|
|
CARMEN - MENAŻKA, MULETA I MIŁOŚĆ
|
Występują:
Carmen - don Juan w spódnicy
Kapral Jose - rezerwa 100 ddc
Nasz Szeregowy - kot
Torreador - bożyszcze tłumów (szczerze: jebaka)
Wojsko: (śpiewa w gorących rytmach hiszpańskich) - Niech żyje nam rezerwa przez szereg długich lat, gdy rezerwiści piją, w Hiszpanii wódki brak.
Kapral Jose: - Już tylko 100 dni do cywila. Co szeregowy?
Szeregowy: - Tak jest, sinior kapral!
Kapral Jose: - Dziś się będziemy bawić.
Szeregowy: - Tak jest!... Ojej!
Kapral Jose: - Wino, rozumiesz?
Szeregowy: - Rozumiem!
Kapral Jose: - Kobiety, rozumiesz?
Szeregowy: - Kobiet nie rozumiem!
Kapral Jose: - Nie musisz. Załatw mi wina i kobiety!
Szeregowy: (biegiem przyprowadza dziewczynę z butelką wina) - Tu sinior kapral prosił.
Kapral Jose: - Jak ci na imię, mała?
Carmen: - Carmen.
Kapral Jose: - A my jesteśmy Extra Mocne! Zaśpiewaj nam coś!
Carmen: (śpiewa coś)
Kapral Jose: - Ta piosenka przypomniała mi dzieciństwo. Mamusiu... (idzie się wypłakać)
Carmen: - A tobie jak się podobało, żołnierzyku?
Szeregowy: - Za bardzo largo i za mało piccicatto.
Carmen: - Mądrala z ciebie. (tuli się doń) - A co byś powiedział na małe tete a tete?
Szeregowy: (bardzo niepewnie) - Jakby to powiedzieć... Za bardzo presto i za bardzo piccicatto.
Carmen: - Pojedźmy gdzieś razem!
Szeregowy: - Rozkazu nie było!
Carmen: - Więc rozkazuję: uciekamy stąd!
Nasz Szeregowy: - Tak jest!
(uciekają)
Kapral Jose: (przyłapuje ptaszki) - Halo, szeregowy. Co tu się dzieje?
Szeregowy: (melduje) - Melduję, że uciekamy!
Kapral Jose: - Szeregowy! (tłumaczy) Wojsko nie "ucieka", tylko "wycofuje się na z góry upatrzone pozycje".
Szeregowy: - O ptaszek, ptaszek! (dokonuje ucieczki pod płaszczykiem ornitologicznym)
Kapral Jose: (nie widzi ani ptaszka, ani wojska) - Jednak "uciekło". (idzie do koszar)
(Carmen i Szeregowy się cieszą)
Carmen: - Pięknie się udało. Teraz ty się schowaj do szafy, a ja cię zdradzę z torreadorem.
(!!!)
Szeregowy: - Jak to tak?! Nie zdradzaj mnie!
Carmen: - Milcz! Do szafy, a już! (pakuje Szeregowego do szafy) Halo, czy jest tu jakiś torreador?!
Torreador: (pojawia się niedbale) - Pewno, że jest. A co?
Carmen: (z godnością) - A nic. Tak se krzyczę. Próba strun głosowych.
Torreador: (z godnością) - Ja też tak se przyszedłem. Próba nóg.
Carmen: - Zostań! Co byś powiedział na małe tete a tete?
Szeregowy: (z szafy) - O niewierna! O! Jakże wielkie jest moje cierpienie! (wychodzi z szafy) Przepraszam, muszę zmienić szafę. W tamtej moje cierpienie się nie mieści. (wchodzi do większej szafy)
Carmen: - Ta noc będzie nasza.
Szeregowy: - Nigdy! Nigdy! (wyskakuje z szafy) Zabiję!!!
Torreador: - Kogo?
Szeregowy: - Ciebie!
Torreador: - Wykluczone!
Szeregowy: - Carmen!
Carmen: - Absolutnie.
Szeregowy: - Siebie?
Torreador: - Proszę bardzo.
(bang)
Szeregowy: (zabija siebie)
Kapral Jose: (nawołuje z oddali) - Co tu się stało? Co co co?
Carmen: - Nic. My sobie rozmawiamy, a tam opala się jakiś żołnierz.
Kapral Jose: (zauważa Szeregowego) - Szeregowy powstań. Ja wam mówię wstań!
Carmen i Torreador: (udają, że nie widzą)
Kapral Jose: (zauważa zgon) - Uuu. Trzeba ratować autorytet. (ryczy) Padnij!!!
Carmen i Torreador: (z podziwem) - Karne wojsko, karne.
Kapral Jose: - Ale nieżywe. Ja was szeregowy zwalniam ze względu na stan zdrowia. A wy pod sąd! BACZNOŚĆ! W tył zwrot! Wychodzimy!
(wychodzą)
Szeregowy: (idzie do nieba z piosenką na ustach) - Niech żyje mi rezerwa, przez szereg długich lat...
KONIEC
Autor libretta: Władysław Sikora
Muzyka: wciąż nikt!
|
DALI - NAJWIĘKSZY PĘDZEL ŚWIATA
|
Osoby:
Dali - malarz wielki dość
Leonardo d V. - też niemały malarz
Facet w drugim rzędzie - ofiara żartu
Dali wciąż się przechwala
Dali: - Jestem malarzem doskonałym. Namaluję dziś salceson. Tak! Salceson! (siada)
Leonardo: (woła z oddali) - Daj spokój z podrobami!
Dali: (zrywa się) - Kto śmie przeszkadzać wielkiemu mistrzowi?!!!
Leonardo: - Jeszcze większy mistrz.
Dali: - Leonardo...
Leonardo: - Błądzisz Salvadore!
Dali: - Ja?!!! Największy pędzel świata?!!!
Leonardo: - Tak. Popatrz tylko, rozejrzyj się dookoła...
Dali: (patrzy) - Patrzę i co...
Leonardo: - Co widzisz?
Dali: - Ludzie siedzą.
Leonardo: - Źle! Piękno widzisz!
(?)
Dali: - Gdzie?
Leonardo: - Wszędzie. Wszystko jest piękne!
Dali: (dostrzega TWARZ!)
(oj!)
Dali: - A ten facet w drugim rzędzie też?
(?"!%!?:!?)
Facet w drugim rzędzie: (rozgląda się, bo myśli, że nie o nim)
Leonardo: (upiera się) - Też.
Dali: (przygląda się dokładniej) - Co ty, jaja sobie ze mnie robisz?! (odchodzi)
Leonardo: (do faceta w drugim rzędzie) - No i po co pan tak blisko usiadł?...
KONIEC
Autor: Władek Sikora
|
HALKA - MIŁOŚĆ, MUZYKA I KROKODYL
|
Występują:
Chór Męski - chłopy z głosami
Halka - góralka
Jontek - góral, ale trąba
Panicz - coś jak R. Valentino
Bogusław Kaczyński - komentator muzyk i librett
Bogusław Kaczyński: - Mam niewątpliwą przyjemność państwa zaprosić na kawał dobrej muzyki. Otóż zaprezentujemy państwu operę pod wiele mówiącym tytułem: Halka. On ją kocha, ona go zdradza. On śpiewa z rozpaczy. Oczywiście, ha ha, wszystko kończy się źle! Oto akt I:
Chór Męski: - Szumią jodły na gór szczycie
Jontek Halkę kocha
Halka Jontka również kocha
Szumią jodły trochę.
Halka: - Jontek Jontek wyszedł tata,
Jontek Jontek, wolna chata.
Przyjdź kochanie me najdroższe
Przyjdź, miłością cię ugoszczę!
Jontek: - Dziś się czuję anemicznie
Kochać wolę platonicznie (ucieka)
Bogusław Kaczyński: - W akcie I przewija się zasadniczo wątek miłości. On śpiewa o miłości, ona śpiewa o miłości, my śpiewamy o miłości, wy śpiewacie o miłości, oni śpiewają o miłości! Akt II:
Chór Męski: - Szumią Jodły na gór szczycie
Przykro jest kobicie
Szumią jodły i jest bomba
Ale Jontek trąba!
Halka: - Jontek nie chce, wolna chata
Chodzę jakaś kołowata!
Chłopa chcę - chłopa nie ma!
Olaboga, czemu?
Panicz: - Dziewczę, nie lamentuj tyle
Mam ja właśnie wolną chwilę!
Chodź ze mną dziś dziś
Ja będę twój miś!...
Chór Męski: - Hej dziewczyno, spójrz na misia
On przypomni, przypomni chłopca ci...
Halka: (spogląda)
Jontek: - Mam żal.
Bogusław Kaczyński: - W akcie drugim poruszony został problem. Co wytrawniejsi słuchacze zapewne zwrócili uwagę na głos panicza i dostrzegli iż jest to pół tenora i pół basa. Czeka nas jeszcze akt III:
Chór Męski: - Panicz Halki już nie kocha
Wolno mu, bo pan
Jontek pije, Halka szlocha
A jodły... bez zmian.
Halka: - Panicz łajdak, ja za to kretynka
I co teraz... chłopczyk, czy dziewczynka...?
Nie mam ci ja po co żyć
Pójdę ja się utopić!
Chór Męski: - Dość już narobiłaś głupot
Idź się utop, idź się utop!
Bogusław Kaczyński: - Ach... piękna historia, cudowna muzyka, przeuroczy prezenter...
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
Cenne Uwagi: Dariusz Kamys
|
|
|
Występują:
Hamlet - książę targany
Duch Ojca - postać jakby z duralexu
Stryj - bliska rodzina
Hamletowa Mama - już nie wdowa
Kościotrup - bardzo szczupły Yorik
Źle się dzieje w państwie duńskim...
Hamlet: - Źle się dzieje w państwie duńskim. Tato umarł, mama wyszła za stryja. Sytuacja jest skomplikowana. Stryj jest moim ojcem, matka moją ciotką, a ja jestem moim kuzynem.
Duch Ojca: (odzywa się z zaświatów i zza kulis) - Hamlecieee, Hamlecieeee!... (pojawia się) Cześć!
(o!)
Hamlet: - O, duch ojca...
Duch Ojca: - Yhm. Mój duch.
(oj, drętwo jest)
Hamlet: - Nie żyjesz?
Duch Ojca: - No...
(drętwo)
Hamlet: - Jak ci tam... w górze?
Duch Ojca: - E e... w dole. Nieźle. Ta czapka coś do trumny wrzucił niepotrzebna. Ciepło jest.
(drętwo jak diabli)
Hamlet: - Co, na przepustce?
Duch Ojca: - Taaak... urwałem się na chwilę z kotła...
(drętwo)
Hamlet: - ...Wiesz, mama wyszła za stryja.
Duch Ojca: - GADZINA!
Hamlet: - Wpół do pierwszej. (???)
Duch Ojca: (???) - Stryj gadzina! On mnie otruł!
Hamlet: - O, to świnia!
Duch Ojca: - Okropna!
Hamlet: - Tato, może stryjowi coś zrobić?
Duch Ojca: (uradowany) - No, o to chodzi, o to chodzi...
(temat się wyczerpał)
Hamlet: - No taaak... późno już. Diabli cię nie szukają?
Duch Ojca: - Faktycznie, czas wracać. Jeszcze postraszę stryja po drodze. (znika pośpiesznie)
Hamlet: (zostaje sam w samym środku nocy) - A to stryj jeden. Z trutką do taty?! O, stryju! Stryju...
Stryj: (o, już jest) - Tu jestem, Hamlecie.
Hamlet: - Witaj stryju! (wyjmuje szpadę) I żegnaj...
Stryj: - Czy chcesz mnie zabić?
Hamlet: - No.
Stryj: (gra na czas) - A wiesz, słyszałem nowy kawał. RATUNKU!!!...
Hamletowa Mama: (zaspana) - Co to za hałasy?
Hamlet: - Ja morduję stryja, a stryj opowiada kawały. Ale nieśmieszne.
Hamletowa Mama: - Hamlecie! Czy wiesz która jest godzina? Pierwsza w nocy!
Hamlet: - He he. A dla stryja ostatnia w nocy.
Hamletowa Mama: - Idź spać. Łał! Rano zamordujesz stryja. (odchodzi ziewając)
Hamlet: - TREAZ! Krwi krwi krwi... (wbija szpadę w pierś stryja) Giń!!!
Stryj: (stoi ze szpadą w piersiech)
Hamlet: (czeka)
Stryj: (stoi)
Hamlet: (napomina) - Stryju...!
Stryj: (niechętnie) - Wiem! (pada w efektownych konwulsjach)
Hamlet: - O. (wychodzi z komnaty zadowolony)
Hamletowa Mama: (targając za ucho Hamleta) - Hamlecie, co tu leży?!
Hamlet: - Stryj mamo.
Hamletowa Mama: - Kto go zabił?!
Hamlet: - Ja mamo.
Hamletowa Mama: - No to do jasnej cholery posprzątaj po sobie!!!
(wszystko się dobrze kończy, Hamlet sprząta, mamy do rana nikt nie budzi, stryjowi czapka niepotrzebna)
Autorzy: My - Władek i William
|
MELODRAMAT - NIE ZAŚWIECI DLA NIEJ SŁOŃCE
|
Występują:
Narrator - beznamiętny, bezjajeczny, bez... bez...
Helena - romantyczna Ona
Julian - romantyczny On
Henryk - mąż (romantyczny)
(Uwaga, tylko raz wyjaśniam:
Narrator mówi WSZYSTKO: swoje i cudze kwestie. Podmioty liryczne grają pełni uczuć wszelkich, wypowiadając słowa im przeznaczone. Dochodzi zatem do jednoczesnego mówienia Narratora i Podmiotów L.)
Narrator i Postacie:
- Lato tego roku było wyjątkowo piękne (pokazuje szereg widokówek) Z ganku rozpościerał się widok na kwieciste łąki (rzut kwiatów). Helena i Henryk czuli się tu jak u siebie, Julian czuł się tu jak u nich.
- Ładnie tu u was - mawiał często.- Dziękuję - odpowiadał raz Henryk, raz Helena.
- Przykro mi was opuszczać - mówił Henryk, kiedy był wzywany do pacjenta - Ale taki już los lekarza.
I odchodził. A oni zostawali sami.
- Zostaliśmy sami - zauważyła Helena.
- Nie! - krzyknął prawie Julian - Nie powinienem zostawać, kiedy on wychodzi! Heleno, czy wiesz, że ja... - przerwał wewnętrznie rozdarty - że ja ciebie kocham?
- Ach! - krzyknęło coś w środku Heleny, która kochała Juliana skrycie - A czy ty wiesz co ja czuję do ciebie?
- Co, co, co? - zainteresował się Julian.
- To samo - wyszeptała pobladłymi usty.
- Nie! To udręka zbyt wielka! - bolesny okrzyk przeciął ciszę - Nie! - znów przeciął - Henryk jest moim przyjacielem. Nie mogę stanąć między wami. Muszę odejść! Odjechać! Odpłynąć! - nie potrafił się zdecydować, lecz odchodził.
- Jaki jesteś szlachetny - zawołała za malejącą w oddali sylwetką i łza spłynęła jej do ust gorzką kroplą. W tej niemej rozpaczy zastał ją Henryk.
- Heleno, ty płaczesz!
- Julian odszedł! Odjechał! Odpłynął!
- Dlaczego, powiedz mi dlaczego? - z pytaniem na ustach nerwowo zakręcił się w kółko.
- Ach, Henryku, on mnie kocha, a ja jego - nie skłamała Helena - uczciwość nie pozwalała mu tu pozostać.
- Na miły bóg! Zaiste uczciwe to i szlachetne - pochwalił Henryk przyjaciela - Ale czy i mi na szlachetności zbywa? Mamże stanąć w poprzek prawdziwej miłości?!! O nie! O nie! Heleno, czekaj tu! A wierzaj mi, że bez Julliana nie wrócę!
- Jaki jesteś szlachetny - zawołała za malejącą w oddali sylwetką i łza spłynęła jej do ust gorzką kroplą. I zamarła w oczekiwaniu na ganku. I tak minęła noc. Przyszła jesień... (rzut liści), zima... (sypnięcie śniegiem) i kiedy już trochę zaczęła tracić nadzieję, zobaczyła w oddali dwie rosnące sylwetki i łza spłynęła jej do ust gorzką kroplą.
- Znalazłem go! - zawołał od progu Henryk - znalazłem go dla ciebie! - i pchnął leciutko Juliana w jej stronę. (sam staje z boku, aby nie mącić szczęścia)
- Julianie - szepnęła szczęśliwa.
- Heleno - szepnął, a serce z piersiech wyskoczyć chciało.
- Julianie - zawołała - Goń mnie! - i pląsać zaczęli wśród topniejącego śniegu. (pląsają w zwolnionym tempie) Biegali i tu i tam, i w butach i boso, i ku sobie i ku słońcu. (Narrator ulega chwili i mówi wszystko wolniej)
- Kocham cię - wołał Julian.
- Kocham cię - wołała Helena, i byli bardzo szczęśliwi.
Henryk daleko gdzieś też przeżywał swoje szczęście (Henryk przeżywa, kurwa, swoje szczęście), nie tak wielkie jak ich, lecz równie głębokie.
Lecz szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Trwa tydzień... 36 i 6 (Helena stoi). Dwa tygodnie... 38 i 5 (Helena siedzi). Trzy tygodnie... 40 i 2 (Helena leży). W gorączkę uczuć wkradło się zapalenie płuc.
- Heleno, musisz dla nas wyzdrowieć - żarliwie apelował Julian - zatelegrafuję do Henryka. Wyleczy cię!
I chwycił blankiet drżącą dłonią
- Henryku. Stop. Helena jest chora - napisał - Stop. Przybywaj. (i wkłada telegram do prawej kieszeni Narratora)
Telegram dotarł do Henryka nazajutrz... 41 i 7. (Henryk wyjmuje telegram z lewej kieszeni) Lotem błyskawicy Henryk zjawił się przy Helenie. Zmierzył puls. Diagnoza brzmiała jak wyrok:
- Nie żyje!
- Z mojej strony jeszcze żyje - łudził się Julian, ale na próżno. Helena umarła. 21 i 3.
Julian - O jakże okrutny jest los! Kochałem ją, naprawdę ją kochałem!
Henryk (staje za Julianem) - Przestań, ja też ją kochałem!
Narrator (staje za Henrykiem) - Przestańcie, ja też ją kochałem!
Helena (staje za Narratorem) - Przestańcie!
Pianista - Ja też ją kochałem...
Pisali w pocie czoła wieczorową porą: Dariusz Kamys, Władysław Sikora
|
|
|
Osoby:
Wódz - posiadacz jeńca
Oprawca - zręczny w dokuczaniu
w życiu trzeba być twardym
Wódz: - Jest wojna. Wróg jest podstępny. Trzeba się mieć na baczności. Baczność! Na lewo patrz!
Oprawca: (pojawia się z lewej strony) - Panie, bądź pozdrowiony!
Wódz: - Już byłem. Czy przesłuchałeś jeńca?
Oprawca: - Tak!
Wódz: - Złamał się?
Oprawca: - W trzech miejscach, ale nic nie powiedział!
Wódz: - Doprawdy...? A przypalałeś go żelazem!
Oprawca: - Tak!
Wódz: - A on co?
Oprawca: - Dymił...
Wódz: - I nic nie pisnął?
Oprawca: - Trochę piszczał...
Wódz: - A imadłem ściskałeś?
Oprawca: - Panie, spójrz oto na tę listę, co mu robiłem. (wyjmuje listę i pokazuje) O to...
Wódz: (współczuje jeńcowi) - Ooo...
Oprawca: - A to...
Wódz: (bardzo współczuje) - Uuuu...
Oprawca: - A to...
Wódz: (coś zauważa!) - A TO?
(?!!)
(ciekawe co, nie?)
Oprawca: - To też...
Wódz: - Co "też"?!!!
Oprawca: - No "to".
Wódz: - ILE RAZY MÓWIŁEM: NIE ZACZYNAĆ PRZESŁUCHANIA OD WYRYWANIA JĘZYKA!!!!
KONIEC
Autor: Andrzej Kłos, Władysław Sikora
|
KOCH - BAKTERII PROSTO W TWARZ!
|
Występują:
Koch - bakteriolog
Pacjent - posiadacz bakterii
Siostra - niekoniecznie z rodzeństwem
Doktor Koch rozpoczyna pracę, niejedna bakteria czeka na odkrycie...
Koch: (kaszle na dłoń i ogląda przez lupę) - Małe ścierwa! Żeby taką bakterię zobaczyć, to nieźle się trza namordować. Ale ja je znajdę i spojrzę prosto w te wredne ślepia!
Pacjent: (zagląda nieśmiało) - Panie doktorze, można?
Koch: - Przepraszam, ale teraz mam spotkanie z przyrodą. NIE MOŻNA!!!
Pacjent: - A ja chory jestem.
Koch: - Pokazać język.
Pacjent: (pokazuje)
Koch: (z przerażeniem) - O kurde... pokazał! (ogląda język przez lupę) Niedobrze... Niedobrze... Pan mi chucha na lupę!!!...
Koch: - Siostro! Siostrooo!!!
Siostra: (staje o krok od doktora) - Bracie...
Siostra z bratem Kochem: (rzucają się na siebie, kładą sobie dłonie na ramionach patrząc w oczy) - Żetem.
Koch: (odrywa się od siostry) - Pacjent mi nachuchał na lupę.
Siostra: (ogląda lupę) - Tu coś jest. Jakby małe włókienka.
Koch: - To dziwne. Co to jest?
Siostra: - Bakterie.
Koch: - Za długie.
Siostra: - Może się w pociąg bawią? (przystawia lupę do ucha) Tak jakbym słyszała gwizd lokomotywy...
Koch: (podsłuchuje przy pomocy stetoskopu) - Cholera, słabo słychać. (tu zwraca się do pacjenta) Ma pan tego więcej?
Pacjent: - Skąd mam wiedzieć? To pan jest lekarzem.
Koch: - Słusznie! Proszę się rozebrać. (osłuchuje) - Oddychać, nie oddychać... Siostro...
Siostra: - Bracie.
Siostra z Kochem: (rzucają się na siebie, ręce na ramiona, oczy itd.) - Żetem.
Koch: (odrywa się od siostry) - Pacjentowi coś gra w płucach.
Siostra: (pożycza stetoskop) - To chyba "Love me tender". To mój ulubiony kawałek! (słucha) Taaak! ( do pacjenta) Można prosić? (tańczą)
Koch: - Siostro...
Siostra: (odrywa się od pacjenta) - Bracie.
Siostra z Kochem: (ręce, oczy) - Żetem.
Koch: - To wielkie odkrycie. Dzięki niemu staniemy się sławni. (do pacjenta) No, pacjent, w dzień robimy badania, a wieczorami nagrywamy longplaya!
(głupi) KONIEC
Autor: normalny Władysław Sikora
|
|
|
Występują:
Otello - fajny chłopak
Desdemona - żona fajnego chłopaka
Życzliwy - anonimowy obrońca moralności
Teść - mąż teściowej
Desdemona: - Fajny chłopak ten mój Otello, tylko zazdrosny diabeł. Jak coś sobie ubzdura, zaraz za duszenie by się brał.
Otello: (wpada nagle z serią pytań) - Desdemona, z kim rozmawiasz?!
Desdemona: - Ze sobą.
Otello: - No i co mówiłaś?
Desdemona: - Że kocham mojego Otella.
Otello: - A ty... co na to odpowiedziałaś?
Desdemona: - Że kochać Otella, to radość.
Otello: - Ogromna.
Desdemona: - Tak, ogromna.
Otello: - Prawidłowo. Desdemono, jaka ty musisz być ze mną szczęśliwa.
Desdemona:- Tak Otello, muszę!
Otello:- Dobrze nam razem. Ty mnie kochasz, ja cię nie duszę. (idzie)
Desdemona: - Fajny, nie? Ale tato go nie lubi. (wyjmuje list) Wciąż pyta w listach, czy może go obić.
Otello: (wraca z przechadzki) - Desdemona!!! Mam pytanie.
Desdemona: (ma odpowiedź) - Ciebie tylko kocham.
Otello: - Poczekaj. To pytanie niespodziewane. (zadaje) Dlaczego patrzysz na listonosza ŁASKAWIE...
Desdemona: - To nieprawda!!! Kto tak mówi?
Otello: - Nikt. Ja bluffuję! Idź już. Stój! Powiedz jakieś imię...
Desdemona: (bez namysłu) - Otello!
Otello: - No... dobrze. Idź!
Desdemona: (odchodzi, ale nie na zawsze)
Życzliwy: (wślizguje się do domu) - Otello. My się nie znamy... mój pseudonim literacki: "Życzliwy".
Otello: - A pana godność?
Życzliwy: - Ja nie mam godności. Przechodziłem i usłyszałem waszą rozmowę. Oburza mnie to, że Desdemona cię oszukuje. Ona patrzy na listonosza (!) i daje mu CHUSTECZKI NA PAMIĄTKĘ! Oto dowód: chusteczka ze znaczkiem pocztowym! (wręcza chusteczkę)
Otello: - Desdemona! (trzyma chusteczkę wysoko) Co to jest?
Desdemona: - Tyś najdroższy na świecie i wszystko czego dotkniesz to relikwie. TO JEST RELIKWIA.
Otello: - No to ja z ciebie też zrobię relikwie! (dusi ją za szyję)
Teść: (wchodzi) - Zięciu! Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać.
Otello: (nie wypuszczając Desdemony z rąk) - O, tatuś...
Teść: - Muszę z tobą poważnie porozmawiać!
Otello: - Tatuś zawsze taki poważny... Więcej luzu!
Teść: - Otello, dowiedziałem się, że dusisz Desdemonę.
Otello: (puszcza Desdemonę) - Nie.
Desdemona: (którą właśnie puścił Otello) - Ale durne to duszenie!
Teść: - Tak, to idiotyczne zajęcie. Zabieram Desdemonę do mamy.
Otello: - Nie Desdemono. Co ja zrobię bez ciebie?!
Desdemona: - Otello. Pieczarki se uduś.
KONIEC
Autor: Władysław Sikora
|
KOPERNIK - SPOTKANIE Z INKWIZYCJĄ
|
Występują:
Kopernik - biskup toruński (???)
Wielki Inkwizytor - wielki funkcjonariusz
Mały Inkwizytor - też wielki funkcjonariusz
Służba - ot, baba
zacisze kopernikowych pokoi, Kopernik już odkrył
Kopernik: - Hej! To ja, Kopernik. Coś powiem. Ziemia się kręci wokół słońca. Tak:... (zapala świeczkę i biega dookoła z doniczką) Wiosna lato jesień zima wiosna lato....
Coś tam: - Puk puk.
Kopernik: - Chwileczkę... (zaciera ślady pokazu naukowego)
Inkwizytorzy: (wchodzą na rympał)
Wielki Inkwizytor: (pozdrawia w ówczesnym stylu) - ...Mori!
Mały Inkwizytor: - ...Mori!
Kopernik: (w ukłonach) - Memento mori. Czym mogę służyć?
Mały Inkwizytor: - Święta Inkwizycja!
Kopernik: - No no, nie taka znów święta.
Wielki Inkwizytor: - Nie lubimy takich żartów, Kopernik! Doszły nas słuchy, że zajmujesz się zakazaną działalnością.
Kopernik: - Czym?
Wielki Inkwizytor: - Podobno ruszyłeś Ziemię...
Kopernik: - Jak Boga kocham, ogródek tylko skopałem.
Wielki Inkwizytor: - Kręcisz Kopernik. Napisałeś książkę "O obrotach 1 ciał niebieskich"
Kopernik: - To kryminał. O policjantach w lunaparku.
Wielki Inkwizytor: - Sprawdzimy. Memento mori. (odchodzą)
Kopernik: - Uhu. Jak przeczytają książkę to jestem spalony. Służba!
Służąca: (przybiega truchtem) - Słucham...
Kopernik: - Czy mamy w domu kwas siarkowy?
Służąca: - Mnóstwo, 20 litrów.
Kopernik: - A wodę święconą?
Służąca: - Niewiele, 20 litrów.
Kopernik: - Przynieś mi wody święconej i kwasu.
Służąca: (udaje się galopem po wspomniane)
Kopernik: - Mam chytry plan.
Służąca: (przynosi) - Jak pan kazał.
Coś tam znowu: - Puk puk...
Wielki Inkwizytor: (wchodzi) - Mori!
Mały Inkwizytor: (wchodzi) - Mori!
Kopernik: - Good morii...
Mały Inkwizytor: (informuje złowieszczo) - PRZECZYTALIŚMY!!!
Wielki Inkwizytor: (poprawia) - Tzn. przeczytano nam.
Kopernik: - Nie podobało się?
Wielki Inkwizytor: - Ciepło, Kopernik.
Kopernik: - Będą kłopoty...
Wielki Inkwizytor: - Cieplej.
Kopernik: - Będzie ognisko...
Wielki Inkwizytor: - Gorąco!
Kopernik: (udaje) - Aj, zgrzeszyłem okropnie! To te ręce to napisały. (patrzy z obrzydzeniem na ręce) Skropcie je wodą święconą, bo ja się ich brzydzę! (podaje naczynia)
Wielki Inkwizytor: - Dobrze. Najpierw pokropimy, potem wysuszymy! He he. Takie żarty lubimy!
Mały Inkwizytor: (wkłada rękę do naczynia i nagle wrzeszczy jak oparzony) - Aaaa!!!! Uuuuu!!!!... (wyciera rękę o koszulę i zaczyna się wić jak oparzony w koszulę, wyciera koszulę następną ręką i znów jak poparzony w następną rękę)
Wielki Inkwizytor: (całkiem zaskoczony) - Uuuu... Wami Kopernik zajmiemy się później. (zabiera kolegę w celach opałowych na posterunek Inkwizycji)
Kopernik: (z ulgą) - Uhu...
Służąca: (bardzo zmieszana, z nowym naczyniem) - Pan, ja przepraszam. Ja się pomyliła. Przyniosłam ten kwas, w tamtych dwu była woda święcona.
Kopernik: (całkiem zaskoczony) - Uhu!...
KONIEC
(to taka satyra na Inkwizycję i na służących)
Autor satyry: Władek Sikora - heretyk
|
SZYBKI MAKBET - ŻYCIE ZA TRON
|
Występują:
Makbet - ohydny morderca z dużą klasą
Czarownica - łącznik między Makbetem a przeznaczeniem
Król - facet blokujący awans
Królewicz - młodzieniec ze szpadą
Motto:
Wśród deszczów i mgieł nie ma sucho...
Władysław Sikora
(bul bul, kra kra, uhuuu..., bul bul - taki nastrój)
Czarownica: - Sto lat już żyję i nie zrobiłam nic dobrego. Ale jestem paskudna. Ha ha, he he.
Makbet: (tup tup) - Hej, Ropucho!
Czarownica: - Nie mów do mnie: Ropucho.
Makbet: (zdziwiony) - A jak ci na imię?
Czarownica: - Zofia.
Makbet: (zdziwiony) - Ropucho bardziej pasuje!
Czarownica: - Na drugie mam Katarzyna.
Makbet: (zdziwiony) - Na drugie bym ci dał Karaluch.
Czarownica: (rezygnuje) - To już wolę: Ropucho.
Makbet: - W porządku. Umiesz wróżyć?
Czarownica: - Oczywiście, ŻŁOBIE!
Makbet: - Moje imię Makbet!!!!!
Czarownica: (zdziwiona) - Żłobie bardziej pasuje.
Makbet: - To niech ci będzie Zofio.
(koniec ustaleń wstępnych)
Czarownica: (wróży z ręki Makbeta) - Makbecie. Czeka cię tron i korona. Będziesz królem. Czytam to z twojej dłoni. (odchodzi)
Makbet: (spogląda na literki na dłoni pisakiem pisane) - Wiem, sam to pisałem.
Makbet: - Na początek muszę posiekać króla. (wyjmuje szpadę) Ciach, ciach! Króluuuu!
Król: (przychodzi, bo go wołają) - O co chodzi, Makbecie?
Makbet: - Mam do ciebie sprawę. Ciach ciach.
Król: - Czy to sprawa nie cierpiąca zwłoki?
Makbet: - Tak! Chodzi o zwłoki. Ććhaaach! (przebija króla)
Król: - Zabił mnie! Jak ja się nie spodziewałem! (upada niespodziewanie i niespodziewanie umiera)
Makbet: (zakłada sobie koronę na głowę)
Królewicz: (wściubia swój mały pryszczaty nos w sprawy dorosłych) - Makbet, gdzie tatuś?
Makbet: - Spadaj! Z sierotami nie gadam.
Królewicz: - Mów gdzie tata!
Makbet: (trąca nogą zwłoki króla) - A tu coś leży...
Królewicz: - Ujej! Zabiłeś go!
Makbet: - Zgadłeś! Wygrałeś tatusia. Zabierz go sobie. (królewicz ciągnie tatę za nogę na cmentarz)
Król: - O jakże podła jest moja ostatnia droga!
Makbet: - Trzeba się pozbyć królewicza bo, jak dorośnie, upomni się o koronę.
Królewicz: (wraca na chwilę) - Makbet, daj 50 halerzy.
Makbet: (daje) - Masz gówniarzu.
Królewicz: - Dzięki. (odchodzi)
Makbet: - Nie zasnę, dopóki go nie zamorduję! Więc trzeba się śpieszyć, bo pora do łóżka.
Makbet: - Zofiooo!
Czarownica: (pojawia się, bo ją wołają)
Makbet: - Witaj Zosieńko.
Czarownica: (pod nosem) - Sam se otwórz.
Makbet: - Nie masz jakiegoś skutecznego środka przeciw królewiczom?
Czarownica: - Królewicza nie możesz zabić. Ktoś ci musi zabrać koronę.
Królewicz: (wpada na chwilę) - Makbet, daj 80 halerzy.
Makbet: - Masz! Won! (królewicz się wynosi) Toś ty taka?!
Czarownica: - To jest napisane w gwiazdach.
Makbet: - Co?
Czarownica: - Że cię zabije własnymi ręcami.
Makbet: (poprawia) - Rękoma!
Czarownica: - W gwiazdach jest napisane: ręcami. (odchodzi)
(bim bom, uhuuuu, ku ku, dzyń dzyń - łańcuchy - taki nastrój)
Król: (pojawia się w postaci ducha) - Uuuuu Makbecie uuuu!!!!
Makbet: - A co to się szwęda po zamku?
Król: - Ja, król!
Makbet: - Czego?!
Król: - Umrzesz żłobieee!!! Ha ha ha!
Makbet: - A ty już umarłeś. He he he!
Król: (wyraźnie speszony) - Kurcze, ale się wygłupiłem! (ucieka)
Makbet: - Ktoś jeszcze czegoś chce?!
Królewicz: (bardziej żywy od taty) - Ja. Daj koronę!
Makbet: - Spadaj!
Królewicz: - Nie mów tak, bo cię przebiję (przebija) mieczem.
Makbet: - O, przebił mnie! (umiera od rany kłutej)
Królewicz: - Nie płaczcie po nim. To żłób. (odchodzi)
Czarownica: (wpada i zadaje proste pytania) - Makbet! Nie żyjesz?
Makbet: - Przez ciebie! Zimny trup!
Czarownica: - To chodź do piekła. Tam jest cieplej!
Makbet: (idzie, choć to daleko)
KONIEC
Władysław Autor (z domu Szekspir) Sikora
|
|
|
MARIONETKI
Występują:
Marionetka - lalka nieduża na sznurkach
Mały Robot - chłopiec sztywny w gestach
Operator Robota - człowiek z nadajnikiem, a wredny
Operator Marionetki - człowiek z drewnianym krzyżakiem
Operator wraz z Marionetką wychodzą przed licznie zgromadzoną publiczność. I się kłaniają, i machają łapkami i pozdrawiają...
A tu wchodzi Mały Robot zdalnie sterowany, a za nim operator z nadajnikiem. M. Robot wyrywa Marionetce kwiatka z dłoni i rozdeptuje. Operator Robota śmieje się złośliwie.
Operator Marionetki odwraca się w kierunku przybyszy. M. Robot chwyta za gardło
Marionetkę i szarpie ją bez litości. Operator Robota nie posiada się z uciechy.
Marionetka (oczywiście przy pomocy Operatora) bije po łapach Robota i przysiada sobie z tyłu nieco.
Robot nagle zacina się w sobie i zaczyna wykazywać oznaki awarii. Operator stuka gdzie może, ale nic się nie naprawia. Co gorsza, na piersi Robota wykwita serce (no, może nie wykwita, tylko wyskakuje). W metafizyczny sposób Robot przemienia się w żywą, samodzielną istotę. Robot odpycha Operatora, podnosi kwiatek i podaje Marionetce.
Marionetka przyjmuje kwiatek i głaszcze Robota po głowie. (za wszystko odpowiada oczywiście Operator Marionetki)
Robot chwyta Marionetkę za rękę i chce ją zabrać ze sobą. Na to się nie godzi Operator.
Następuje mała szarpaninka. Szarpanineczka. Złośliwy Operator Robota podaje ukradkiem nożyczki. Robot odcina kolejne sznurki łączące Marionetkę z macierzystym krzyżakiem. Kiedy odcina ostatni ze sznurków, Marionetka upada bezwładnie i nic się nie da zrobić. Operator Robota nie ma się z uciechy. Robot popada w rozpacz. Odrywa sobie serce i wyrzuca precz. Sięga w desperacji po śrubokręt (właściwa nazwa: wkrętak), i zaczyna się samobójczo rozkręcać.
Tymczasem Operator Marionetki podnosi porzucone serce i wmontowuje Marionetce. Marionetka ożywa!
Robot jest już prawie rozkręcony, lecz podchodzi do niego Marionetka, żywa i zdrowa. Robot z radości szybko się skręca wkrętakiem i wita Marionetkę:
Mały Robot: - Good morning, Izabella.
Marionetka: - Good morning, pan Wokulski.
I znów miłość zwycięża. Czy to nie piękne?
KONIEC
Pomysł: Janusz Klimenko
Opracowanie: Władysław Sikora
|
|
|
Występują:
Narrator - Człowiek od gadania, a nie czynów
Turystka - Piękna nawet kobieta
Garbus - Gość z plecakiem i dzwonkiem
Rodrigez - Przystojniak z wąsem
Narrator: - W dalekiej Francji stał opuszczony zamek. Miejsce w sam raz dla jakiegoś paskudztwa. Paskudztwo jeden - Quasimodo, paskudztwo dwa - jego pan Rodrigez.
Rodrigez: - Quasimodo, ależ ty paskudny!
Garbus: - Che che che...
Rodrigez: - Co się śmiejesz?
Garbus: - A to nie był żart?
Rodrigez: - Nie.
Narrator: - Do zamku przybywali turyści. Wtedy Rodrigez i Quasimodo chowali się. (Rodrigez i Quasimodo chowają się).
Turystka: - Jak tu zabytkowo... mmm... (chodzi i się zachwyca: cmoka i mruczy)
Rodrigez: (tymczasem) - Ta dziewka jest warta grzechu! A grzech to my! Che che che!
Garbus: - Żart?
Rodrigez: - Żart.
Garbus: - Che che panie Rodrigez, che che.
Rodrigez: - Uwięzimy ją i zhańbimy! Teraz uważaj: złap ją i przywiąż do krzesła! Start!
Garbus: (łapie i przywiązuje do krzesła)
Turystka: - Ratunku! Ja nie chcę do krzesła, ja nie chcę do krzesła! (krzyczy w kierunku kulis) Kto mnie uratuje?
Garbus: (do Narratora) - Ty, ktoś ją uratuje?
Narrator: - Nie.
Garbus: - No. (kontynuuje, aż do przywiązania absolutnego)
Rodrigez: - Popilnuj ją, a ja idę po piżamę. He he he. (wychodzi)
Turystka: - O ja nieszczęśliwa. Kto mi pomoże, kto? (patrzy na Narratora)
Narrator: - Co tak patrzysz? (wierci się) Ja jestem od narracji. Może on... (wskazuje Garbusa)
Turystka: (patrzy na Garbusa) - Brrr! Brrr! Brrrrrrr!
Garbus: - Ty! Nie próbuj odjechać!... (przygląda się jej) Ale ty to ładna jesteś... i zgrabna...
Turystka: - Przy tobie to każdy jest ładna i zgrabna.
Garbus: - Wiem. Nie dała mi mama urody. Ale duszę mam ładną. Wiesz co, uwolnię cię! (uwalnia ją)
Rodrigez: - Zapłacisz mi za zdradę! (przebija szpadą kogo? co? garbusa)
Garbus: - Umieram. Ale jeszcze zabiję Rodrigeza!
Rodrigez: - He he.
Garbus: - Co się śmiejesz?
Rodrigez: - A to nie był żart?
Garbus: - Nie. (przebija szpadą Rodrigeza)
Rodrigez: - Aaa. (umiera powoli)
Turystka: (lirycznie, tuląc Garbusa) - Quasimodo! Powiem ci zanim umrzesz...
Garbus: - Może przeżyję...
Turystka: - UMRZESZ! Ale gdybyś żył, polubiłabym cię!
Narrator: - Och, koniec!
KONIEC
(i co?)
Turystka: (schodząc do Rodrigeza) - Ale fajnie zagrałeś w tym numerze, a ja?!
Rodrigez: - Ty też nieźle.
Garbus: - A jak ja zagrałem?...
Rodrigez: - A idź! Garb ci się obsunął...!
(itd...)
Autor: Władysław Sikora
|
|
|
Osoby:
Mozart - najpierw cudowne dziecko, po 18 latach pełnoletni
Potomność:
Kazik - Kazik Kowalski, Zielona Góra, ul. Wyspiańskiego 13
Heniek - Henryk Bąk, Zielona Góra, ul. Moniuszki 22
Muza - zjawa płci ładnej
na sali z pianinem
Mozart: (wpada na scenę z rozcapierzonymi palcami i krzyczy do pianisty) - Odsuń się! Odsuń się!!! (siada i uderza w klawisze)... No nie! Źleee, źleee... Cały tydzień palce ustawiałem i nic. Muszę nieśmiertelne arcydzieło skomponować a tu takie flury mi wychodzą. Co ze mnie za kompozytor, co powie potomność?
Potomność: (pojawia się nagle) - Witaj mistrzu. Jesteśmy potomność. Kazik mów!
Kazik: - Mistrzu, biorę w rękę "Arcydzieła Wszystkie" tom III, otwieram (otwiera), patrzę (patrzy), i co widzę (i co widzi) Niezadrukowana kartka! Sie wkurzyłem!!!! Lecę do Heńka...
Heniek: - Heniek to ja.
Kazik: - Wsiedliśmy w machinę czasu i przyjechaliśmy spytać:
Razem: - NO CO JEST?!
Mozart: - Co?
Kazik: - Żądamy arcydzieła!
Heniek: - Bethoven mógł, Wagner mógł, a ty co?!!! Siedzisz...! Za pióro nie chwytasz...! Pegaza nie dosiadasz...!? TFU!
Mozart: - Muza mnie opuściła...
Heniek: - Żadnych tłumaczeń. Czekamy 200 lat. Nie będzie arcydzieła - To w ryj!!!
Potomność: (odchodzi w przyszłość)
Mozart: - No i jak zachować twarz?
Muza: (bez liry, ale za to z walkmanem, ubrana według najnowszych trendów młodzieżowych) - Miszczu... hej!
Mozart: - ...?
Muza: - To ja. Twoja muza!
Mozart: - Taka badziewiara!?!
Muza: - Grzeczniej proszę. Rozmawiasz z boską Angelą.
Mozart: - Z kim?!
Muza: - To pseudonim, bo dorabiam w szołbiznesie.
Mozart: - A co ty tam robisz?
Muza: - A takie tam...
Mozart: - No powiedz!
Muza: - Iiii....
Mozart: - A na przykład...
Muza: - Masz posłuchać... (daje słuchawki Kompozytorowi, Kompozytor podryguje) - O tańczysz...
Mozart: - Nie! Masz przebicie w walkmanie. Powiedz mi co to jest: bara bara riki tiki tak?
Muza: - Miszczu spokojnie, wszystkiego cię nauczę,
Mozart: - O nie! Ja takich rzeczy robić nie będę!
Muza: - Miszczu, nie bądź frajer! W poważnej to bida z nędzą.
Mozart: - A ambicje?
Muza: - A popularność?
Mozart: - A sztuka?
Muza: - A kasa?
Mozart: - A poszła ty!
Muza: - A pójdę. Którędy do Opola? (przechodzi do amfiteatru opolskiego)
Mozart: (przechodzi do historii)
KONIEC
Autor- Władysław Sikora
|
KOMIKS - WSZYSTKIE LITERKI DUŻE I MAŁE
|
Komiks zmotoryzowany: Uprowadzenie wieczoremmm m mm mm m...
Osoby:
Złoczyńca:
Drugi:
Dziewczyna:
Inspektor:
Złoczyńca: (razem z Drugim lokuje się w ciemnym zaułku. Wyjmuje napis): TU ZACZEKAMY.
Drugi: - DOBRA.
Złoczyńca: - Daj zapalić.
Drugi: (daje mu latarkę)
Złoczyńca: (zapala i oddaje zapaloną) DZIĘKUJĘ.
Złoczyńca: - Cicho! KTOŚ IDZIE!
Dziewczyna: (idzie)
Drugi: - Stój! RĘCE DO GÓRY!
Dziewczyna: - Przepraszam, nie widzę co mówisz...
Drugi: - Ręce do góry.
Dziewczyna: - Aha (grzebie w torebce i wyjmuje napis): DZIEŃ DOBRY. (orientuje się, że to nie ten) - Oj, ja się pomyliła... RATUUUNKU!
Drugi: - Ucisz ją! Szybko ją ucisz!
Złoczyńca: (zakleja napis taśmą i zabierają dziewczynę ze sobą)
Drugi: - Zażądamy za nią okupu!
(wychodzą, ale zaraz wracają bez dziewczyny)
Złoczyńcy: - Żądamy okupu! Żądamy okupu!
Inspektor: (pojawia się z fajką i bada ślady za pomocą lupy) - Aha, ślady prowadzą w góry! (bierze ślady w ręce i wychodzi)
Złoczyńca: (prowadzi dziewczynę pod pistoletem) - Nie próbuj sztuczek. Mamy cię na muszce. Siadaj tam!
(dziewczyna odchodzi z pistoletem przy głowie)
Echo: - Siadaj tam... siadaj tam... siadaj tam...
Drugi: - Co to było?
Echo: - Co to było... co to było...
Złoczyńca: - ECHO!
Echo: (wychyla się napisami zza kulis): ECHO ... ECHO ... ECHO ...
Drugi: - Hop hop!
Inspektor jako Echo: (wychyla się raz po raz) - Hop hop... HOP HOP ... hop hop...
Drugi: - Aj, to inspektor przebrany za echo!
Inspektor: - Tak chłopcy! ARESZTUJĘ WAS
Złoczyńca: - Uważaj! (wyjmuje nóż sprężynowy)
Drugi: - Uważaj!
(wyjmuje nóż sprężynowy)
Inspektor: - Nie, to wy uważajcie!
(wyjmuje pistolet sprężynowy)
Złoczyńca: - Dobra, my uważamy. DO WIDZENIA
Inspektor: DO WIĘZIENIA
Inspektor: - Złoczyńcy w więzieniu, Sprawiedliwość tryumfuje!
Dziewczyna i Inspektor: (kręcą NAPISEM): HIP HIP HURA HIP HIP HURA
|
ORFEUSZ - W SZPONACH ŚMIERCI
|
Osoby:
Orfeusz - multiinstrumentalista starożytny
Eurydyka - przewodnicząca fan-clubu
Hades - władca Krainy Cieni - bóg z pochodzenia
Eurydyka: - Orfeusz śpiewa najpiękniej w całej Grecji. To pomyślcie jak babki za nim szaleją. A on wybrał mnie. Ja nie wiem co, ale on coś tam we mnie widzi. I byłoby fajnie, lecz coś mnie użarło jadowicie.
Orfeusz: - Eurydyko jedyna! Jak cudownie cię widzieć.
Eurydyka: - Tak się nie ciesz, bo widzisz ostatni raz. Właśnie umieram. (umiera)
Orfeusz: - Nie umieraj!
Eurydyka: - Umrę, mam powody.
Orfeusz: (z rozpaczą w sercu) - Kupiłem na dziś dwa bilety do cyrku...
Eurydyka: - Orfeuszu, posłuchaj mnie: musisz jeden oddać. (kona)
Orfeusz: - To tak nie może być!... Czy może?
Ach, czy to może być prawda
Czemu to właśnie ty
Eurydyko umarłeś
Jak pogodzić się z tym?
(podejmuje męską decyzję) Nie, nie pogodzę się z tym. Pójdę do Hadesa, władcy piekieł i będę się odwoływał.
Orfeusz: (udaje się do kancelarii pana Hadesa za kulisami) - JA MUSZĘ DO PANA HADESA! JA BĘDĘ NUDZIŁ, JA BĘDĘ MENDZIŁ, JA BĘDĘ NAMOLNY! (Orfeusz ciągnie pana Hadesa na miejsce spoczynku Eurydyki) O tu tu leży i ani zipnie!
Hades: - Ma zipnąć?
Orfeusz: - Hadesie, nie rżnij głupka! Oddaj ją. (śpiewa)
O Hadesie, ponury Hadesie,
Zabrałeś mi Eurydykę.
Tak ją kochałem, a teraz w grobie...
Ja chyba sobie coś zrobię.
Hades: - Wzruszyłeś mnie swoim śpiewem. Miłość, piękny głos i dobra emisja potrafi zwyciężyć nawet śmierć. Oddam ci Eurydykę, wszakże pod warunkami: pierwszy - się nie obejrzysz za siebie póki nie skończę, drugi - daj autograf dla Persefony... i odwróć się!
Orfeusz: (odwraca się)
Hades: (wyjmuje podręcznik pierwszej pomocy, robi sztuczne oddychanie)
Orfeusz: - Co on tam robi? (zerka) Ty jej nie ucz latać, ty ją weź ożyw! (odwraca się zbyt)
Hades: - No co?! O co cię prosiłem?! No, o co?! Chciałeś wykraść tajemnicę reanimacji!
Orfeusz: - To nie jest taaaaak...
Hades: - Zabieram ją na zawsze!!! (tłucze Eurydykę po głowie młotkiem) MUZYKA!
Orfeusz: - Czymże jest muzyka bez Eurydyki. Nie chcę już żyć.
Hades: (wraca) - Nie to nie, obowiązku nie ma! (strzela doń)
(smutny) KONIEC
|
|
|
Osoby:
Lekarz - biały rycerz medycyny
Pacjent - pan z chorobą
Śmierć - zgon w formie kobiety
na obchodzie
Lekarz: - No pacjent. Jak zdrowie?
Pacjent: - Źle.
Lekarz: - Więcej optymizmu!
Śmierć: (przychodzi) - Witam doktorze. Będzie zejście.
Lekarz: - Odejdź Kostucho. Pacjent żyje!
Śmierć: - Poczekam. Wierzę w ciebie. (siada na pacjencie i podśpiewuje wesoło marsz pogrzebowy)
Pacjent: (histeryzuje) - Co ona tu robi? Niech odejdzie! JA CHCĘ ŻYĆ!
Śmierć: (lekce bardzo waży) - Uuu... jeju... żebyś się nie skichał...
Lekarz: (poufnie) - Prosiłem, żebyś nie przychodziła do mnie tak często. Ludzie już zaczynają gadać.
Śmierć: - Co ja zrobię? Ma ostre zapalenie wyrostka i umrze.
Lekarz: - Co?! Ja go leczę na wrzody! Nie wolno mu umrzeć na wyrostek! (do pacjenta) Bardzo pana proszę, niech pan umrze na wrzody!
Śmierć: (ciągnie pacjenta za policzki) - No... (zamyka mu oczy) Ach śpij kochanie...
Lekarz: (walczy) - Pobudka wstać, koniom wody dać... (otwiera mu oczy)
Śmierć: (śpiewa) - Aaa, były sobie kotki dwa... (zamyka oczy)
Lekarz: (śpiewa) - Panie Janie, niech pan wstanie... (otwiera)
Pacjent: - Doktorze!
Śmierć: - Na doktora nie licz. W zaświatach mówimy na niego "kombajn".
Lekarz: (zbiera się na desperacki akt) - WSTAŃ! Obowiązkiem lekarza jest walczyć ze śmiercią. Wstań! Będziemy walczyć!
Śmierć: (wstaje, bije lekarza w twarz, szarpie pacjenta)
Lekarz: - Co mu robisz? Co mu robisz?!
Śmierć: (wciąż szarpiąc) - Dreszcze... Podczas walki ze śmiercią zazwyczaj ma się dreszcze. (jeszcze raz uderza lekarza) Jeszcze?
Pacjent: - Doktorze, gorzej mi. Niechże pan jej przyleje!
Lekarz: - Nie mogę. To kobieta.
Śmierć: (wyjmuje pistolet) - Dobra, już czas.
Pacjent: - To już nic z tradycji nie zostało? Ani kościotrupa, ani kosy?
Śmierć: - Mało wiesz. Ja jestem śmierć nagła, a ta chuda to śmierć głodowa. (bawiąc się pistoletem) Cześć. (strzela)
Pacjent: - Już? Nie żyję?
Śmierć: - Nie, spudłowałam.
Lekarz: (widzi nagłą szansę) - Spudłowałaś. Teraz zostaw go mi.
Śmierć: - Dobra. Ty sobie lepiej radzisz.
KONIEC
autor: Władysław Sikora
cenne uwagi: Dariusz Kamys
|
|
|
Osoby:
Poeta - improwizujący twórca
Muza - nic nie winna
Publiczność - audytorium (też nic nie winne)
spotkanie z twórcą, twarzą w twarz, oko w oko, ucho w ucho, o Boże!
Poeta: - Jestem poetą. Robię wiersze. Robię wiersze na zawołanie. Proszę coś zawołać. Śmiało!
Publiczność: (może i coś woła)
Poeta: (rymuje do wszystkiego, lub do niczego)
(choć na sali nikt nie woła,
robię wiersze w pocie czoła)
(ot, gówno)
Co... niefajne, nie? A, bo ja muzy nie wziąłem ze sobą. Muuuza chodź! (idzie po muzę)
Muza: (z oddali) - NIE! NIE PÓJDĘ! ZOSTAW MNIE! (pojawia się niechętnie)
Poeta: - Graj na lirze...
Muza: (niechętnie gra)
Poeta: - Teraz zawołajcie!
Publiczność: (może i woła)
Poeta: (to, lub cokolwiek)
(Choć nie krzyczy nikt na sali...
Wiersz się rodzi... wiersz na sali)
(ot, supergówno)
Nie wyszło, co?... (do Muzy z pretensją) No i jak ty grasz na tej lirze? Jak grasz?
Muza: - Poeto, coś ci powiem. Wiersz ci powiem. Graj na lirze!
Poeta: (gra)
Muza: - Chciałby nad poziomy człek
A tu ciągle niż
Nie uciągnie pusty łeb
Ciężkiej dupy wzwyż!
Odi ridi - spowiedź szczera
U ha ha - koniec numera!
Autor elementów stałych: Władysław Sikora
|
|
|
Osoby:
Joe Black - Joe z szybkim pistoletem
Joe White - Joe wolniejszy trochę
Pianista - Joe grający na pianinie
Bandyta - Joe wanted
Pojedynek pierwszy:
(dwaj szybcy faceci stają naprzeciw siebie)
Pianista: (milknie)
Joe Black: - Zginiesz!
Joe White: - Nie zginę.
Joe Black: - Jestem szybki!
Joe White: - Ale zezowaty!
Joe Black: - Tak uważasz...?! Popatrz! (strzela w kierunku White'a)
Kula: (leci: i tu i tam, i rykoszet i znów, przez okno i z powrotem, i na końcu...
...trafia w White'a)
Joe White: (pada martwy)
Joe Black: - Hm...
Pojedynek drugi:
(dwaj szybcy faceci stają naprzeciw siebie)
Pianista: (milknie)
Joe Black: - Zginiesz!
Joe White: - Nie zginę!
Joe Black: - Jestem szybki!
Joe White: - Ale zezowaty!
Joe Black: - Tak uważasz...?! Popatrz! (podrzuca monetę i strzela)
Kula: (leci)
Moneta: (spada)
Joe Black: (podnosi monetę)
Joe White: (pada martwy)
Joe Black: - Hm...
Pojedynek trzeci:
(dwaj szybcy faceci stają naprzeciw siebie)
Pianista: (milknie)
Joe Black: - Zginiesz!
Joe White: - Nie zginę.
Joe Black: - Jestem szybki!
Joe White: - Ale zezowaty!
Joe Black: - Tak uważasz...?! Popatrz! (strzela w kierunku kowboya)
Kula: (leci)
Pianista: (pada martwy)
Joe Black: - Hm...
Bandyta: (wchodzi z listem gończym w charakterze ramki i prozaicznie zabija obu kowbojów. Zmienia cenę na liście gończym)
KONIEC
Autor: Władysław (ale czy tylko?) Sikora
|
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |
| | | |