wzrusza ramionami)
Wariat-A: - Wiesz, miałeś rację. Kotary na lewo, wariat na prawo.
Wariat: - No. NIE! Wariat na lewo...
Wariat-A: - Ale ty kłótliwy się zrobiłeś!
Wariat: - Sam jesteś kłótliwy! Nigdzie już nie idę! (staje)
Wariat-A: - A ja sobie pochodzę w kółko. (chodzi w kółko) Podróże kształcą. Wariat z prawej... wariat z lewej... wariat z prawej... wariat z lewej...
Narrator: - Tak tak, sami państwo widzą, że w tym skeczu do niczego się nie da dojść. Trzeba kończyć. (stuka wariatów) E, kłaniamy się.
(każdy kłania się w swoim kierunku)
Wariat-A: - Niepotrzebnie skończyłaś, już zaczynałem mądrzeć!...
|
|
|
Aktor - No, zaczynajmy już! Zaczynajmy! Chodź tu mówię! (podchodzi drugi aktor) Mam ci mówić „pan”?
Reżyser - (wchodzi) Tak. Pan reżyser.
Aktor - Kurdeczka, dzięki. Zawsze chciałem być z tobą na „pan”. To co, gramy?... Bo ja bym dla pana i Otella zapodał!
Reżyser - Że co?! Szekspira zapodać?!
Aktor - Nie nie. Otella. Niech pan posłucha:„Twoja suknia pomięta i chusteczki nie masz com ci ją dał, a zatem byłaś z... no... jak mu tam... mam na końcu języka...
Reżyser - Kasjo.
Aktor - (patrzy na swój zegarek i nie wie o co chodzi) Że co?
Reżyser - Nie zegarek, tylko postać.
Aktor - Nie rozumiem.
Reżyser - Z pana Otello jak z gazety firanki!.. Można, ale biedą jedzie.
Aktor - Smutno mi się zrobiło.
Reżyser - A czemu?
Aktor - Ja do pana z sercem na dłoni, obnażam duszę swoją. A pan? Pan mnie uważa za głupiego, a ja tylko nie rozumiem.
Reżyser - Chciałem pomóc.
Aktor - To niech mi pan da szansę. Chciałbym zapodać tego no... jaki jest pieniądz w Hiszpanii?
Reżyser - Pesos.
Aktor - Proszę mi powiedzieć czy był taki król Pesos?
Reżyser - Aaa, rozumiem. Panu chodzi o króla Leara.
Aktor - Oj dobra. Lir, Pesos, Dolar, Marka, wszystko gram! Króla Marka co?!
Reżyser - Nie ma takiego.
Aktor - Żartowałem. Tego Lira zagram, co?
Reżyser - Widzi pan, Leara musi zagrać ktoś z wnętrzem...
Aktor - Reżyseruńciu, mam takie wnętrze, że takich Lirów to bym stado zapodał! (do pozostałych aktorów) No powiedzcie, stado, nie?
Koleżanka - No, stado.
Kolega - Mnie nie pytaj.
Reżyser - Stado Learów? Wolałbym jednego a porządnie zagranego.
Aktor - Znowu mi się smutno zrobiło.
Reżyser - To Kwiatkowski zagra.
Aktor - Kwiatkowski?... Ten Kwiatkowski powiedział, że pan jest „kompetentny”. Hm, nie przebierał w słowach.
Reżyser - Gdyby pan rozumiał co pan mówi, to by się panu smutno zrobiło.
Aktor - Coś się pan na mnie dzisiaj uwziął. Jak pan wczoraj mojego talentu potrzebował to uśmiechy, komplementy, że jak chcę to potrafię.
Reżyser - Bo potrafi pan, ale kwestii:„Jaśnie panie śnieg na dworze, mam wyciągnąć z szafy palto?” nie można porównać z rolą króla Leara. (tfu!!! jak się ktoś przejęzyczy)
Aktor - Więcej tekstu?
Reżyser - Baaardzo więcej.
Aktor - (pokazuje palcami) Tyle?
Reżyser - Palce by panu urwało.
Aktor - A szlag z palcami! Biorę to!
Reżyser - Niech mi pan zejdzie z oczu... Panie Wodiczko!
Aktor - To tak?! To tak?! (zwierza się zapalczywie) Kiedyś kradłem samochody, ale pomyślałem sobie:„Nie! Zrobię coś dla kultury!” A pan mi ściął perspektywę! To jak pan ma samochód, to niech pan uważa!
KONIEC
|
WYWIAD Z ARTUREM - SŁABA DYKCJA
|
Redaktor - Proszę państwa. Dziś spotkamy się z człowiekiem o słabej dykcji. Przeprowadzimy z nim rozmowę. Czy będzie ciekawa? Czy nas wzruszy? Z panem Arturem będzie rozmawiała redaktor Krystyna Jakubowska. Prosimy.
(wchodzi pan Artur, fanfary)
Redaktor - Panie Arturze, dlaczego pan niewyraźnie mówi?
Artur - …
Redaktor - Nie będę udawać. Nic nie zrozumiałam.
Artur - …
Redaktor -Teraz też nic. Ale od czego są redaktorzy z dobrą dykcją?!
Artur - …(lekka pretensja)
Redaktor - No, zatem… Ile pan ma lat?
Artur - …
Redaktor - Może pan pokazać na palcach?
Artur - (pokazuje)
Redaktor - Niesamowite. Już 30 lat. Czy od dzieciństwa pan ma słabą dykcję?
Artur - …
Redaktor - Czy mógłby pan poprzeć swoją wypowiedź gestem?
Artur - (robi gest ręką)
Redaktor - Proszę głową. Tak czy nie?
Artur - (kiwa głową, że nie)
Redaktor - A zatem mówił pan kiedyś wyraźnie?
Artur - (kiwa głową, że tak)
Redaktor - Zatem, co pana skłoniło do słabej dykcji?
Artur - …
Redaktor - Kurczę, ciężko się z panem rozmawia. Ja pana w ogóle nie rozumiem.
Artur - (obraża się i odwraca się lekko tyłem)
Redaktor - Hm. Nie ma co się obrażać. W końcu wiedział pan, że to ma być wywiad. A nie jest?
Artur - …
Redaktor - A może pan chociaż śpiewa wyraźniej?
Artur - (kiwa głową, że tak)
Redaktor - To prosimy.
Artur - …(śpiewa)
Redaktor - O. Równie źle. Może pan powie puentę?
Artur - …
Redaktor - Pan Artur zaprzeczył albo być może powiedział puentę. A więc śmiejmy się. Ha ha ha.
KONIEC
autor - Joanna Chuda
|
SKECZ DLA TRZECH AKTORÓW, AKTORKI I REŻYSERA
|
Ofiara - Rozważając istotę teatru dochodzę do wniosku, że to ułuda, mara jakaś.
Lizus - Dlaczego ułuda? Przecież to co robimy teraz jest faktem.
Ofiara - Tak? Przemyślę to sobie w kąciku. (idzie do kącika, siada na krześle, opiera głowę o ścianę i cierpi) Boże! Załamał mnie! Jednym zdaniem wysłał mnie do dupy!
Lizus - A ja nie mam takich problemów. Jedyny mój problem to jak grać. Czy grać przez siebie, czy tworzyć postać.
Cynik - A co panu lepiej wychodzi?
Lizus - No właśnie. I jedno i drugie! Co lepsze? Piękne czy ładne?
Ofiara - Matko! A brzydkie?! Co z brzydkim?! (spoglądają na niego)
Aktorka - (wchodząc) Koledzy aktorzy. Macie tu teksty i jedźmy z tym. Reżyser się niecierpliwi.
Lizus - (patrząc na teksty) Ja dostałem rolę Wacława? Nienawidzę tej postaci. Jest drętwa.
Aktorka - A więc łatwo ci pójdzie.
Lizus - Ale jak to grać? Ten Wacław to kretyn.
Cynik - Przez siebie. Zdecydowanie przez siebie.
Aktorka - Przeczytajmy to chociaż raz dobrze? (do tego w kąciku) Panie kolego.
Ofiara - Mój świat legł w gruzach. Nie mogę tak z akcji wchodzić na scenę. Muszę odsapnąć psychicznie.
Aktorka - Pan zawsze sapie psychicznie. Niech pan po prostu to przeczyta.
Cynik - No to co? (wyjmuje piersiówkę, wszyscy nalewają) Po jednym i się koledze umysł zwolni. (Ofiara pije)
Reżyser - Dlaczego pijecie na scenie? (cisza) Od kiedy to się pije na scenie? (do wszystkich) Proszę to schować i zaczynamy. Czy pan aktor już odblokowany?
Ofiara - Tak.
Reżyser - To proszę.
Ofiara - „Girlandy, girlandy, och, te okropne girlandy. Czyżby sam pan Bóg je tu powiesił?! Czy to ty Wacławie?”
Lizus - ... No nijak nie da się tego powiedzieć.
Reżyser - Panie aktorze. Czy tak jest w tekście?
Lizus - Wacław odpowiada:„E, no nie.” Ale to nie ma głębi.
Reżyser - Tam nie ma być głębi.
Lizus - Aha... To zacznijmy jeszcze raz.
Ofiara - „Girlandy, girlandy, och, te okropne girlandy. Czyżby sam pan Bóg je tu powiesił?! Czy to ty Wacławie?”
Lizus - „E, no nie.
Ofiara - „Tak. Więc pan Bóg to zrobił. Bo musiał”.
Aktorka - „A czyż nie musiał partyzantów pilnować?! W lesie chować?!”
Reżyser - Przepraszam. Ale to „w lesie chować” to pani sama dodała.
Aktorka - Tak. Pomyślałam, że autor chciał to napisać, tylko odwagi nie miał... ale już tak nie myślę.
Reżyser - Uroczy z pani matoł.
Aktorka - Dziękuję.
Cynik - He he he...
Reżyser - Panie kolego. A pan ma jaki tekst?
Ofiara - Ja mam. (podbiega) „Heleno! Heleno! Naszych złapali! Wacław w niewoli!”
Lizus - No właśnie. A Wacław mówi:„Wpadliśmy! Wpadliśmy! Szable nas gonią!”. Czy wpadliśmy to metafora czy eufemizm?
Aktorka - Wpadliśmy.
Lizus - Słucham?
Aktorka - Akcent. Mówi się wpadliśmy a nie wpadliśmy. A dykcja beznadziejna. Tak kolega mówi, że nie można zrozumieć. I mu się rola nie podoba.
Reżyser - Dosyć. Tak obserwuję te wasze poczynania, i że tak użyję eufemizmu robi mi się smutno.
Lizus - Bo ja nie czuję swojej roli.
Ofiara - A ja czuję, ale to co czuję mnie przeraża.
Cynik - No właśnie. Dlaczego nie wystawimy „Cypiska, syna Rumcjasa”? (wskazując na Ofiara) Kolega w roli Cypiska czułby się bardziej bezpiecznie. (do Lizus) A pan w roli wodnika miałby tę swoją głębię.
Reżyser - Dość. (cisza)
Ofiara - Czemu pan mówi dość? My też mamy coś do gadania. A właśnie, że Cypisek wiesz?
Reżyser - Własnym uszom nie wierzę. Zawsze taki wystraszony dupek a teraz bohater lasu Żacholeckiego.
Aktorka - A ja protestuję. Mnie się rola Heleny podoba. Jak trzeba to uniosę całą sztukę. Wy tylko podrzucajcie teksty. Powiedzcie: Heleno.
Wszyscy - Heleno.
Aktorka - (padając na kolana) „O cóżeście uczyniły okrutne posągi?! Przecież stał tam wagonik, który nam potrzebny! Dajcie go, dajcie. Bo dzieci z głodu przymierają. A co to? Wszak stulacie się w błogościach?! Och! Wy! Zdradzieckie kolumbryny!” (koniec coraz wolniej)
Reżyser - Wstrząsające. (wychodząc) Mówiłem już, że uroczy z pani matoł?
Aktorka - Tak.
Reżyser - To cofam. Cofam uroczy. (wychodzi a aktorzy śmieją się)
Aktorka - Przepona. Nie śmiejecie się z przepony.
Lizus - Odnoszę wrażenie, że ma pani warsztat.
Aktorka - Tak. A E I O U Y. (wychodzi)
(trzej aktorzy siedzą już jakąś chwilę na krzesłach, oparci głowami o ścianę)
Lizus - Niech sama spróbuje zagrać Wacława!!!
Cynik - Boże. Dokąd to wszystko zmierza?!
Ofiara - Matko! Dlaczego nie Cypisek?!
KONIEC
|
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |