|
|
SAMOBÓJCY NA MOŚCIE (POTEM II) |
|
|
Osoby: Samobójca tragiczny - z kamieniem u szyi Samobójca prozaiczny - z kamieniem u szyi Ratownik - z gwizdkiem u szyi
Miejsce akcji: Scena nad dużym zbiornikiem wodnym
Samobójca tragiczny: (przeżywa) - Być, albo nie być. Oto jest pytanie. Jest li w istocie szlachetniejszą rzeczą znosić pociski zawistnego losu czy też stawiwszy czoła morzu nędzy przez opór wybrnąć z niego. Umrzeć, zasnąć i na tym koniec. Samobójca prozaiczny: (ustawia się w kolejce) - Oj, kończ ten pacierz i skacz! Wszyscy chcą się topić! Samobójca tragiczny: - Ja nie wiem czy mi się uda. Pechowy jestem. Samobójca prozaiczny: - Żadna rewelacja, szczęściarz by tu nie stał. Skacz, bo ratownik przyjdzie! Samobójca tragiczny: - Czwarty raz już dzisiaj skaczę. Za pierwszym razem jakieś świństwo z budowy wziąłem - po wodzie pływało. Za drugim razem grunt za duży ustawiłem... znaczy się sznurek za długi. Kamień na dnie, a ja jak boja po wodzie pływałem. Za trzecim razem skakałem z mostu, wpadłem na barkę, trafiłem w kapitana. O małom go nie zabił! No pomyśl, przecież mógłbym dożywocie dostać. Samobójca prozaiczny: - Wiem, musisz się powiesić. Co ma wisieć nie utonie! Samobójca tragiczny: - Wieszałem się na sznurku Spółdzielni "Lepsza przyszłość". Trzy tygodnie w gipsie. Samobójca prozaiczny: (proponuje dalej) - To może trzeba było na torach się położyć? Samobójca tragiczny: - A połóż się, jak pociąg 200 minut spóźniony! Samobójca prozaiczny: - A pod auto się rzucić? Samobójca tragiczny: - Za blacharkę płaciłem! Samobójca prozaiczny: - Tabletkami? Samobójca tragiczny: - Astma mi przeszła... Samobójca prozaiczny: - Słuchaj, a niebezpieczne miejsca na budowie? Samobójca tragiczny: - Mi to mówisz? Ile ja się już po budowach nachodziłem! Chociaż raz prawie się udało, bo worek cementu spadł mi na głowę. ...Ale luzem. Ja już nawet na dyskotekę poszedłem, i jak nie dam bramkarzowi w mordę...!!! Samobójca prozaiczny: - I co ?!? Samobójca tragiczny: - Wpuścił mnie!... W końcu poszedłem do policjanta, dałem mu ostatnie oszczędności i mówię: Kochanieńki, masz spluwę? Zastrzel! Samobójca prozaiczny: - Zastrzelił? Samobójca tragiczny: - Spałował. Ratownik: (przyłapuje element samobójczy) - Ha hultaje!!! Mam was, mam was! Ja wam się potopię! Ja wam się potopię!... Przychodzą tu od takiego do takiego na mój rewir się topić! Jakby nie mogli spokojnie z głodu umrzeć! A ja już się z kataru wyleczyć nie mogę! Niedługo to mi błona pławna między palcami wyrośnie. Żyć mi nie dają!!!! Samobójca tragiczny: - Żyć albo nie żyć, oto jest pyt... Ratownik: - HAMLET!!! TO ZNOWU TY?!!! Jak ja cię nie lubię!!! Samobójca tragiczny: - Ależ my tylko tak na spacer... Ratownik: (patrząc na kamienie) - A to co?! Breloczki?... Wyrzucić mi to natychmiast! NIE DO WODY!!! Samobójca tragiczny: - No to gdzie? Ratownik: - Tam gdzie zawsze! Na pryzmę!... Samobójcy: (idą) Ratownik: (tłumaczy się) - Ludzie, ja nie jestem taki zły. Ale oni mi ciągle się topią. Ludziom nie dogodzisz: jeden, bo dziewczyna rzuciła... drugi, bo się ożenił! Jeden, bo nikt się nim nie interesuje, inny, bo zaczęli się nim interesować! A czy nie można inaczej... O, proszę: wycieczka nauczycieli z Łodzi, przyjechali się wykąpać. Wchodzą na pomost, równo, w rządku, grupa zorganizowana... Samobójca prozaiczny: (wraca z kamieniem) - Panie ratunkowy, gdzie my mamy wyrzucić te kamienie? Ratownik: - Na pryzmę! Hamlet wie gdzie. Samobójca prozaiczny: - Nie ma pryzmy. Ratownik: - A gdzie jest? Samobójca prozaiczny: - Skacze razem z wycieczką do wody!
KONIEC
Autorzy: Andrzej Kłos, Dariusz Kamys, Władysław Sikora
|
||
|
RYSIO SIĘ OŚWIADCZA (Serca jak motyle) |
||
|
Występują: Halinka - córka na wydaniu Tato - o ile wierzyć matce - ojciec Stryj - brat mamy Rysio - starający się Pianista - przypadkiem w pobliżu akcji
Halinka: - Tato, mamo chodźcie tu. (wchodzą) Tato tu (ustawia tatę), a mama... mama gdzie? Tato: - Za mamę stryjo jest. Halinka: - Dobra, to stawaj i się prezentuj. Bo przyjdzie mój narzeczony i poprosi o moją rękę. Chyba. Tato: - A my co mamy robić? Halinka: - Zgadzajcie się! Tato: - No ja nie wiem... A on fajny? Halinka: - No... ręce ma, nogi, nos oczy usta... Stryj: - Przynajmniej kompletny!... Halinka: (hi hi) - No. Rysio: (zza kulis) - Hm! Hm! Tato: - Coś chrząka za drzwiami... To on? Halinka: - Zobaczę. (idzie otworzyć) Stryj: (zaniepokojony) - Boję się. On dziwnie chrząka. Halinka: (prowadzi Rysia z kwiatami i flaszką) - To Rysiu, to moi rodzice... Rysio: - Dzień dobry. (rozpaczliwym szeptem) Halinko, które to mama??? Halinka: - To tata, to stryj... Rysio: (wciska flaszkę ojcu i kwiaty stryjowi) - To ja bym się z Halinką ożenił. Tato: - Tak. A pracę masz? Rysio: - A co? Tato: - Pytam, bo córkę mam jedną, to raz se powybrzydzam. Ma pracę? Rysio: - Trudno dziś o pracę... Stryj: - A mieszkanie ma? Rysio: - O mieszkanie też trudno. Tato: - To i o żonę może być trudno... Rysio: - Eee nie chcę się chwalić, ale z Halinką poszło mi myk myk. Halinka: (szturcha Rycha w łokieć) - Rysiek! Stryj: - Pijesz? Rysio: - A po co przyniosłem?... Halinka: (napomina) - Rysiek! Tato: - Halinko, Podziękuj panu Ryśkowi za chęci! Halinka: (???) Rysio: (zatroskany) - To... Teściu, czy ja dobrze rozumiem, że won? Tato: - Tylko nie teściu! Tak? Rysio: - Oho! To mi teraz teściu dowalił! (do stryja) A teściowa tak nic?! To ja mam teraz złamane życie! To takie życie lepiej dobić! (wyjmuje pistolet) Żegnaj teściu! (czeka) Halinka: - Patrz tato... on cierpi. Tato: - Fajnie cierpi. Halinka: - A ty się nie wzruszasz? Tato: - Córkę ma się tylko jedną. Halinka: - I co? Tato: - Nie wiem... to nie jest jakieś przysłowie? Halinka: - Nie. Rysio: - Uwaga, strzelam. (strzela, pada, wstaje i znowu czeka) No...? Tato: - Trochę pękam... Halinka: - No tatko...! (Halinka wbija sobie nóż, a Rysio strzela, oboje wstają i znów się szykują do samobójstwa) Rysio: - No...? Tato: - Aj, ledwo się trzymam. Stryj: - Uważaj szwagier! (dołącza do samobójców z pętlą szubieniczną) Rysio: - Brawo teściowa! Let's go! (razem dokonują zmasowanego samobójstwa) No...? Tato: - A bierzcie go w cholerę, skoro wam się podoba ta jego paskudna gęba. Halinka: - Tato, są gorsze. Pianista: - No no, wypraszam sobie.
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
ROMEO I JULIA I PRELEGENT (Serca jak motyle) |
||
|
Występują: Prelegent - dużo wiedzący o sztuce i życiu Julia - dziewczyna Romea, córka starego Kapuleta Romeo - romantycznie zakochany Magister - ogólnie przybłęda  
Prelegent: - Kiedy mówimy o miłości, musimy sobie zdać sprawę, czym dla miłości było "Romeo i Julia". To było symbol zwycięstwa miłości nad nienawiścią. Nad nacjonalizmem rodziców. Przypomnijmy sobie obszerne fragmenty tego dramatu. Julia: (do siebie) - Romeo... Jakież to piękne imię! Już to, że się zaczyna na "eR" doprowadza mnie do drżenia. A dalej?! O eM E O!... Boże!!! Romeo: (wbiega natychmiast) - Julio!!! Julia: - Rrr... (dreszcz!) Romeo! Romeo: - Jakże ja cię kocham romantycznie! Powiedz słowo, a wyrzeknę się całego świata dla twego jednego spojrzenia. Julia: - Nie Romeo, popatrzę na ciebie za darmo! (spogląda jak powiedziała: za darmo) Romeo: - Nic już więcej nie chcę! Julia: - A pocałować? Romeo: - Chciałbym... (zakłopotany) Tylko nie pomyśl sobie, że mi zależy... Julia: - Całuj, Rrromeo, całuj!!! ("ł" wymawiane aktorsko, bo przecież aktorka) Romeo: (wzbiera do pocałunku) Coś: (zza kulis) - Hm! Hm! Julia: - Ojciec! Boże, ojciec. Schowaj się! Romeo: (chowa się) Prelegent: (pojawia się zamiast ojca) - Popatrzcie państwo jak to jest dobrze napisany dramat. Można powiedzieć, że jest to dramat kultowy. Miłość przedstawiona tak prosto, uwikłana jednak w skomplikowane stosunki społeczne. (odchodzi) Romeo: (wychodzi z ukrycia) - Kto to był? Julia: - To nie ojciec... z rodziny też nikt. Może Monteki? Romeo: - Nie. Też go nie znam. Julia: - Udawajmy, że go nie było. Romeo: - Właśnie. Obiecałaś mi swoje usta! Julia: (niebywale hojna) - Cóż usta?!... Wszystko dam! Chcesz wszystko? Romeo: (skwapliwie) - Chcę! (lecz trochę zakłopotany) Tylko nie pomyśl, że mi zależy... Julia: - Nie pomyślę. Bierz!!! Coś: (zza kulis) - Hm! Hm! Julia: - Znowu ktoś! Romeo: (chowa się) Prelegent: (wchodząc patrzy dziwnie na Julię) - Widzicie, rysunek psychologiczny kochanków poprzez swoją prostotę nadaje dramatowi wymiar uniwersalny. Bardzo dobrze napisany. (schodzi) Romeo: (wychodzi z ukrycia) - Coś za bardzo się tu kręci... Jak tu jeszcze raz wejdzie, to go zabiję! Julia: - Zabij! Romeo: - Tylko sobie nie pomyśl, że mi zależy. Julia: - Pomyślę sobie: ot wypadek! Romeo: - Julio! Nasza jest noc! Julia: - Obejmij mnie! Romeo: (obejmuje) Prelegent: (zza kulis) - Hm! Hm! (odskakują od siebie, ale Romeo się nie chowa, on sięga po broń) Prelegent: (staje daleko od Romea i woła w kierunku, gdzie ma przygotowanego pana magistra) - Panie magistrze, proszę! Romeo: (jednak się chowa) Magister: (wchodzi) Prelegent: - Zaprosiłem do dyskusji magistra socjologii, aby omówił tło społeczne sztuki. Magister: - Waśnie rodzinne, to ma moc! Przyczyny już zapomniane, ale nienawiść żywi się sama sobą. Nienawiść karmi nienawiść. Prelegent: - Dobrze opisane tło...? Magister: - Socjologia, to ma moc! (obaj idą) Romeo: (wychodzi z ukrycia) - KTO TO YEEEST? Julia: - Obcy!... Z Atlantydy!... Romeo: - Julio, pójdę już. Julia: - Zostań, jeszcze ranek nie tak blisko. Romeo: - Pójdę! Julia: - Zostań! Słowik to, nie skowronek... Romeo: - Pójdę! Julia: (rezygnuje) - Jak chcesz... Romeo: - To zostanę. Tylko nie pomyśl sobie... Julia: - Zamknij się!!! (zaciąga Romea w spokojniejsze miejsce) Prelegent: (wchodzi niepewnie chrząkając) - To tragiczna historia. I smutna... i dobrze napisana... gdzie oni są? gdzie oni są?... No, nie spodziewałem się... Niby klasyka, niby Werona, a tu tak jak u nas w Kokorzynie.
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
ROMEE I JULIA (Z Kolbergiem przez świat) |
||
|
Kolektywna forma dramatu klasycznego według Wiliama
Osoby: Julia - obiekt westchnień i innych oddechów Romee - postać zbiorowa. Skład: Romeo A - typ tragiczny Romeo Be - realista Romeo Ce - optymista Romeo Er-zet - po prostu typ
Romee: (stoją pod balkonem) - Julio! Julia: (wychyla się przez poręcz) - Kto to? Kto to? Romee: - My! A-Romeo: - Czy nie poznajesz Romeów? Julia: - Ach, to wy najdrożsi... Romee: - No! (przesyłają uśmiechy w kierunku balkonu. Uśmiechy obsiadają poręcz i okolice balkonu) - Nareszcie jesteśmy sami. Tylko księżyc, ty i my... Julia: - Czy powiecie mi jak mnie kochacie? Ce-Romeo: - Zaśpiewamy ci serenadę: Romee: (śpiewają, przygrywając sobie we czterech na gitarze) Miłość nasza taka wielka Jej nie zniszczy żaden wróg Jakby co, to uciekniemy Mamy przecież osiem nóg... Julia: - Brawo!!! (zachwycona śpiewem przesyła całusa. Całus upada pomiędzy A-Romeem i Ce-Romeem) - Dajcie mi rękę... Romee: (prezentują wszystkie swoje ręce) - Którą? Julia: - Czwartą. Romee: (podają czwartą rękę lirycznie) - Aaaach... Julia: - Aaaach... Romee: - Julio, nasza Julio... Julia: - Co... Romee: - Julio, nasza Julio... Julia: - Co? Romee: - Julio, nasza Julio... Julia: (coś zaczyna podejrzewać) - Piliście! Romee: - To z miłości! Be-Romeo: - Tak krótko się widujemy, że chcielibyśmy cię widzieć podwójnie... Romee: - Wybacz! Julia: - Wybaczam. To z winy naszych rodziców. Ach, z jakiego powodu nasze rody tak się nienawidzą? A-Romeo: - O! To stara i długa historia jest! Julia: - Opowiedzcie... Be-Romeo: - Było to dawno dawno temu. Twój prapraprapra... Er-zet-Romeo: (uzupełnia) - ...prapraprapraprapra... Be-Romeo: - ...prapraprapradziadek naszemu prapraprapra... Er-zet-Romeo: - ...prapraprapraprapra... Be-Romeo: - ...praprapradziadkowi zjadł pterodaktyla! Ce-Romeo: - Pterodaktyle już wyginęły, ale waśń pozostała. Julia: - Musimy coś wymyślić! Romee: (po dużym wysiłku umysłowym) - Ba!!! Julia: (wpada na pomysł mało oryginalny, ale efektowny) - Zabijmy się z miłości! A-Romeo: - Czy mamy jakieś narzędzie przydatne w takich okazjach? Julia: - Sztylet! (podaje sztylet który przypadkiem miała w dekolcie) Romee: (ustawiają się w kolejkę: A-Romeo, Be-Romeo, Ce-Romeo, Er-zet-Romeo) Er-zet-Romeo: - Niech ten sztylet przetnie nić naszego istnienia. Żegnajcie! A-Romeo: (wbija sztylet w początek kolejki. Sam upada nieżywy, pozostali nie) Er-zet-Romeo: - Witajcie! Sztylet jest za krótki na taką wielką miłość.
KONIEC Autor: Władysław Sikora (no... trochę Szekspir)
|
||
|
NIEPOGODA DLA BOGACZY - ROBIN HOOD (Różne takie story) |
||
|
Występują: Robin Hood - bohater nierozgarnięty, ale szlachetny Bogacz - produkt nierówności społecznej
Las Sherwood. Tu grasuje Robin Hood!
Robin Hood: - Grasuje, taa... grasuje Robin, Robin tu grasuje. Ja ja ja! Grasuję. Ale kurde flaszka, jestem za miękki. Miękki. Ej, Robin. Nie nie nie! Weź się w garść. W garść! Weź weź! Masz misję! Jesteś bohaterem. Wstań! Działaj!!!... HM... HAK AM... Gdzie jesteś jakiś bogaczu przebrzydły?!!! Bogacz: (nadchodzi urażony) - Tylko nie przebrzydły! Robin Hood: - Milcz! Uciskałeś? Wyzyskiwałeś? Okradałeś?... Nie nie nie! Nie musisz odpowiadać. To oczywiste. Jesteś przebrzydły! Bogacz: - Do licha! Jak na to wpadłeś? Robin Hood: - Praktyka! Jestem bohaterem od lat. Nie próbuj żadnych sztuczek, bo ja ze stu metrów trafiam prosto w serce! Bogacz: - To może odejdę na sto metrów, bo jeszcze nie trafisz. (próbuje odejść) Robin Hood: - Stój! Pieniądze albo życie! Bogacz: - Ależ, cholera, wybór! Robin Hood: - Dobra. Poszerzam: palenie albo zdrowie, być albo nie być, kawa albo herbata... Bogacz: - Z zestawu wybrałem: życie, zdrowie, być i herbata. Robin Hood: - W porządku. Dawaj pieniądze! Bogacz: (oddaje pieniądze) - Co z nimi zrobisz? Robin Hood: - Oddam. Biednym oddam. Bogacz: - To dobrze się składa, bo ja właśnie straciłem wszystko i jestem biedny... (?) Robin Hood: - No to masz! (zwraca pieniądze) Bogacz: - Dzięki... (odchodzi) (?) Robin Hood: - Kurde flaszka, za miękki jestem! Czuję, że postępuję szlachetnie, ale bez sensu.
KONIEC? Autor: Władysław Sikora
|
||
|
MYŚLIWECZEK I DZIEWECZKA (POTEM III) |
||
|
Inscenizacja utworu p.t. "Szła dzieweczka do laseczka"
Występują: Chór drzew - tło leśne w roli narratora Myśliweczek - członek koła łowieckiego Dzieweczka - postać z piosenki Strumyk - epizod w życiu aktora
(las rośnie, jodły skrzypią, skrzypy jodłują, echo gada samo do siebie)
Chór drzew: - Szła dzieweczka do laseczka, do zielonego acha, do zielonego acha, do zielonego. Dzieweczka: (zachwycona pięknym dniem) - Ach, jaki dzień mamy śliczny. Słoneczko świeci... drugie... trzecie...? Eeee, trzy są! Chór drzew: - Cicho!!! Ślicznie jest! Dzieweczka: (zgadza się) - Ślicznie jest. Ptaszki ćwierkają... Chór drzew: (wydaje ptasie odgłosy) - Ćwir ćwir, kwa kwa, kuku kuku. Dzieweczka: - O, kukułka! Wykukaj mi kukułko, za ile lat wyjdę za mąż... Drzewo kukułkowe: - Zwariowało dziewczę! Zakukałbym się na śmierć! Dzieweczka: - Ani razu... A więc to już w tym roku! Pójdę dalej, a nuż kogoś napotkam. (idzie wśród drzew, które, ze względu na liczne braki w drzewostanie, biegają aby wielokrotnie znaleźć się w tle akcji. Dzieweczka zatrzymuje się nagle i grzebie nóżką) - Oooo, szyszka! Chór drzew: - Nie szyszka! Dzieweczka: - Grzybek? Chór drzew: - Nie grzybek! Dzieweczka: - Nie grzybek? Chór drzew: - Kupa! Dzieweczka: - I co ja teraz zrobię z moim bucikiem? Strumyk: (w epizodycznej całkowicie roli przechodzi chwiejnie przez scenę) Dzieweczka: - O, strumyk płynie! Tu wypłuczę swój bucik. (płucze) Rozpuściło się! I podeszwa też się rozpuściła. Chór drzew: (wcina się z narracją) - Napotkała myśliweczka bardzo szwarnego! Myśliweczek: ...... (nie ma...) Chór drzew: - Bardzo szwarny myśliweczek!!! Myśliweczek: (pojawia się w rytmie oberka) - Bardzo szwarny myśliweczek jestem! (ściska dłoń dzieweczki) - Przepraszam, że tak ręką. Dzieweczka: - Myśliweczku kochaneczku bardzom ci rada acha, bardzom ci rada acha, bar... Myśliweczek: (przerywa) - Nie ględź! Powiedz czy nie masz chleba z masłem! Głodny jestem!!! Dzieweczka: - Miałam ci ja chleba z masłem, alem go zjadła. Myśliweczek: - Aha... Masz babo placek. Dzieweczka: - A dziękuję, ja już się najadłam. A myśliweczek czemu głodny? Zająca by sobie upolował... Myśliweczek: - Eeee, ja już od dawna zająca nie widziałem. (nagle wpada na myśl) A może dzieweczka widziała zająca? Dzieweczka: - Aaaa widziałam! Koło domu był! ...Ale to chyba nie był zając... szczekał! Myśliweczek: - Na pewno nie zając. Dzieweczka: - To może by sobie myśliweczek jeżyn nazbierał? Myśliweczek: - A gdzie teraz dzieweczka jeżyny widziała?! Dzieweczka: - A widzia-a, widzia-a, widzia-a! W fabryce widzia-a. Myśliweczek: (bez zaufania) - Ale to chyba nie były jeżyny, co? Dzieweczka: (potwierdza skwapliwie) - Chyba nie... Myśliweczek: - Szczekały? Dzieweczka: - Nie, kłuły. Myśliweczek: - To może to jednak były jeżyny... Dzieweczka: - Raczej drut kolczasty. Myśliweczek: (bliżej rozpaczy) - To może chociaż dzieweczka las widziała? Dzieweczka: - Tylko te drzewa co tu stoją. (pokazuje na chór drzew) Myśliweczek: - To nie żadne drzewa, tylko jakieś pajace! Dzieweczka: - Drzewa! Ja sama słyszałam jak ten chudy mówił: "ja osika, ja osika, wzywam sosnę". One tu po dwie godziny na zmianę stoją. Myśliweczek: - A niechże sobie stoją, skoro taką pracę mają. Ale co ze mną będzie?! Czy mam zostać bardzo szwarnym bezrobotnym?! No bo: jeżyny druciane, zające szczekają, drzewa na półprzewodnikach, dziecko z probówki!!!... Wszystko, kurwa, jakieś sztuczne! Dzieweczka: (urażona słowniczkiem myśliweczka, uderza go koszykiem) - Ejże!!! Myśliweczek: (zacina się w sobie) - Sztuczne... sztuczne... sztuczne... sztuczne... sztuczne... Chór drzew: (wynosi myśliweczka do zakładu naprawczego)
KONIEC Autor (głównie): Władysław Sikora
|
||
|
MONOLOG (Dzikie Muzy) |
||
|
Proszę państwa. Przyszła pora na monolog. Monolog jest starą formą sceniczną gdzie mówi jedna osoba. Ja będąc przykładem jednej osoby wygłaszam właśnie monolog. Mój monolog zaczyna się słowami: Proszę państwa. Przyszła pora na monolog. Monolog jest starą formą sceniczną gdzie mówi jedna osoba. Ja będąc przykładem jednej osoby wygłaszam właśnie... itd. Zaś monolog mój skończy się słowami: ojej, zdarza się. Zostaje oczywiście cały środek. I ten środek wypada właśnie teraz. Więc w środku monologu mam tekst: Zostaje oczywiście cały środek. I ten środek wypada właśnie teraz. Zauważyliście, że wszystko się już w tym monologu zapętliło... Tyle dobrego, że nie muszę powtarzać każdego zdania, bo musiałbym znów powiedzieć: Zauważyliście, że wszystko się już w tym monologu zapętliło, przez co bym się powtórzył. Z powodu tych zapętleń nie starczyło miejsca na treść. Ojej, zdarza się.
|
||
|
ANTYGONA (Różne takie story) |
||
|
Występują: Kreon - król grecki - strasznie permamentny... Antygona - psotnica Służba - ramię władzy Zeus - Pan na Olimpie
Po wojnie...
Kreon: - Była wojna. Wojna została wygrana, kto trzeba zabity. Teraz jednych pochowamy, a innych nie! Dawać tu Antygonę! Antygona: - Witaj Kreonie, obyś żył wiecznie. Kreon: - No no, obym, obym! Antygono, zabiliśmy twego brata. Antygona: - Wiem, wuju. Kreon: - To zdrajca! Zakazuję go grzebać. Antygona: - Ale obyczaj każe grzebać. Kreon: - A ja zakazuję! To moja ziemia i nie będzie mi w niej grzebał żaden obyczaj! A jak się komu nie podoba to ajlowiu! Antygona: - Bogowie cię pokarzą! Kreon: - A niech pokazują. Won! Że też ja muszę znosić takie imponderabilia. Antygona: (odchodzi) Kreon: - Służba! Służba: (przybywa) Kreon: Słuchaj no służba. Pójdziesz natychmiast pilnować... Służba: (idzie natychmiast) Kreon: - Wróć! Nie aż tak natychmiast! Pójdziesz pilnować czy ktoś nie grzebie zdrajcy. Jeśli ktoś grzebie... to złapać tą Antygonę i parlando. Służba: - Zrozumiałem! (rozumie i odchodzi) Kreon: - Patrz go, zrozumiał. Uczony, czy co? Ciekawe skąd u służby taka elewacja... Kreon: - Co z tą Antygoną? Służba: (z oddali dochodzi sapanie, tupot i dźwięki demolki) - Łapie się, łapie się! Cały czas jest łapana. Kreon: - Proszę przyśpieszyć. Kara czeka! Służba: - Mam. Och, strasznie się wyrywa! (wprowadza złapaną) Kreon: (do Antygony) - Grzebałaś, co? Antygona: - Grzebałam. Kreon: - No i co teraz...? Antygona: - Każesz mnie zamurować. Kreon: - Hm... a może mnie ruszy sumienie? Antygona: (bez zastanowienia) - Nie ruszy. Kreon: - Nie dała się nabrać! No to... murować! (Antygona zostaje wyprowadzona) Głos Budowniczych: (dochodzi z oddali w postaci śpiewu) - Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom... Zeus: (wkurzony, z osprzętem) - Kreonie, jam jest Zeus. Ale mnie wkurzyłeś! Trzymaj antenkę! Gdzie ja mam piorun...? Mam! (jebudu!) Kreon: (wystraszony) - O Jezu! (!!!) Zeus: - JA CI DAM JEZU!!! JA CI DAM JEZU!!! (bije Kreona po pysku)
(duża analogia na widowni i zasłużony imaż)
Conduktor: Władysław Sikora
|
||
|
DŁUGA DROGA DO ITAKI (Różne Takie Story) |
||
|
Występują: Odyseusz - heros grecki Penelopa - heroina grecka Podrywacz I - wsiór Podrywacz II - wsiór
Itaka - 10 lat po wojnie trojańskiej...
Penelopa: - Już tyle lat Odys poza domem. Niestety, kompas w domu zostawił i teraz gdzieś błądzi po pustyni, rozmawia z echem pośród skał. A tu chłopaki się dowiedziały, że bez kompasu mój Odys i na podryw przychodzą. Lecz ja muszę wierności dochować, bo Odyseusz strasznie kablem od żelazka naparza. Podrywacz I: (skóra, glany, saszetka i ten luz) - Penelopa, chodź do kina... Penelopa: - Nie! Podrywacz II: (takiż) - Penelopa, może byśmy tak na dancing...co? Penelopa: - Nie! Podrywacz I: - Penelopa... (strzela wdziękiem) Penelopa: - Nie! Odyseusz: (wesoły głos z oddali) - Niech żyje nam rezerwa... (nagle się pojawia na scenie życia) Jam Odyseusz mądry i mężny, co 10 lat do domu wraca. Musiałem kolegów z wojny odprowadzić! A które z was to moja wierna Penelopa? Penelopa: - Więc jesteś wreszcie! Jam ci Penelopa, jam ci, jam ci! Odyseusz: - Tyś mi, tyś mi? Penelopa: - TAK! TAK! Odyseusz: (zwraca uwagę na podrywaczy) - A to kto? Penelopa: - To miejscowi podrywacze. Podrywacz II: (zdegustowany) - No kurde! Mogła powiedzieć, że hydraulicy! Odyseusz: - Podrywacze...!!! (groźnie się zbliża) Podrywacz I: (twardo, o jak twardo!) - Odys! NIE PODCHODŹ! MÓWIĘ CI, NIE PODCHODŹ!!! (mięknie) My sami!... ty zmęczony jesteś... Podrywacze: (dopuszczają się autoprzemocy) - Ojej, O kurde, Ajajaj, O Boże, Boli, Oj oj oj, Ała... (wychodzą po angielsku) Odyseusz: - Penelopa... Nareszcie razem... Penelopa: (zagradza Odysowi drogę podręcznym szlabanikiem) - Odys... Ile lat to się do domu wraca?! Odyseusz: (rozbrajająco) - Długo, nie...? Penelopa: - To ty szalejesz z kolegami, a ja tu usycham z tęsknoty, jeść nie mogę... Odyseusz: - My też... bez zakąszania... Penelopa: - Nie ujdzie ci to na sucho! (sięga po ścierkę) Odyseusz: - Penelopa! Bohatera ścierką?!... (płaczliwie) NIE PRZY LUDZIACH! (idzie potulnie do kuchni)
KONIEC KONIEC WYPRAW Autor: Władysław Sikora
|
||
|
TROJA MUSI UPAŚĆ (Paskudy i Wywłoki) |
||
|
Występują: Agamemnon - Kierownik wyprawy Odyseusz - heros Jakiś Grek - heros Też Grek - heros
Oficerowie nad mapą sztabową w namiocie Agamemnona
Agamemnon: - Panowie oficerowie! Troja musi upaść! Walczymy już parę lat, a tu ciągle nic. Gówno - jak mawiają prości ludzie. Musimy ustalić plan ataku. Tu jest Troja! (stawia paczkę papierosów) - To są nasze oddziały... (rozkłada pojedyncze zapałki) - I co dalej? Odyseusz: (myśli) Jakiś Grek: (myśli) Też Grek: (myśli) Odyseusz: - Noo... Wszyscy: (spoglądają z nagłym zainteresowaniem na Odyseusza) Odyseusz: (niepewnie) - To jest Troja? Agamemnon: - Tak. Odyseusz: - Aha... Jakiś Grek: - A gdzie okręty? Powinny być okręty! Agamemnon: - To będą okręty. (stawia gumkę) Też Grek: - Przydałby się jeszcze las... O, to będzie las. (stawia pędzel) Odyseusz: - A to staw! (kładzie chusteczkę) Wszyscy: - No! Jakiś Grek: - A to krzak! (stawia peta) Też Grek: - Jaki krzak? Jakiś Grek: - Już ja wiem jaki! Też Grek: - A szopa...? (stawia pudełko) Odyseusz: - Za stawem głaz. (stawia kamyk) Jakiś Grek: - I pastwisko. (kładzie herbatnik) Też Grek: - Krowy... (stawia biedronkę) Odyseusz: - Koń. (stawia pudełko zapałek) Jakiś Grek: - Tutaj wiadro... Agamemnon: - Stop! Mieliśmy opracować plan ataku, a co to jest? Odyseusz: (objaśnia) - Tu staw, tu krzaczek, tu szopa, tu koń... Agamemnon: (wściekły) - Jaki koń!!!? Odyseusz: (ogląda zapałki) - Ja wiem...? Trojański... Agamemnon: - No to proszę! Odyseusz nam mówi jak za pomocą konia zdobyć Troję! Odyseusz: - No więc... (myśli zawzięcie) Agamemnon: - No słucham...! Odyseusz: (improwizuje) - Trzeba dać mu żreć... Agamemnon: - Yhm... Odyseusz: - Napoić bydlę... Agamemnon: - Dość! Odyseusz na jutro napisze tysiąc razy: Koń to nie armata! A to co jest?! (bierze peta) Jakiś Grek: - Krzacek... Agamemnon: - Proszę! Jak za pomocą krzaczka zdobyć Troję?! Jakiś Grek: - No więc... Agamemnon: - No...! Odyseusz: (potrząsa zapałkami) - Ja jeszcze a propos konia. W środku jest wojsko takie jak o tu... Może by je wysypać, to zwiększy nasze siły... Agamemnon: (ledwie się opanowuje) - Nie, niech siedzi w koniu! Słucham specjalisty od krzaczków bojowych...! Jakiś Grek: - Hmm... Agamemnon: - Na jutro tysiąc razy: Krzaczkiem wroga nie zatłuczesz! Odyseusz: - Ja wciąż a propos konia... Agamemnon: - Milcz! Oddaj tego konia Trojańczykom, bo to zdaje się ich. Odyseusz: (potrząsa pudełkiem) - Z naszym wojskiem w środku...!? No, chyba, że dywersanci... Agamemnon: - Teraz poszukamy specjalisty od szopy bojowej. Kto mi powie... (!!!...) Odyseusz, coś ty powiedział? Odyseusz: - Że a propos konia... Agamemnon: - A później? Odyseusz: - Że z naszymi wojskami nie oddam, chyba, że dywersanci... Agamemnon: (porażony nagłą myślą) - Odyseusz, myśl szybko jak do konia zapakować wojsko! Odyseusz: - Może przebrać za owies i podrzucić koniowi... Agamemnon: - Za worek owsa może, ale przebierzesz się za ziarenko? Odyseusz: - Tak. Ale za duże ziarenko. Agamemnon: - To potrzebny jest duży koń! Jakiś Grek: - Słomką!!! Nadmuchać słomką! Też Grek: - Nie, rozbierzmy szopę i zbudujmy wielkiego konia! Agamemnon: - Więc do dzieła! Historia czeka! TROJA PADNIE DO NASZYCH STÓP. DUP!
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
NIE WKURZAĆ ŁYSYCH - FARAON (Różne Takie Story) |
||
|
Osobistości: Faraon - Pan Na Piaskach Kapłan - ksiądz egipski w czepku kąpielowym i w lampartach Sekretarz - taki do posług
nad Egiptem znowu wstało słońce
Sekretarz: - Ludu nikczemny! Padnijcie na kolana bo oto nadchodzi syn słońca, władca całego Egiptu, boski Ramzes 16. Oby żył wiecznie! Ramzes 16: - Aaaa!... (kończy swój wieczny żywot ledwie wystając zza kulis) Sekretarz: - No to w takim razie Ramzes 17. Oby żył wiecznie! Faraon: (nadchodzi trochę bokiem, trochę przodem) - Egipcjanie! Jestem waszym nowym Ramzesem! Macie mnie kochać i podziwiać, bo jestem bosy. Sekretarz: - boski... Faraon: - Bo jestem boski! Hołdy i dary przyjmuję codziennie od 16 do 18. Kapłan: (nadchodzi w czepku trochę bokiem, trochę przodem) - Faraonie, światło naszych oczu, obyś żył wiecznie od 16 do 18. Skoro już jesteś na tronie, to kapłani cię proszą o datek na świątynie. Dach przecieka... Faraon: - A dalejże mi, darmozjady jedne! Sam mam parę ton złota dla siebie... Kapłan: - O wielki! Nie wkurzaj łysych, bo umrzesz! Faraon: - Kto?! Ja-Obym-Żył-Wiecznie?! JESTEM BOGIEM! SYNEM SŁOŃCA! Kapłan: - Oj, bo ci powiem, czyim jesteś synem... Faraon: - Zaraz ci udowodnię, że jestem bogiem. (wysyła sekretarza) Sekretarz: (przynosi cylinder) Faraon: - Zrobię cud! (wyciąga z cylindra białego królika) Widzisz kreaturo?!!! CUD! Kapłan: - Synu słońca, nie wciskaj ciemnot. Złoto albo umrzesz. Faraon: - Ja mam wojsko! Kapłan: - Umrzesz! Faraon: - Ja mam szpiegów! Kapłan: - Umrzesz! Faraon: - Ja mam żonę i dzieci... Takie małe faraoniątka... Kapłan: - Umrzesz. Faraon: - Ale się uparł. Dobra, dam na tacę. Kapłan: - Dzięki. Idę na basen. (odchodzi w czepku trochę bokiem, trochę przodem) Faraon: - Powiedz, czy ja się zeszmaciłem, że spękałem? Sekretarz: - Nie. Ci łysi są bezwzględni. Widziałem jak załatwili tamtych Ramzesów. Cali w bandażach!...
KONIEC (nadchodzi trochę bokiem, trochę przodem) Autor: Władysław Sikora
|
||
|
SPOTKANIE Z CIEKAWYM CZŁOWIEKIEM - EINSTEIN (Różne takie Story) |
||
|
Występują: Einstein - geniusz, trochę Albert Przykład - chlebożerca Następny - następny Ciekawy - trochę badacz
Genialny Albert przechwala się Einstein: - Jaki ja jestem genialny! Jaki mądry! Tak nieraz spojrzę do lustra i myślę: Albert, jak ten czas leci, jak to światło leci, jakie to lustro brudne! W genialności swojej wymyśliłem parę wzorów które zrewolucjonizują naukę. To wielkie odkrycie. Nie codzień się dokonuje takich odkryć. Na przykład: wczoraj nie dokonałem, przedwczoraj też. Wytłumaczę wam to na przykładzie. Przykład chodź! (wyciąga przerażonego Człowieka z szarej rzeczywistości i tłumaczy wzory na kartce) Przy prędkościach podświetlnych masa i czas ulegają zmianie. Popatrz: masa w ruchu to jest masa spoczynkowa pomnożona przez odwrotność pierwiastka z jeden minus v przez c do kwadratu. To: tu jest prędkość obiektu, tu prędkość światła, tu masa spoczynkowa, a tu masa w ruchu. Przykład: (coś jeszcze znalazł) - A tu co? Einstein: - A to mucha nabrudziła. Przykład: - Ciekawe. Einstein: (kontynuuje) - Czyli: im większa prędkość, tym większa masa. Przykład: (drąży) - Czy ona wiedziała na co napstrzyła? To jest bardzo ciekawa kupa. Einstein: (oburzony) - Nie! Nie będę rzucał pereł między wieprze! (odpycha wieprza od perły) Chodź ty! Tobie wytłumaczę. (wyciąga następnego Człowieka z szarej rzeczywistości) - To jest masa spoczynkowa, to prędkość... Przykład: (popisuje się) - A tu mucha nabrudziła. Następny: (ze zdumieniem) - To mucha nabrudziła?! Hej, chodźcie wszyscy! Zobaczcie! Wszyscy: (przybywają z szarej rzeczywistości, z siwej, z burej...) Ciekawy: - Co jest? Następny: - Mucha tu nabrudziła. Ciekawy: - Duża mucha musiała być! (do Einsteina) Ty widziałeś tą muchę? Einstein: - A co was mucha tak obchodzi? Widziałem! Normalna mucha! Są ważniejsze rzeczy. Popatrzcie, przy prędkościach podświetlnych mianownik zaczyna maleć. Następny: - Ciekawe co jadła? Einstein: - Że też musiała akurat tu nabrudzić! (stara się zetrzeć, strząsnąć, zdrapać gówno, ale bez skutku) Przykład: (z podziwem) - Ale się trzyma. Einstein: (do gówna) - Już ja się ciebie pozbędę! (wydziera z kartki fragment z kupą i rzuca precz!) Wszyscy: (lecą za wyrzuconą kupą i pochylają się nad...) Einstein: - Jak już mówiłem... (przerywa bo nikt nie słucha) NIE! (podnosi papierek, chowa do kieszeni i odgania natrętów starających się zajrzeć do kieszeni) Gdzie?!!!!... (kontynuuje wykład) Wszystko zależy od tego czy prędkość jest odpowiednio duża... Następny: (zainteresowuje się nagle dziurawą kartką) - Popatrzcie. Kto by pomyślał, że po gównie muchy może być taka dziura... (oho!) Przykład: (odkrywa nagle) - I co ciekawe: mucha nabrudziła z jednej strony, a dziura jest z obu! (ohoho!) Einstein: - Posłuchajcie mnie wreszcie!!! Wszyscy: - Jeszcze nic ciekawego nie powiedziałeś... (urządzają w kącie gówniane konsylium) Einstein: (w olśnieniu - wiadomo: geniusz) - A gdyby to mucha leciała z prędkością światła... Następny: (z lekkim zainteresowaniem) - To co? PAUZA....!!!!!! Einstein: - GDYBY W LOCIE SIĘ SPASKUDZIŁA... To jej kupa byłaby cięższa od słonia! (oho!) Przykład: - Dużo? Einstein: - Sami sobie policzcie. (podaje odpowiednie wzory) Wszyscy: (durnieją do końca i zaczynają coś liczyć) - Kto ma kalkulator? - Tu trzeba podstawić masę kupy. - Nie, jedną kupę! - Tak, masę jednej kupy... (głosy cichną tonąc w zawiłościach teorii względności) Einstein:- Wszystko można, tylko trzeba znaleźć odpowiednie podejście.
Autor: Władek Sikora
|
||
|
W PUSTYNI I W PUSZCZY, A ZWŁASZCZA W PUSTYNI (Z Kolbergiem przez świat) |
||
|
Dramat piaskowy
Osoby: Staś - jak zwykle niezwykle bohaterski Nel - kobietka w sam raz dla Stasia Fatamorgana - autochton pustynny Słoń - osobnik z kompleksem trąby
Miejsce akcji: Sahara
Staś: (wlecze Nel przez całą pustynię wzdłuż i wszerz) - Chodź Nel, chodź! Nel: - Dokąd idziemy? Staś: - Pójdziemy tam, albo nie... Tam! Albo nie... Tam! Widok znajomy ten coś mi przypomina... Nel: - Co? Staś: - Żółty wiślany piach. Chodźmy tam. Nel: - Nie chcę, nie mogę, nie lubię! Gorąco mi. Staś: - Zaraz ci przejdzie. (wachluje Nel czymkolwiek) Fatamorgana: (pojawia się z powodu upałów) - Lody bambino, lody bambino! Staś: - Nie zwracaj na niego uwagi, to fatamorgana. Fatamorgana: - O cholera! Rozpoznali mnie. Chyba przesadziłem z tymi lodami... (znika wśród piasków) Nel: - Stasiu, zrobisz coś dla mnie? Staś: - Wszystko! Nel: - Ja chcę słonia! Staś: - Słonia? Już jesteś głodna? Nel: - Nie. Ja chcę słonia, żeby mnie powachlował uszami! Staś: - Zaraz ci jakiegoś złapię. (przystępuje do czynności łowczych, jak zwykle z dobrym skutkiem) - Mam go!!! Chodź tutaj! (słoń właściwy nieco się opiera, sytuację próbuje wykorzystać Fatamorgana pojawiając się w postaci słonia niewłaściwego) - Nie ty! (Staś jak zwykle radzi sobie z trudnościami - przegania Fata-morganę i obezwładnia słonia właściwego) - Słoniuuu, sprechen Sie Mozambik? Słoń: - Yhm. Staś: - Masz być dobry dla Nel! Jasne? Słoń: - Yhm. Staś: (przyprowadza słonia do Nel) Nel: - A co to za paskudztwo? Słoń: (rozgląda się z niepokojem) - Gdzie, gdzie? Nel: (wskazuje na słonia) - Tu, tu! Słoń: - Tu to ja. Słoń. Nel: - Słoń? A dlaczego masz takie małe uszy? Słoń: - Żeby cię gorzej słyszeć! Nel: - A dlaczego masz takie małe oczy? Słoń: - Żeby cię gorzej widzieć! Nel: - A dlaczego masz taki mały brzuch? Słoń: - Bo mało jem! Staś: (z dumą) - U nas będziesz się mógł najeść do woli. Słoń: - A wypchajcie się! Nel: - A co to znaczy, proszę słonia? Czy słoń nam łaskę robi?! Słoń: - A tak! Lepsza na wolności marchewka, niż w niewoli dwie marchewki! Uwolnić słonia! Staś: - Dostaniesz trzy marchewki, ale masz wachlować Nel uszami. Nel: - Wachluj, bo dostaniesz w trąbę! Słoń: (pęka) - Już, już wachluję. (wykonuje serię ruchów uszami) Fatamorgana: (pojawia się pomimo niewysokiej temperatury) - Ej wy! Wypuśćcie zwierza. Staś: - A ty co?! Fatamorgana: - Ja Fatamorgana do zadań specjalnych - Wydział Ochrony Słoni. Staś: (stawia się) - Słonia nie dam! Fatamorgana: (grozi) - To będzie zadyma. Staś: - Dobra!!! Orkiestra grać, będziemy się naparzać. Orkiestra pustynna: (rżnie od ucha swojskie kawałki) Staś: (wykonuje zestaw zamachów ćwiczebnych) Fatamorgana: (obala się z hukiem na piasek) - Ała, ała, ała!!! (?) Staś: - No co jest? Przecież cię jeszcze nie uderzyłem! Fatamorgana: (bardzo rozsądnie) - A co? Miałem czekać? Staś: - Nel, wygrałem. Nel: - Gratuluję Stasiu! Myśmy z Sienkiewiczem zawsze na ciebie liczyli. Staś: (podsumowuje sytuację nie bez dumy) - Choć jesteśmy na pustyni, ja wciąż odnoszę same sukcesy. Fatamorgana: (podsumowuje sytuację nie bez ironii) - Choć odnosisz same sukcesy, wciąż jesteście na pustyni!
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
UMARŁ STASZEK (Z Kolbergiem przez świat) |
||
|
Osoby: Staszek - postać o zdecydowanych poglądach na życie a zwłaszcza na jego brak Ona - osoba rodzaju żeńskiego Kolega - przyjaciel w niepełnym wymiarze Burza Łzy
Staszek: - Obudziłem się dziś rano i stwierdziłem, że życie nie ma najmniejszego sensu. (robi sobie dziurę w głowie za pomocą nabitego pistoletu) - O! (upada na ziemię lekko nieżywy) Ona: (nadchodzi wraz z kolegą) - O Staszek nie żyje. Szkoda. Kolega: - To był dobry chłopak. Miał złote serce i dwa srebrne zęby. Ona: - To smutna chwila. Straciliśmy przyjaciela, fachowca, sąsiada, kolegę, brata i obywatela. Jeden strzał, a sześciu nie żyje. Dlaczego? Kolega: - O-to jest pytanie. Być, albo nie być? Staszek: (wyraźnie wcina się do rozmowy) - Nie być! Nie być! (ponownie robi sobie dziurę w głowie za pomocą nabitego pistoletu) Ona: (zwraca uwagę na hałas w formie huku) - Grzmi... Idzie burza. Burza: (idzie) Kolega: - Lepiej żeby nie padało. Burza: (wraca) Ona: - Niech już pada. Burza: (wkurzona oddala się w nieznanym kierunku) Kolega: - Przeszło bokiem... Z deszczem jest jak z życiem: kiedyś się zaczyna, kiedyś się kończy, a czasem przechodzi bokiem. Ona: - Nie filozuj! Prawda jest bardziej prozaiczna: Staszek nam stygnie. Kolega: - O tak. Straszna jest ostateczność śmierci. Staszek jeszcze wczoraj był wysoki, a dziś jest tylko długi. Czy można w to uwierzyć? Można?!? Ona: - Można. Spójrz: Mgła zasnuła jego oczy, chłód ogarnął jego ciało, a serce bić przestało. Strona sto trzydzieści podręcznika medycyny: zgon. Kolega: - A więc jednak! Niech łzy się poleją nad losem Staszka. Łzy: (się leją) Ona: - Łzy tu nic nie pomogą. Łzy: (wkurzone oddalają się w nieznanym kierunku) Kolega: - Tyle możliwości miał przed sobą! Dlaczego wybrał postać nieboszczyka? Ona: - Wydaje mi się, że upraszczasz. Przecież on nie jest postać, tylko poleżeć... Kolega: - Tak wiele się zmieniło. Jak dalej żyć? Staszek: (ponownie wcina się do rozmowy) - Nie żyć! Nie żyć! (robi sobie dziurę w głowie za pomocą nienabitego pistoletu) Kolega: - Co w takiej chwili znaczą nasze codzienne sprawy? Wszystko staje się nieważne... Bilet miesięczny stał się nieważny: odkleił się znaczek. Ona: - Lecz żyć trzeba dalej. Kiedyś wszyscy znajdziemy się tam gdzie jest Staszek, Kochanowski z Urszulką, ojciec Hamleta i dobry indianin. Wszyscy spotkamy się tam - w niebie, i powiemy: "O kurde, ale wysoko zaszliśmy".
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
NIE ZADZIERAĆ Z WŁADKIEM! (Różne Takie Story) |
||
|
Osoby: Władek Jagiełło - król Polski Jadźka Jagiełłowa - królowa, posiadaczka takiej samej obrączki jak Władek J. KRZYŻACY: Mistrz Urlyk - Naczelnik Zakonu Komtur Zygfryd - oficer Matejko - reporter olejny
stosunki polsko-krzyżackie ulegają pogorszeniu...
Jagiełło: - Ha! (pauza) Ha!! (zaczepia przypadkowo napotkanych widzów) Powiedz: chrząszcz brzmi w trzcinie. () Dobra, swój! Jak Niemca złapię to nogi z dup powyrywam... Mistrz Urlyk: (pojawia się z kolegą) - JAGIELO! Ty polnische koenig! Kontur Zygfryd: - JAGIELO! Du bist dumm! Mistrz Urlyk: - JAGIELO! Ty Schnellzug in eine Seite! Kontur Zygfryd: - Ha ha ha! Kielbasa... Jagiełło: - Coś ty powiedział?! Mistrz Urlyk: - To co twuj slyschal. Jagiełło: - Ty... ty... ty... (trąca go zaczepnie) Mistrz Urlyk: - Du... du... du... (trąca też) Jagiełło: - Uważaj sobie! Mistrz Urlyk: - Wilst du w pysk?! Jagiełło: - No, uderz, uderz!... Mistrz Urlyk: (jak nie walnie...! i w nogi) (oj) Jagiełło: - Jadźka, biją mnie! Jadźka Jagiełłowa: (śpieszy na ratunek) - Kto cię bije? Jagiełło: - Niemce. Urlyk! Jadźka Jagiełłowa: - Dajesz się? Nie wstyd ci?! Jagiełło: - Ale ja go strasznie przestraszyłem. Jadźka Jagiełłowa: - To czemu uderzył? Jagiełło: - Powiedziałem uderz, to uderzył. Słuchają się mnie, psiekrwie! Kontur Zygfryd: (pojawia się i znika) - Jagielo, du bist tromba! Jadźka Jagiełłowa: - Władek, tak dalej być nie może. Zrobię ci kanapki i pójdziesz na wojnę. Jagiełło: - A więc wojna! Echa wojny: (z off-u) - Wojna... ojna... ojna... Spoza gór i rzek... Willkomen Gerda, Fenster zu machen, auf Osten Seite... Szumi dokoła las... Heili Heilo... Jagiełło: - CISZA! Wyzywam zatem Krzyżaków na bitwę pod Grunwaldem. Mistrz Urlyk: (przychodzi z Malborka) - Nein, nein! My nie chtschetch Grunwald! Kontur Zygfryd: - Kein Grunwald! To już lepscha Westerplatte. Jagiełło: - Cicho Krzyżaki jedne! Grunwald i już! Mistrz Urlyk: - Herr Jagielo, to ty daj chotschasch jakiesch mietsche. Kontur Zygfryd: (zachęca) - Herr Jagielo, mietschy tschi u was dostatek. Ty nie bontch zgred. Jagiełło: - A poszli won! Mistrz Urlyk: - A to chodźmy. (idą von Jungingen i Zygfryd) Jagiełło: - O świcie czekam pod Grunwaldem. Gotujcie się na śmierć! Krzyżacy: (z off-u) - Gotujemy się!... O, jesteśmy ugotowani! Jagiełło: - A Wojsko Polskie?! Wojsko Polskie: (z off-u) - Co?! Jagiełło: - Macie ducha do walki? Wojsko Polskie: - No! Jagiełło: - Matejko gotów?! Matejko: (gotów) - Gotów! (można!) Jagiełło: - No to zaczynajcie moje zuchy!... Krzyżacy: (z oddali) - Nein! Nein! Nie zatschynatch! Urlyk kaput!!! Mistrz Urlyk: (z bliska) - Herr Jagielo, ty nas nie zabijaj, co...? Jagiełło: - Zamknijcie te głupie ryje! Mistrz Urlyk: (do Zygfryda) - Zamknij się! Jagiełło: - Jako zwycięzca ogłaszam wyrok: zabierzemy wam dwa miecze, zabierzemy 50 dukatów grzywny, a na ziemiach krzyżackich zrobimy NRD.
(co doprowadza do Hołdu Pruskiego i przyjaźni polsko-enerdowskiej)
Autor: Władysław VI Sikora
|
||
|
PRZEPRASZAM SZALONY PĄCZKU (Z Kolbergiem przez świat) |
||
|
Osoby: Wódz Wielki - naczelnik wojsk indiańskich Wódz Mały - już właściwie nie wódz Tchórzliwy Bizon - wojownik przynoszący wstyd i nowe wiadomości Szalony Pączek - skłoł Joe - bardzo blada twarz Syrena - alarmowa
Indianie: (jak to Indianie, siedzą przy ognisku i śpiewają partyzanckie piosenki) Wódz Wielki: (z zadumą) - Blade Twarze znów zabierają nam ziemię. Wódz Mały: (z woreczkiem ziemi) - Ja swoją mam przy sobie. Wódz Wielki: - Już tylu wojowników odeszło z naszej wioski. Złamana Strzała... (zapala zapałkę i wrzuca do ogniska) Ryczący Bawół (zapala zapałkę i wrzuca do ogniska) Milczący Bawół (zapala zapałkę i wrzuca do ogniska) Winetou (zapałka nie chce się zapalić) No co jest? Przecież on na pewno nie żyje! Wódz Mały: (stara się zmienić temat) - Wodzu, dostałem list od swojej skłoł... (wyjmuje sznurek z gustownymi supełkami) Wódz Wielki: (dostrzega źle zaciągnięty węzeł) - Tu jest błąd ortograficzny. Wódz Mały: - Nie szkodzi, ja nie umiem czytać... Szalony Pączek: (wpada nagle) - Alarm!!!!! Zbliżają się blade twarze! Syrena: ..ąąąaaaaaaaAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAaaą. Wódz Wielki: - Odtańczmy taniec wojenny! Tchórzliwy Bizon: - Z figurami? Wódz Wielki: - Nie ma czasu na figury! Indianie: (tańczą, podśpiewując znane słowa: hanna ia) - Hanna ia hanna ia hanna ia hanna ia Wódz Wielki: (przerywa taniec we właściwym momencie) - Do ataku!!! Tchórzliwy Bizon: (odwraca się i biegnie w drugą stronę) Wódz Wielki: - Dokąd Tchórzliwy Bizonie? Tchórzliwy Bizon: - Obiegnę kulę ziemską i zajdę ich od tyłu! Wódz Wielki: - Przed świtem nie zdążysz! Za mną!!! Indianie: (wybiegają) Szalony Pączek: (zostaje sama) * * * * Joe: (wynurza się z zarośli) - Szalony Pączku... ajlowiu! Szalony Pączek: - Dziękuję, ale teraz nie czas na miłość. Joe: - Sory. (znika wśród zarośli) * * * * Tchórzliwy Bizon: (wpada w bitewnym amoku) - Czy jest wódz? Szalony Pączek: - Nie ma. Tchórzliwy Bizon: - Zostawię mu wiadomość! (wydmuchuje z fajki obłoki informacyjne i wraca skąd przybył) Wódz Wielki: (nadchodzi z Wodzem Małym) Szalony Pączek: - Wodzu, jest wiadomość dla ciebie. Wódz Wielki: - To przeczytaj, bo mam okulary tylko do skalpowania. Szalony Pączek: (czyta) - Nic ważnego nie zaszło! Wódz Mały: (spostrzega ruch na horyzoncie, przykłada dłoń do oczu) - Wodzu, widzę bitwę! Wódz Wielki: (bierze dłoń od W. Małego i patrzy spode dłoni) - Czy ten z krzywym nosem to Złamana Strzała? Wódz Mały: - Nie, to Urlyk von Jungingen! Wódz Wielki: - Ja gut, to nie nasza bitwa. Tchórzliwy Bizon: (wbiega w popłochu) - Wodzu, widziałem kowboja!!! Wódz Wielki: - Gdzie? Tchórzliwy Bizon: - Tam. Tysiąc kroków stąd! Wódz Wielki: - To za mną! Indianie: (idą we wskazanym kierunku, skrupulatnie odliczając 1000 kroków) - Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć.... * * * * Joe: (wynurza się z zarośli) - Szalony Pączku... ajlowiu! Szalony Pączek: - Dziękuję, ale teraz nie czas na miłość. Joe: - Sory. (znika w zaroślach) * * * * Wódz Wielki: (wbiega z przepychaczem do zlewów) Szalony Pączek: - Wodzu, co trzymasz w ręku? Wódz Wielki: - Przyrząd do skalpowania łysych. Wódz Mały: (pojawia się nagle z językiem w ręku) - Wodzu, złapałem języka! Wódz Wielki: - To musisz złapać resztę, bo to nam na razie nic nie mówi. Tchórzliwy Bizon: (pojawia się nagle ze strzałą w plecach) - Poczta!!!!! Wódz Mały: (wyciąga strzałę, zdejmuje list, wbija strzałę z powrotem i czyta) - Blade twarze spaliły nam wioskę! Wódz Wielki: - A to mokasyny! My im też coś spalimy! (odbiegają cichcem) * * * * Joe: (wynurza się z zarośli) - Szalony Pączku... Indianie: (wynurzają się z zarośli) - Ajlowiu!!!!!! Joe: - Spaliliście mi numer!!! Indianie: - Sory...
KONIEC Autorzy: Władysław Sikora, Dariusz Kamys, Andrzej Kłos
|
||
|
KTO JEST BRZÓZKĄ? (Z Kolbergiem przez świat) |
||
|
Osoby: Być Może Brzózka - zagadka przyrodnicza Przechodzień - pazerny na brzózkę Dzięcioł - leśny lekarz bez dyplomu Policjant-Kapral - siła porządkowa II Policjant-Sierżant - siła porządkowa V
Być Może Brzózka: - Widzowie! Mam ważny komunikat. Zaginęła przyroda! Ktokolwiek wiedziałby o miejscu pobytu rośliny lub zwierzęcia, proszony jest o powiadomienie najbliższej jednostki policji. Na znalazcę czeka nagroda: Pieniądze! Dwa pieniądze! Zgłoszenia przyjmowane będą drzwiami i oknami. Przechodzień: (przypadkowo przechodząc) - O jaka śliczna brzózka. Zabiorę do domu i potnę na półki! Być Może Brzózka: - Ja nie jestem brzózką. Przechodzień: - Wiem, wiem. Przemysł tak się rozwinął, że przyroda zeszła do podziemia i się ukrywa. Ale nie ze mną te numery brzózko! Być Może Brzózka: - Ja nie jestem brzózką. Naprawdę! Przechodzień: - O! Niedobrze. przyroda zatraciła poczucie tożsamości. To drzewko wymaga natychmiastowego leczenia. O, dzięcioł! Dzięcioł: (wpada nagle i tłucze ryjem o drzewo) Przechodzień: - Ten przynajmniej pamięta do czego stworzyła go natura. Dzięcioł: - Właśnie staram się to sobie przypomnieć! (tłucze dalej) Mam, przypomniałem sobie! Przechodzień: - Co? Dzięcioł: - Ja nie jestem dzięciołem! (kica z powrotem do lasu) Przechodzień: - A to się narobiło... Dzięcioł udaje zająca, brzózka skretyniała, a w dodatku idzie tu dwóch policjantów. Schowam się na brzózkę... (wskakuje na być może brzózkę) Policjant-Kapral: (dostrzega być może brzózkę) - Natrafiliśmy na ślad przyrody. Popatrz, brzózka. Być Może Brzózka: - Co wy z tą brzózką?! Policjant-Kapral: - Proszę... Policjant-Sierżant: - Słucham... Przechodzień: - Kto słucha? Policjant-Sierżant: - Kto to mówił? Przechodzień: - Ja mówiłem. Być Może Brzózka: - Co ty powiesz? Przechodzień: - Cicho! Cicho tutaj. Policjant-Sierżant: - Ale jednak ktoś coś mówił. Przechodzień: - To tylko wiatr muskał liście tej smukłej brzózki... Być Może Brzózka: - Ażeby was cholera z tą brzózką! Policjant-Sierżant: (zauważa przechodnia na brzózce) - Popatrz: jakiś biedak przyrośnięty do drzewa. Policjant-Kapral: - Medycyna zna takie przypadki. Naszemu komisarzowi niedawno amputowali biurko. Policjant-Sierżant: - Wytrzymaj jeszcze chwilkę. Zaraz cię odetniemy. Przechodzień: - Nie trzeba. Sam zejdę. Policjant-Kapral: - To złaź! Utworzymy tu rezerwat przyrody. Z neonem: brzózka, lat około 30, matka - natura, ojciec - naturlich. Być Może Brzózka: - Może ja się powtarzam, ale ja nie jestem brzózką. Przechodzień: - Tak, tak, on rzeczywiście się powtarza. Policjant-Kapral: - Cóż, coraz trudniej o niepowtarzalny zakątek przyrody. Ale i brzózka dobra. Być Może Brzózka: - Ja nie jestem brzózką! Policjant-Sierżant: - Co ty tam mamroczesz brzózko? Być Może Brzózka: - Nic! Powtarzam sobie tabliczkę mnożenia. Policjant-Kapral: - Ty umiesz mnożyć? Być Może Brzózka: - Nie. Powtarzam tylko: tabliczka mnożenia, tabliczka mnożenia, tabliczka mnożenia... Policjant-Kapral: - Jak na brzózkę to i tak dużo. Może utworzymy tu rezerwat przyrody i nauki. Przechodzień: - A dużo już rezerwatów utworzyliście? Policjant-Sierżant: - Dużo, ale wszystkie wyzdychały. Policjant-Kapral: - Lecz z brzózką sobie poradzimy. Proszę z nami. Być Może Brzózka: - Ja nie jestem brzózką!!! Policjant-Sierżant: - Jodła też tak mówił. (zabierają obywatela brzózkę ze sobą) Przechodzień: - Ale mi się udało. Nie poznali, że jestem wiewiórką. (ucieka do dziupli)
Koniec Autor: Władysław Sikora, Adam Pernal
|
||
|
CHŁOP I BABA (POTEM III) |
||
|
Osoby: Narrator - komentator scenicznej rzeczywistości Chłop - przedwojenny spryciarz Baba - spryciarzowa Policjant - organ wykonawczy przedwojennej władzy
Miejsce akcji: Uboga chałupa w ubogiej wiosce
Narrator: - Działo się to w biednej przedwojennej wiosce. Żyła tam rodzina. Uboga i szczęśliwa. Przede wszystkim uboga. Chłodno im było i głodno. Chłodno przede wszystkim chłopu, który z uwagi na wystające żeberka szybciej ciepło tracił. Często więc siadał na przypiecku, grzał się i pogwizdywał. Jazgot był w chałupie, bo też bieda piszczała jak stu Paganinich, a i babie kiszki marsza grały. Ciężko im było. Baba: - Ciężko nam! O jakże nam ciężko! Narrator: - Biadoliła baba. Policjant: (wchodzi bez uprzedzenia) Chłop: - Nie teraz! Won ze sceny! Narrator: - Lamentował chłop. Policjant: (wychodzi w popłochu) Chłop: (zachowuje pełny spokój) Narrator: Na domiar złego była właśnie klęska nieurodzaju. A przed wojną klęski nie zdarzały się co roku. Nieprzyzwyczajone chłopstwo więc w czarną rozpacz wpadło, zaś baba wzięła łopatę i poszła szykować pochówek. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zamiast grobu pieniądze wykopała. Nie były to złote monety, ale dla biednego było to więcej niż dziesięć złotych. Baba: - Dwanaście! Narrator: - Długo oboje świętowali. Zaś wieczorem włożyli pieniądze do worka po fasoli i poszli spać! Nazajutrz do ich chałupy zawitał stójkowy i jego nieodłączny owczarek niemiecki Helmut! Policjant: (do psa) - Helmut, leżeć! Narrator: - Zlękli się oboje i worek schować chcieli. Zauważył to policjant. Policjant: (zauważa to) - A cóż tam chowacie przede mną? Baba: - A worek. Narrator: - Odparła baba. Policjant: - A w worku co? Baba: - Fa sol la... Narrator: - Kłamała jak z nut. Policjant: - A nie łżesz? Baba: - Kto? Policjant: - Ty! Baba: - Ja? Policjant: - Tak. Baba: - Nie łżę! Narrator: - Łgała... Policjant: - A skąd ta fasola? Baba: - A wyrosła! Policjant: - A przecież nie sialiście...! Chłop: (przypomina o innych cudach natury) - A grzyba na ścianie sialim?! Policjant: (przypomina o innych sposobach rozmowy) - A w mordę chcesz? Narrator: - Na te słowa baba poczęła włosy z głowy rwać. Baba: (rzuca się na mężowy łeb i dalejże wyrywa włosy) - A jakże to tak rodaka w mordę lać? Policjant: - A ja nie ze złości, jeno żeby myśli do dalszej dyskusji zebrać. Wierzcie mi. Słowo daję! Chłop: - A twoje słowo psu na budę! Narrator: - Policjanta aż zatkało. A gdy odzyskał głos to powiedział: Policjant: (bloup!) - Jakże to? Godzi się zaufania do władzy nie mieć? Chłop: - A bo ludzi bijesz za pieniądze! Narrator: - Zmarkotniał policjanat i mu się wstyd zrobiło, że nie bije ludzi za darmo... Policjant: - Juści, szuja jestem, nie powiem... Chłop: - Ale ja powiem! Narrator: - Powiedział chłop. Chłop: - Do dziś mam ślady na plecach, jak żeś mnie obił! Policjant: - Do dziś? Narrator: - Zainteresował się policjant Policjant: - Ech dobra przedwojenna robota. Narrator: - I powiedziawszy to policjant ze smutkiem odszedł w mrok historii. Zaś odchodząc pomyślał: Oj, nie lubią mnie ludzie. - Nie luuubiąąą, nie luubiiąąą - zawodził wiatr - Nie luuubiąąą, nie luubiiąąą - szumiały drzewa - Niech lubiąąą, niech lubiąąą - pisała gazeta.
KONIEC
|
||
|
UWAGA NA AMORY! (Serca jak motyle) |
||
|
Występują: Policjant - strażnik porządku i moralności Amor - zdziczały siewca miłości
Policjant: - Proszę państwa, miesiąc temu, tutaj, na tej ławce zostali nieszczęśliwie zakochani Mirosław N. i Aneta W. Według świadków w okolicy kręcił się osobnik ze skrzydłami, uzbrojony w łuk i strzały. W toku czynności śledczych zatrzymany został domniemany sprawca. Amor: (nieświeży z wyglądu, pognieciony i skuty kajdankami, nieśmiało się kłania) Policjant: - Jak to było? Amor: - Jak. Normalnie. Patrzę siedzi facet i facetka. Nie rozmawiają. Albo się nie znają... albo się znają. Dookoła wiosna, ptaki drą ryje, kwiaty czuć, a oni nic! Policjant: - Proszę używać określeń ogólnie przyjętych: słychać ptasie trele, kwiaty pachną oszałamiająco... Amor: - No! A oni nic! Ja na takich jestem uczulony. To przywaliłem jednemu i drugiemu z łuku. Policjant: (nie wie czemu, ale go poprawia) - Wysłałem strzałę miłości. Amor: - Przepraszam. Mnie wychował park. Policjant: - No dobrze. Proszę pokazać na modelach przebieg zajścia. (wchodzą przystojne modele) Amor: - To facet siedział tu, babka tu... Policjant: - Proszę mówić: młodzieniec i dziewica... Amor: - To ten... (patrzy pytająco) Policjant: - Młodzieniec... Amor: - Młodzieniec czyta gazetę, tu taka zdrrowa dziewica, a on czyta o Kołodkach i pies pogryzł dziecko. Dziewica też otąpna. Policjant: (poprawia) - Niezainteresowana uczuciowo. Amor: - No. To ja myk myk, od drzewa do drzewa, łuk do ręki i sru... wysłałem strzałę miłości. Policjant: - Proszę pokazać gdzie został trafiony młodzieniec. Amor: - Tu. (pokazuje dotykając w serce). Wtedy wreszcie zaczął się dowalać do dziewicy. Dowalać? (patrzy pytająco) Policjant: - Uniósł go poryw uczuć... Amor: - AchA. Ona się spłoszyła, i już by uciekła... to musiałem wysłać strzałę miłości szybko. To pocelowałem do dupy. Policjant: - Nieudolnie. Amor: - Nieudolnie. Policjant: - Gdzie została trafiona dziewica? Amor: - Właśnie w to nieudolnie... Co zrobisz... Wierciła się cholera jedna. Policjant: - Ajii! Proszę powtórzyć. Amor: - Wierciła się jedna...? Policjant: - Dobrze. Co nastąpiło dalej? Amor: - Jak wreszcie trafiłem dziewicę w serce, to było już za późno. Młodzieniec się obraził na dziewicę. Resztę już wiecie: Młodzieniec się spił, dziewica poszła do zakonu. Policjant: - Więc przyznajesz się do winy... Amor: - A wyprę się?!... Trudno, odsiedzę swoje. Policjant: - Odsiedzisz. A dla państwa ostrzeżenie: zdziczałe amory są wciąż niebezpieczne. Oto zdjęcia osób w których możecie się zakochać, jeśli nie będziecie ostrożni. (pokazuje zdjęcia dziewic i młodzieńców bardzo nieatrakcyjnych)
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
Miej serce i oczy (Dzikie Muzy) |
||
|
Narrator: - Słuchajcie kochani. Chcemy wam przestawić sztukę z samego Paryża o istocie tworzenia... Wystąpi poetka Ara, malarz Stefanjo i tajemniczy Roberto. Ulica Paryża, poeci w rynsztokach, piękne kurtyzany za rogiem, tu chce się żyć! Ara: - Paryż, Paryż... miasto poetów. Piękne wiersze tutaj tworzę, bo cudownie jest na dworze... Stefanjo: - Ładnie Ara. Wreszcie udało ci się sklecić rym. Ara: - W poezji nie rym jest najważniejszy, ale żarr uczuć. Metaforra i ekstaza! Stefanjo: - Nie rozumiem. Możesz mi to namalować? Ara: - Słowami namaluję: czarny, żółty, czerwony, błękit, zieleń, jeleń! Stefanjo: - Jeleń! Już nie chcę rozumieć. Ara: - Wy malarze, to tylko pędzel, paleta i maziać! (nagle chętna) Namaziaj mnie! Stefanjo: - Nie, tego faceta maziam. (pokazuje na widza o szlachetnych rysach) Ara: - Ech wy. Nie widzicie piękna wewnętrznego. Stefanjo: - Widzę. Tylko piękno wewnętrzne maluję pod spodem, a na wierzchu tego faceta. Ara: - My poeci jesteśmy eteryczni, a wy to metry i kilogramy. Układ SI. My jesteśmy nienamacalni... Obcujemy z eterem. Stefanjo: - My z terpentyną. Też można się nawąchać. Ara: - (pauza i nagle) Ech, Roberto! Stefanjo: - Jaki Roberto? Ara: - Mój Roberto. Co wieczór go przyzywam. Tworzę go ze słów, z moich wierszy. Roberto: - (garbaty, kulawy i półślepy) I oto jestem! Z twoich wierszy stworzony, jam metafora i ekstaza, twój na zawsze Roberto! Stefanjo: - Hm, tak trochę Picasso, trochę Munch. Roberto: - (zagląda przez ramię Stefanja) To ja? Stefanjo: - Nie, to ten facet. Już skończyłem. (pokazuje uroczy portret w formie nieomal słoneczka) Kupi pan? (zachęca spojrzeniem) Ara: - Roberto, inaczej sobie ciebie wyobrażałam. Roberto: - Poważnie? Czego mi nie brakuje? Metafora i ekstaza. Ara: - Zawiodłeś mnie Roberto. Spodziewałam się pięknego smukłego młodzieńca. Roberto: - Trzeba było mnie tworzyć z wierszy Goethego, a nie swoich.
|
||
|
NIESZCZĘŚLIWA HISTORIA ZDRADY MAŁŻEŃSKIEJ (15 Sztuk) |
||
|
Hieronim ma straszny sen. Hieronim jest zdradzany.
Występują: Hieronim - mąż codzienny Pelargonia - żona na skraju urody Panicz - Marian z aparycją Anioł - reprezentant Nieba na Ziemi
(na skraju dnia Hieronim jest ubrany w płaszcz) Hieronim: - Pelargoniuuu. Zrób mi kanapkę. Pelargonia: - Jadłeś już dzisiaj! Hieronim: - Wyjeżdżam Pelargoniu. Kanapka mi będzie potrzebna do podróży. Ugotuj też jajko. Będę szpanował w przedziale. Pelargonia: - Więc dostaniesz kanapkę. Otwórz sobie lodówkę. (...) No czemu stoisz? Hieronim: - Nie podałaś mi szyfru do lodówki. Pelargonia: - 3 w lewo, 7 w prawo, 2 w lewo. Hieronim: - Dziękuję Pelargoniu. Za pół godziny wyjeżdżam do Kutna z przesiadką. Za trzy dni wracam z Kutna z przesiadką. Wychodzę! (wychodzi) Pelargonia: (woła przez okno) - Szczęśliwej drogi z przesiadką! Pelargonia: (siada zadumana na sofie) Poszedł. Ach, jaka jestem samotna od 5 sekund. (wykręca numer Hieronimowi przy pomocy telefonu) Halo... panicz Marian...? Hieronim wyjechał a ja jestem samotna. Gdybyś tędy przechodził, to wstąp na chwilę. Panicz: - Już przechodzę! (wkracza do pokoju Pelargonii) Pelargonia: (kończy rozmowę z telefonem) - A więc czekam! (odkłada słuchawkę i odwraca się do panicza) Co tak długo?! Panicz: - Miałem ważny telefon od ciebie. Pelargonia: - Wierzę ci! Napijesz się, czy od razu mi powiesz, że jestem piękna? Panicz: - Najpierw się napiję. (pije) Pelargonia: - No i jak dziś wyglądam? Panicz: - Nalej mi jeszcze trochę. Ej, jak ten czas leci... (pije i spogląda na Pelargonię) A ty wciąż jesteś piękna. Pelargonia: - To przy tobie się czuję taka młoda! Hieronim nie potrafi docenić ni zrozumieć. Ach ten Hieronim... ZDRADŹMY GO! Panicz: - O, jakie to banalne! Jakie to banalne i ekscytujące! (patrzy po męsku i mówi aksamitnym męskim basem) Pelargonia... Kocham cię! Pelargonia: (mówi aksamitnym kobiecym basem) - Ja też cię kocham. Hieronim: (wpada nagle do mieszkania) - Wpadam nagle do mieszkania i co widzę, ach?! Zdrada, zdrada!!! (wyjmuje pistolet bardzo nabity) Panicz: - Co chcesz uczynić?! Hieronim: - Strzelać, strzelać aż zabiję! Pelargonia: - Kogo? Hieronim: - Wszystkich! Ciebie... (strzela prosto w serce Pelargonii) Ciebie... (strzela w serce Mariana) i Siebie (strzela w kapelusz swój)! Pelargonia, Marian i Hieronim: (padają nieżywi) Anioł: (sfruwa z niebios) - Wstawać, idziemy do nieba! Pelargonia, Marian i Hieronim: (wstają i idą do nieba)
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||
|
HANIA JEST WAŻNA (15 Sztuk) |
||
|
Występują: Hania - dziewczę nieduże z ogromną ambicją Ferdynand - król trochę zajęty Lutek - Lutek Marian - Marian Hieronim - Hieronim Obywatele - koledzy z tego samego kraju
Ferdynand: (sadza Hanię na krześle) - Hania, siadaj tu chłopie, jak ktoś przyjdzie to mów, że mnie nie ma. Że jestem chory, wyjechałem, albo mam konferencję z Kacprem, Baltazarem i Melchiorem. (wychodzi z sekretariatu) Hania: (siedzi dumnie) - Jaka jestem ważna! Szkoda, że nikt nie przychodzi. Lutek, Lutek chodź na chwilę. Lutek: (wchodzi) - Co? Hania: - FERDYNANDA NIE MA! Lutek: - Już? Hania: - Już. Lutek: (wychodzi) Hania: (jaśnieje) - ALE GO SPŁAWIŁAM! (wycina sylwetkę na biurku) Marian: (zagląda) - Cześć Hania. Hania: (już się cieszy) - No czeeść... Marian: - Jest tu Hieronim? Hania: (zawiedziona okropnie) - Dlaczego Hieronim... Marian: - Bo mi potrzebny. Hania: - Nie ma Hieronima, ale jeszcze bardziej nie ma Ferdynanda! Marian: - Aha. (wychodzi) Hania: (rozczarowana) - Aj, słabo. Hieronim: (wpada) - Haneczka, muszę się widzieć z Ferdynandem! Hania: (jaśnieje) - W ważnej sprawie? Hieronim: - Najwyższej wagi. Hania: (promienieje) - I nie możesz poczekać? Hieronim: - Absolutnie! Hania: - Świetnie. FERDYNANDA NIE MA! (radość) Hieronim: - Cholera! Co robić? Hania: - Przyjdź za minutę. Hieronim: - Będzie za minutę? Hania: - He he... zobaczysz... Hieronim: (wychodzi) Hania: (wycina sylwetkę na biurku) Ferdynand: (zagląda) - Jak się pracuje? Hania: - Bardzo fajnie. Ferdynand: - Zazdroszczę ci. Ja nie lubię swojej pracy. (siada) Hania: (rozgniewana) - Co się rozsiadasz?! Idź stąd!!! Tu się pracuje!!! (wypycha Ferdynanda z gabinetu... i wycina na biurku sylwetkę z koroną) Hieronim: (wpada rozgorączkowany) - Wrócił? Hania: (radosna) - Ferdynand? Hieronim: - Ferdynand! Hania: - He he he... Hieronim: (niecierpliwie) - Mów! Jest czy nie!? Hania: (bez pośpiechu) - Choodź... choodź... FERDYNANDA NIE MA!!!!... Przyjdź za minutkę. (wycina kolejną sylwetkę) Ferdynand: (zagląda) - Pracujesz? Hania: (z dumą) - Pracuję. Ferdynand: - Teraz zaczynamy przyjmować. Hania: - Dlaczego? Ferdynand: - Ty nie pytaj dlaczego, tylko przyjmuj chłopie. (wraca do gabinetu) Hania: - Co?... (żal, płacz, a nawet rozpacz) (nagle!) Obywatele: (wchodzą uzbrojeni do gabinetu) - Hania!!! Hania: (przez łzy) - Do Ferdynanda?... Obywatele: - Tak! Hania: (rozkleja się całkiem) - To tędy... (cierpi ruchowo) Obywatele: (wywlekają Ferdynanda z jego gabinetu) - Obywatelu, jest rewolucja, jesteś aresztowany! Hieronim: (wpada zdenerwowany) - FERDYNANDZIE!!!... (zauważa rebeliantów) A, już wiesz. Hania: - I po co było przyjmować?! Ja bym ich spławiła...
WCALE NIE KONIEC Republika też potrzebuje sekretarek Autor: Władysław Sikora
|
||
|
BARABASZ TUR SZUKA SEKRETARKI (15 Sztuk) |
||
|
Występują: Zenon Szypuła - maszynopisarz Pan Ż. - cholera wie kto? Hieronim - mało uroczy jak zwykle Hania - dziewczątko - pół naiwne, pół rzeczowe Barabasz Tur - kierownik
Barabasz: (w swoim gabinecie czeka na kolejne kandydatki. Wchodzi pierwsza) Zenon: - Nazywam się Zenon Szypuła, po matce Zofia... Barabasz: - Za brzydka! Następna! (Zenon wychodzi, wchodzi następna) Pan Ż.: - Nazywam się... Barabasz: - Za brzydka, następna! (wchodzi następna) Hania: - Nazywam się Hania... Barabasz: - Następna! (wchodzi następna) Hieronim: - Nazywam się Hieronim... Barabasz: - Rany boskie! To już lepiej dajcie poprzednią! Hania: (wraca) - Nazywam się Hania. Już jako dziecko wsłuchiwałam się w odgłosy maszyny do pisania której używał mój ojciec. Mając 6 lat zaparzyłam pierwszą kawę... Barabasz: - Dość! Kiedy pierwszy raz usiadła mężczyźnie na kolanach? Hania: - Jeszcze nie miałam roczku, kiedy dziadek... Barabasz: - Dobra! Kiedy ostatni raz siedziała na kolanach? Hania: - To były moje piąte urodziny... Barabasz: - No tak! Tego się spodziewałem! Przerażający brak profesjonalizmu. Czy ona wie, czego oczekuje się od sekretarki? Hania: (zaniepokojona) - Kto? Barabasz: - Ona ona! (wskazuje Hanię) Hania: (wciąż niezbyt rozumiejąca) - Ona? Zapytam. (prowadzi dialog wewnętrzny) - Czy wiesz czego się oczekuje od sekretarki? - Wiem, pisania na maszynie i parzenia kawy. - Coś ty taka głupia?! Nie wiesz, że chodzi o seks? - Wiem, ale popatrz jaki on brzydki. (patrzy na Hieronima) - Faktycznie, brzydki jak delirium. - No i co on sobie wyobraża? - Nie wiem. - To zapytaj. Hania: (pyta Barabasza) - Co on sobie wyobraża?! Że co? Barabasz: (odchodzi na bok i prowadzi dialog wewnętrzny) - Ty, co ty sobie wyobrażasz? - Gówno cię to obchodzi! Barabasz: (wraca do Hani) - Zmieńmy temat. Ostatecznie to ja zadaję pytania! Hania: - A ja? Barabasz: - A to też jest pytanie! Hania: - To nic mam nie mówić? Barabasz: - Drugie! Hania: - Co drugie? Barabasz: - Trzecie!!! Hania: - Pytanie? Barabasz: - CZWARTE! Hania: - Czy ja o coś pytam? Barabasz: - Milczeć! Hania: (zasłania sobie usta) - Teraz dobrze? Barabasz: - Won!!! Hania: (przeprowadza krótką naradę ze sobą) - To co? Iść, czy jeszcze o coś zapytać? - A czy on ci odpowiada? - Wcale. (koniec narady) Hania: - Wychodzę! On mi zupełnie nie odpowiada. (wychodzi) Barabasz: (speszony) - Ty, dlaczego ty nikomu nie odpowiadasz? - ... (Barabasz sobie też nie odpowiada)
KONIEC Autor: Władysław Sikora
|
||