główna binaria przeszłość teraz teoria kabaretu publicystyka porady dla początkujących prywatnie filozofijki polemiki

ramka
 
DEFINIOWANIE OCZYWISTOŚCI:
   Definicja szczęścia
   Definicja miłości
   Definicja życia
   Wiara i nadzieja
   Definicja głupoty
   Przyjaźń
   Definiowanie wolności
   Definiowanie prawdy

FAŁSZYWE STEREOTYPY:
   Naiwność
   Naiwność z ograniczonym zaufaniem
   Znieczulica
   Pierwsza wymówka
   Różnorodność i tolerancja
   Narcyzm szczęśliwy
   Pozytywne strony negatywnych uczuć
   Rywalizacja
   Pieprzeni humaniści
   Na cholerę Zło
   Nic lepszego od demokracji?
   Filozofia, logika i inne
   Wyolbrzymianie niezrozumiałego
   Czyja to wina?
   Bój na argumenty

ŚWIATOPOGLĄDOWO:
   Czy istnieje Bóg
   I powstał Bóg
   Grzech pierworodny
   Życie po życiu
   Sens życia
   O grzechu
   O raju
   Śmierć dobra albo zła
   Samobójstwo
   Wojna
   W sprawie aborcji
   Władza sądownicza
   Teoria mieszania świata
   Ufność i niewiara
   Prawo Gorszego

WIELKIE MAŁE PROBLEMY:
   Przeciw depresji
   Starzenie się
   Kurs starości
   Poczucie krzywdy
   Sprawiedliwość w stosunku 1/2
   Asertywność a wykorzystywanie
   Skuteczne przepraszanie
   Tak się nie chce!
   Motory napędowe
   Jak lubić siebie
   Codzienność przykra czy fajna
   Odruch rezygnacji
   Recepta na sukces?
   Recepta na porażkę
   Poznać swoje pragnienia
   Miłość nieszczęśliwa
   Rozkochiwanie
   Urabianie faceta
   Urabianie faceta - błędy
   Urabianie kobiety
   Urabianie kobiety - rozpieszczanie
   Spory i ustępstwa

   



okno filozofia
 
     

DEFINICJA MIŁOŚCI

Brak spójnej definicji miłości jest dowodem na nieudolność psychologów i filozofów. Skoro coś istnieje to musi istnieć również właściwa definicja - uniwersalna i spójna. Miłość mimo całej magii, całego pozytywnego i negatywnego ładunku - musi być opisywalna. I wg mnie wygląda to tak:

Miłość to nieracjonalne uczucie bliskości - wywołane wtórnym przeżywaniem własnych emocji.

Bo jak się przyjrzeć wszystkim zakochanym - to oni się podniecają przede wszystkim własnymi emocjami jakie wywołuje w nich obiekt miłości.
To jak bardzo podnieca ich obiekt miłości to pikuś przy tym, jak bardzo podniecają ich własne odczucia. To słynne ciepło koło serca, motyle w żoładku, wszelkie fantazje... to najważniejsze w zakochaniu.
Obiekt miłości potrzebny jest im do wywoływania tego stanu. Żeby mogli go znowu przeżywać. I znowu.

Jeśli ktoś się zafascynował drugą osobą, ale tego nie przeżywa, nie emocjonuje się swoją fascynacją - to miłości nie ma.
Może być ktoś najcudowniejszy, najwspanialszy - ale dopóki jest wspaniały po prostu obiektywnie - dla wszystkich, to nie jest miłość.
Miłość zaczyna się kiedy ten ktoś zaczyna być kimś szczególnym dla mnie.
Tylko dla mnie.

Bo zakochanie musi być subiektywne! Nieważne kim ktoś jest naprawdę - ważne kim on jest DLA MNIE. Właściwie nieważne jaka jest obiektywna prawda o osobie którą kocham - bo ważniejsze jest własne wyobrażenie i własne emocje - którymi się żyje, którymi się dzieli, które są bliskie.

Dopóki nie ma myślenia o szczególnej więzi - to tej więzi nie ma. Może być miło, może być ciekawie, może seks, ale nic z miłości...
Wystarczy jednak, że się pojawi myśl o bliskości i myśl ta spowoduje jakąś miłą emocję...
Gdyby nie myśleć już więcej o tym, to nic nie będzie. Ale wystarczy zainteresować się tą swoją emocją, zafascynować nią i miłość zaczyna rosnąć. Im więcej emocjonowania się swoją emocją tym gwałtowniej przybiera uczucie.
Obiekt miłości jedynie może dawać powody, żeby pobudzić emocje - ale cały proces zakochania odbywa się w obrębie jednej osoby.

Zakochanie to uczucie wkręcone sobie samemu. Zdziwienie?
Bo to zwykle się wydaje, że ta miłość sama spadła jak jastrząb, chwyciła i trzyma!
No nie.
To przeżywanie tego, co się samemu czuje. Ekscytowanie się tym, jak taka wybrana osoba działa na własne emocje.
Miłość to jest wkręt który niechcący każdy sam sobie zrobił.

Miłość przechodzi różne etapy. Na początku ta fascynacja własnym przeżywaniem jest największa. W końcu jednak ile się można tak podniecać własnymi emocjami?... Po szalonym zakochaniu później nie ma nic. Za to zostaje skojarzenie pozytywnych emocji z osobą (o ile zostaje - bo różnie bywa).
I na pytanie: czy wciąż kocham? - sięga się do emocji jakie się odczuwa.
I co?
Jeśli emocje są pozytywne ale nie powodują żadnego podniecenia (przypominam: emocje a nie obiekt uczuć) to już po ptokach. Może być pozytywnie, ale i tak już po miłości.
Jeśli emocje wciąż powodują wtórną przyjemność posiadania tych emocji - to miłość ma się dobrze.

rysunek To co piszę odziera trochę miłość z czaru i magii. Bo zakochanie zamiast cudownego zauroczenia okazuje się egocentryczną egzaltacją (którą właściwie uczono nas pogardzać) lub jakimś rodzajem nerwicy. Nic dziwnego, że takiej definicji nikt nie będzie chciał.
Ale i tak jest prawdziwa - czy się podoba czy nie. (tak uważam)

(pominąłem w niej cały aspekt tzw. "chemii" która bywa nieraz decydująca - ale działa też wg powyższych reguł)


Z rozwinięcia definicji wyszło mi jeszcze kilka zagadnień:
Miłość Dojrzała
Miłość Nieszczęśliwa
Jak rozkochiwać




P.S. Poczułem się sprowokowany komentarzami i włożyłem wysiłek w poszukiwanie jakichkolwiek prób zdefiniowania miłości - znalazłem tylko to.
Jeżeli miłość definiowana w/g Sternberga jest szczytowym osiągnięciem psychologii to bardzo dziękuję! To jakby weterynarza spytać czym jest koń, a ten by odpowiedział, że składanką mięsa, kości i owłosienia.
Oczywiście zawsze jest druga definicja: koń jaki jest każdy widzi.
http://www.bratnizew.pl/index/szczegoly/279/pokaz/fragment.html
http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=1875
http://www.ready.virtualis.pl/arch/14/online/dane/b03.htm
http://rozmowy.onet.pl/artykul.html?ITEM=1122603&OS=56179
http://kkonecki.fateback.com/publikacje/publikacja8.html
www.milosc.cad.pl/milos/milosc_k1.htm
Mam prawo pisać o gaworzeniu!



   


          


      bok
      bok
 
   

można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:


podpis: N.
e-mail: natusiek[at]gmail.com
Dobra, a co z działaniem, zachowaniem w stosunku do osoby kochanej? Gdzie dla nich miejsce w tej koncepcji?
No i co z relacją, czy może bardziej interakcją między osobami kochającymi się?
Co do pierwszych 2 pytań, zmierzam do tego, że do dupy z taką miłością co się jej nie okazuje; co do pytania 3: jak się nie uwzględni tego, że miłość może powstać tylko w interakcji między ludźmi, to zaczniemy nazywać miłością to co czują nastolatki wzdychające do plakatu Enrique czy innego DiCaprio nad łóżkiem.
Może komplikuję, ale emocje (i fascynacja nimi) są cudowne i piękne i w ogóle że ach, i nawet z tym egocentryzmem jestem się w stanie pogodzić, ale jakoś tak mi tu czegoś brakuje...

podpis: S.
Nie wszystko naraz. Interakcje to temat na książkę, a nie na krótki tekst w internecie.
A co do miłości jednostronnej - też istnieje (chociaż moim zdaniem fascynacje nastolatek nie wypełniają wymogów definicji - pozostając jedynie na etapie fascynacji osobą).

podpis: bkk
e-mail: bkk5
...a od pierwszego wejrzenia? jest taki wiersz W. Szymborskiej "Miłość od pierwszego wejrzenia"...piekny...
bkk

podpis: Senkacz
e-mail: senkaczi@gmail.pl
Pierwsze zdanie Twojego wywodu kompletnie mnie skonfudowało. Jeśli oni są tak do dupy to wykaż, że teorie Pascala czy Platona lub z drugiej strony socjobiologów czy Frauda są błędne.
Jakie Ty przeprowadziłeś badania żeby pisać takie wnioski? Jakie przemyślenia Ciebie doprowadziły? Jaki masz dowód oprócz własnych przeżyć? Nie sądzę, żebyś Ty wiedział coś więcej.
Chociaż nie, masz jeden dowód: "[...]ale i tak jest prawdziwa - czy się podoba czy nie".
No racja, po co się bawić w naukę czy filozofię skoro można napisać: "jest tak bo ja tak twierdzę".
Trochę żenada.

podpis: S
e-mail: cepelin@aster.pl
A wcale nie mam zamiaru negować dorobku filozofii czy psychologii. I bądź spokojny - znam swoje miejsce. Ale choćbym nawet niegodny był całować śladów na piasku po filozofach - to i tak nie przyklęknę bezrozumnie przed żadnym z autorytetów - a wręcz tym bardziej będę szukał dziury.
Badania przeprowadziłem zaledwie na sobie i ledwie obserwując powierzchownie innych. I że mam własne wnioski? No mam!
A i Ty masz swoje wnioski na temat moich przemyśleń.
I tak jest dobrze.

podpis: Senkacz
Nie wiem czemu uważasz, że skoro istnieje miłość to na pewno musi mieć swoją definicję. Pojęć, które zaprzeczają temu stwierdzeniu jest mnóstwo.
Poza tym nie rozumiem celowości tej definicji (to piszę a propos rzekomej nieudolności filozofów).
Czy twoja definicja może wytłumaczyć miłość komuś kto jej nigdy nie czuł? Czy pozwala mi ją kontrolować, albo przewidywać.
Raczej nie bardzo.

podpis: S
Po co sama definicja? Ano dla opisania i zrozumienia.
Czy może mieć praktyczne znaczenie? W dalszym toku rozważań tak. Chociaż bez dalszych rozważań jest tylko formułką dość nieatrakcyjną.

P.S. A jak psycholog może rzetelnie wykonywać swój zawód jeśli nie umiałby zdefiniować jednego z najważniejszych uczuć jakie kierują ludźmi?! To czym się będzie kierować w pracy? Obiegową opinią? Naukowym bełkotem?
(no, chyba, że istnieje już taka definicja a ja wyważam dawno otwarte drzwi)
Jeśli jednak miłość nijak nie została zdefiniowana przez psychologów - to zamiast słowa "nieudolność" powinienem użyć znacznie mocniejszych określeń - bo to byłby skandal, chałtura i znachorskie praktyki!

podpis: N.
e-mail: natusiek[at]gmail.com
Senkaczu: Pascal, Platon i Freud byli sprytniejsi niż myślisz - ich pomysłów nie da się w ogóle zweryfikować a co dopiero obalić ;)

Sikorze: Jest nawet cała książka pt. "Psychologia miłości" Bogdana Wojciszke. Wiem bo mam. Przeczytałam nawet kiedyś, ale to było traumatyczne... Jeśli uważasz, że Twoja definicja odziera miłość z całej magii, to błądzisz. Naprawdę. Są ludzie, którzy potrafią lepiej odzierać. Wojciszke jest absolutnym mistrzem gatunku.

podpis: Senkacz
e-mail: senkaczi@gmail.pl
Oj widzę, że parę rzeczy trzeba tu wyprostować: Natusek, wiem, właśnie o to mi chodziło.
Chciałem powiedzieć, że nawet jeśli psychologia i filozofia są nieudolne, to nie wierzę w to żeby Sikora był choć trochę od nich lepszy. (tak, dla mnie Twoja definicja cały czas jest gaworzeniem).
Sikora, mylisz definicję z tezą, teorią czy twierdzeniem. Definicję piszę się albo po to żeby się wyjaśnić co autor przez dane słowo rozumie (to dotyczy zwłaszcza pojęć: kultury, społeczeństwa itp.), ale wtedy jest tylko wstępem do dalszych rozważań (i nie będzie wtedy "prawdziwa" a "moja"), albo żeby na mocy umowy społecznej, każda osoba rozumiała (w miarę) to samo.
Inna sprawa, że powinienem zacząć od tego, że ja właśnie w definowanie miłości nie wierzę. Uważam, że miłość jest albo tak wielka, że każda teoria jest tylko jej uproszczeniem przerzedzonym przez własny światopogląd (co widzę też u ciebie), albo jest całkowicie subiektywna.
Świadczy o tym tysiące modeli miłości od romantyków przez chrześcijan po szowinistów bijących swoje żony. Każda definicja jaką część z nich wyrzuci, twierdząc, że oni nie przeżywają prawdziwej miłości, że kłamią, że to tylko mity.
Poza tym przeżycia związane z miłością wpływają na jej definiowanie. Inaczej będzie postrzegał ją ktoś cztery razy zdradzony, inaczej ktoś od podstawówki szczęśliwie zakochany. Uważam też że człowiek nie jest w stanie się wystarczająco do miłości zdystansować aby móc ją obiektywnie opisać.
Zaś ostatecznym problemem, na którym się każda teoria rozbija, jest fakt, że aby mieć pewną wiedzę o miłości musiałbym użyć telepatii i zaobserwować jak miłość przeżywają inni.
P.S. Jak zastosujesz swoją definicję wobec osób trzecich, których emocji nie znasz?

podpis: S
Jestem w tym przypadku lepszy :) I zdystansowany. Choćbyś się nie zgodził i Ty i tysiące innych (o prawdziwości odkryć i twierdzeń nie decydują referenda).
I właśnie chodzi o taką definicję która pomieści te wszystkie tysiące modeli miłości. (nawet jeśli źle ubrałem w słowa to i tak istotą miłości jest to sprzężenie zwrotne - występujące dla każdego modelu miłości)
Mnie złożoność i ogrom miłości ani nie przeraża ani nie rzuca na kolana (to samo dotyczy zagadnienia szczęścia).
I tego samego śmiem wymagać od filozofów i psychologów (a normalni ludzie niechże sobie uważają miłość za magię - bo oni nie mają zobowiązań definiowania i rozumienia - niech przeżywają i się cieszą).
P.S. Masz rację jeśli chodzi o leksykalne znaczenie słowa "definicja". Ale jeśli chodzi o znaczenie potoczne - to słowo definicja jest rozumiana dokładnie tak jak ja go używam.
A jak mam pisać?! Denotacja miłości? Desygnaty miłości? Teza o istocie miłości? Daj spokój! Ja tego nie piszę na konferencję naukową.
Purysta!!!

podpis: S
P.S. Przykład na dyletanckie podejście do miłości "specjalisty" (w/w prof. Wojciszke)
http://rozmowy.onet.pl/artykul.html?ITEM=1122603&OS=56179
Drugie pytanie:
Cheri: Kocham, a nie potrafię wybaczyć. Czy to jest sprzeczne z psychologią (istotą) miłości, czy dowód, że po prostu nie kocham?
Prof. Bogdan Wojciszke: To jest dowód na to, że siebie kochasz bardziej.

No i palnął jak gołąb o parapet!
Jest dokładnie odwrotnie: to z powodu zbyt małej miłości do siebie wobec miłości do kogoś jest tak trudno wybaczyć kochanej osobie. Łatwiej wybaczyć kochanej osobie, gdy kocha się siebie i nie ma obawy, że wybaczenie może być zrozumiane jako przyzwolenie dla następnych krzywd.
W miłości obawa przed zranieniem jest tym większa im większa jest miłość. A miłość do siebie te obawy łagodzi.
No i jeśli taki "specjalista" będzie się zajmował sprawami zakochanych - to współczuję wszystkim szukającym rady.

podpis: N.
Aj, bo za dużo wymagasz od tych psychologów. Kto to widział?
Prawdopodobnie w tej chwili podpadnę filozofom i psychologom, ale czas, żeby ktoś to w końcu powiedział: ani filozofia ani psychologia nie jest nauką.
Przynajmniej nie taką, którą ludzie XXI wieku lubią najbardziej, czyli nauką empiryczną.
[Pewnie dlatego nie ma definicji miłości - bo nie dałoby się jej potwierdzić eksperymentalnie, a wtedy bliżej byłoby psychologii do filozofii niż do nauk empirycznych. Psychologia ma na tym punkcie ogromne kompleksy]
Mimo to, jeśli chodzi o definiowanie miłości, to jestem za i cenię bardzo. Mało tego - jestem przekonana, że każdy MA jakąś jej definicję w głowie. Owszem, taka definicja, jak stwierdził Senkacz, zwykle jest "moja": subiektywna, a nie obiektywnie "prawdziwa".
Ale czy to źle, że subiektywna?
Pewnie, że najlepiej zrobić jakąś serię eksperymentów i sprawdzić, czy dana definicja miłości ma ręce i nogi, a potem ogłosić światu, że ta oto jest jedynie słuszna i koniec. Tylko pytanie, czy się da? Na dzień dzisiejszy chyba nie. Ale nie wykluczam, że przyjdzie taki czas, kiedy będzie to możliwe.
Póki co, Twoją definicję uważam za tylko potencjalnie słuszną.
Ot, taka moja babska logika...

P.S. Miło wiedzieć, że nie tylko dla mnie pan Wojciszke jest mało przekonujący jako teoretyk miłości. Do tej pory spotykałam się chyba tylko z wyrazami uznania dla jego twórczości.

podpis: S
Nie zgadzam się z umniejszaniem znaczenia filozofii i psychologii.
Zgadzam się, że obie dziedziny narażone są na bajdurzenie i bełkot - bo trudno weryfikowalne.
Ale za pomocą logiki i warunków granicznych można teorie obalać (gorzej z potwierdzaniem). Plus badania statystyczne.

Kolejne P.S. Więc zamiast atakować lub bronić psychologii może lepiej byłoby poszukać warunków granicznych w których definicja traci spójność (lub się potwierdza).
Senkacz, zamiast się oburzać - po prostu przysięgnij, że nigdy nie ekscytowałeś się emocjami wywołanymi przez Twoją miłość - i mamy problem z głowy: definicja idzie do kosza!
Lub: istnieje taka miłość która nie ekscytuje się emocjami jakie wywołuje.
Lub: istnieje inne uczucie niż miłość która wypełnia warunki definicji.

podpis: N.
Nie umniejszam. Umiejscawiam tylko w przestrzeni naukowej.
Z całą resztą się mniej więcej zgadzam.

podpis: niewdziosek
A ktoś kiedyś napisał, że miłość jest jak mgła...

podpis: Karkow
e-mail: sheisskopff@gmail.com
Być może miłość kończy się tam gdzie zaczyna się jej definicja. Pytanie tylko komu wystarczy pytanie?
Człowiek to notoryczny twórca definicji, odpowiedź na poziomie definicji to kara z za ten rodzaj recydywy.

podpis: S.
Święta racja. Albo miłość albo definicja!
Na szczęście nie cały czas się jest zakochanym i czasem można się zastanowić - co to kurna było!?

podpis: Zdzichu
Tak na marginesie, z historii filozofii wiadomo że najwięcej stworzyli ci którzy unikali katedr akademickich, wiec bycie domorosłym filozofem to nie obelga:)
filozofujcie

podpis: LALUNIA
Miłość to uczucie wkręcone sobie samemu.
Tak to czułam. Zakochałam się do bólu w swojej miłości. Fascynowałam się tym co mnie unosiło w chmurach. Nie chciałam być z tym mężczyzną ale stan emocjonalny był tak silny że oooo... Powiedziałam mu również że jeśli mnie zostawi będę szaleć z mojej rozpaczy ale nie zostawię rodziny. Tak się stało zostawił mnie. A ja wyłam z rozpaczy. Tak się zakochałam w mojej miłości że czy on był czy go nie było - miłość była. Bo chciałam żeby była. Po 2 miesięcznym cierpieniu stwierdziłam że czas się obudzić. Już mi wystarczy tej egzaltacji, trudno było mi myśleć, pracować i funkcjonować w rodzinie. Postanowiłam emocjonalnie wycofać się zająć się mężem i dziećmi. I rzeczywiście już nie chcę dostarczać sobie wrażeń i miłość mija muszę tylko skupić uczucia na czym innym niż na samej sobie dobrze tu napisano egocentryczną egzaltacją. Do tego wcale nie jest potrzebna wzajemność. Liczę sie ja i moja miłość. Zawsze mówiłam że lepiej kochać niż być kochaną bo jaki pożytek z czyjejś miłości. To jego uczucia - nie moje, to jego fascynacja - nie moja.
A facet w którym się zakochałam był niezwykły bo chciałam go takim widzieć. Ale jak go zobaczyłam w prawdzie to aż się przestraszyłam - totalna beznadzieja.
Teraz to tak widzę. Super spostrzeżenia. Mimo wszystko fajne emocje towarzyszą zakochaniu i warto mieć takie emocje.

podpis: zawiewalodem
e-mail: Sonika2006@poczta.onet.pl
Miłość to uczucie bliskości - wywołane wrażeniem bycia dla siebie wzajemnie kimś wyjątkowym - opartym na różnego rodzaju sprzężeniu emocjonalnym.
no cóż, zamiast na początku słowo miłość można wstawić słowo przyjaźń i raczej nikt by nie zaprzeczył

podpis: S.
Ja zaprzeczę.
Przyjaźń nie wymaga tego emocjonalnego sprzężenia zwrotnego - które czyni bliskość nieracjonalną.
Przyjaźń tak naprawdę jest związkiem pragmatycznym, racjonalnym. To swego rodzaju sojusz - ja wspieram ciebie a ty mnie.
Gdyby miłość miała być racjonalna to już nie będzie to miłość.

podpis: Robo
Owszem, miłość jest oparta na emocjach a nie na umyśle - ale nie odbierałbym jej pewnej dozy racjonalności mimo wszystko. Bo miłość musi z czegoś wypływać, mieć jakieś podstawy na których została zbudowana, powiedzmy banalnie: piękne oczy. Albo to, że druga osoba ma to "coś", czyli pasuje nam do gustów. Takie początkowe "zauroczenie" cechami charakteru, lub ciała, które przeradza się w głębsze uczucie można jednak jakoś w miarę logicznie wyjaśnić - tak uważam. Samą miłość nie - ale jej fundamenty jednak trochę logiki posiadają.

podpis: S.
Ależ racjonalna podstawa - piękne oczy!
Chyba, że jeszcze racjonalnym nazwiemy patrzenie na pośladki, biodra, proporcje, dochody, wpływy - czyli atawistyczne poszukiwanie najlepszego lokalu dla swoich genów.

podpis: N.
Gdyby tekst był o przyjaźni, to napisałabym, że z tą racjonalnością przyjaźni to lekka przesada.
(ale skoro temat nie jest o przyjaźni, to nie napiszę ;))

podpis: S.
O.K. Niedługo się pojawi tekst o przyjaźni. Dość obcesowy - uprzedzam. Będzie można wymienić opinie.

podpis: bkk5
e-mail: bkk5@o2.pl
no i nie dostałam odpowiedzi......a czekam długo.....panie Władku......bkk5

podpis: S.
Tak jakby nie rozumiem

podpis: kwiatek
To prawda, że miłość jest nieracjonalna i opiera się na emocjach, a nie rozumie. Dlatego dobrze ją czasami schłodzić używając do tego celu szarych komórek, żeby serce z tej miłości nie oszalało. Tylko jak to zrobić? Poza tym za dużo o niej mówimy, piszemy, za mało zaś kochamy. Słów o niej bez liku. Dlatego, że tak gorąco miłujemy czy może dlatego, że tak boleśnie odczuwamy jej nieobecność? Oto ci pytanie.
Jeszcze króciutko o związku psychologów i miłości. To wyjątkowo nieudany związek. Wolałbym zatem, żeby nadal zajmowali się nią poeci, nie naukowcy. Ale ja sobie mogę woleć, a oni i tak swoje.

podpis: S.
To fascynujące obserwować z jaką niewiarą przyjmowana jest możliwość opisania miłości na zimno. Stawiam tezę, że to z obawy, że opisana miłość przestanie być fascynująca.
Nie przestanie! To, że się wie skąd się biorą pioruny nie powoduje tego, że pioruny przestają być fascynujące.

podpis: Włodek
e-mail: wlodzimierz.kowalik@wp.pl
"Stawiam tezę, że to z obawy, że opisana miłość przestanie być fascynująca".

Ludzkość to okropna rzecz. Trzeba żyć sercem a nie obawą. Jest odwrotnie. Im bardziej opisujemy miłość tym bardziej rośnie. Sam sprawdzałem. Jak żonę opisuję lub maluję to ... U Dantego jest taki epizod z Francesco i Paolą o czytaniu romansów: "i już tego wieczoru nie czytali więcej..."

"To, że się wie skąd się biorą pioruny nie powoduje tego, że pioruny przestają być fascynujące."

Słusznie. "Poznanie bogaci podmiot, niczego nie zmieniając w przedmiocie". Ludzie chcą być biedni. Kolega arystotelik widzę. Obiektywizm plus definicje to arystotelizm.

Najlepsza książka o miłości jaką znam to "O miłości" J. Peipera. Wygłupiłem się?

podpis: c.
e-mail: cheswaw@gmail.com
definicja bardzo słaba,odczuwam nieracjonalne uczucie bliskości wobec krzesła na którym siedzę,ale to nie jest miłość,wyrażenie "emocjonalne sprzężenie zwrotne" jest niezrozumiałe mimo próby wyjaśnienia, można je odnosić do wielu emocji i nie tylko emocji-co jest sprzężone i z czym?
Co to jest "emocja"? Co to jest "uczucie"? Co to jest "uczucie bliskości"? Co znaczy wyraz "nieracjonalne"? Co to jest "bliskość"?
Sorry, ale ta definicja niczego mi nie wyjaśnia, czuję się jeszcze głupszy niż przedtem, miłość jest na pewno jakimś zjawiskiem tzn. czymś co da się obserwować, jest także relacją w sensie arystotelesowskim-istnieje w tej relacji podmiot(kochający), przedmiot(to, co kochane) i odniesienie jednego do drugiego,a więc mamy zjawisko relacyjne i to dalej nam nie pomaga bo takich zjawisk relacyjnych jest od groma, należałoby dodać, że zawsze w tym zjawisku występuje nie mniej niż jedna czująca istota i podmiot tej relacji zawsze nią musi być,przedmiot niekoniecznie-ktoś np kocha Kraków a Kraków nie jest czującą istotą,trudno natomiast powiedzieć czy miłość jest uczuciem i czy zawsze nim jest, prawdopodobnie zawsze jest zjawiskiem psychicznym lub/i duchowym, ale te wszystkie zagadnienia wymagają zbadania osobno, mnie nieścisła definicja nie zadowoli.

podpis: S.
Twoje nieracjonalne uczucie emocjonalnej bliskości z krzesłem - jeśli nie jest zaprawione ekscytacją tym uczuciem - jest zupełnie poza definicją.
Jeśli zaś ekscytujesz się tym uczuciem permanentnie - to pewnie jesteś w krześle zakochany.
No jasne, że można by podefiniować wszystkie wyrażenia użyte w temacie - ale bez przesady. Jak się nie ma chęci ogarnięcia myśli to i można uznać brak definicji słowa "oparte" za powód do zakwestionowania całości.

podpis: Włodek
e-mail: wlodzimierz.kowalik@wp.pl
O Arystoteles u Kolegi "C"! Przedmiot gatunkuje uczucia zatem będzie wiele rodzajów miłości, tyle ile przedmiotów dających się kochać. Jeżeli natomiast chcieć podać definicje tych wszystkich miłości to będzie bardzo ogólna i doktrynerom zaszkodzi:
Miłość jest:
1/ potrzebą (pragnę, chcę, nie mogę żyć bez ...) to będzie miłość "od dołu do góry", platoński Eros (patrzę na kobietę a niby widzę piękno - tere fere, to można obśmiewać w kabarecie, ale czy znający "Ucztę" będzie się śmiał to nie wiem)
2/ darem, wyjściem z siebie, bezinteresowną przychylnością dla drugiego - to będzie to będzie miłość "od góry do dołu", chrześcijańska Caritas, czy Agape, praktycznie to ona jest tylko w intencji, ale zrezygnujcie z takiej intencji a nie chcę Was znać.
3/ adoracją, która jest wynikiem uprzedmiotowienia (OD-przedmiotowienia) relacji, czyli ocenienia przedmiotu miłości: "jak dobrze że jesteś". Ponieważ to co najwyższe nie utrzyma się bez tego co najniższe - jak pisze autor "Naśladowania Chrystusa" - dlatego adoracja jest elementem jednoczącym miłości.
Teraz można sobie prześledzić jak to w konkretach wygląda np w miłości erotycznej do kobiety, w miłości do przyjaciela, do matki, kraju, do krzesła, do kota itd.

podpis: nn
Brawo:)

podpis: Donna Kura
Jestem piękna i mam wspaniale mięśnie.

podpis: Włodek
Spróbujemy określić bliżej oną "ekscytację" alias "sprzężenie zwrotne", bo Sikor potwornie tu namieszał. Ekscytacja zawsze wiąże się z nadzieją. Niestety, ale zaraz to uzasadnię.
Jeżeli przedmiot uczucia jest bezpośrednio dany to wywołuje albo upodobanie (gdy jest postrzegany jako dobry) lub odrazę (gdy jest postrzegany jako zły). Tym nie można się ekscytować. Ekscytujemy się natomiast, gdy /1/ przedmiot uczucia nie jest dany (jako przedmiot uczucia!) a tylko możliwy w przyszłości, w wyobraźni czy gdzieś tam, albo /2/gdy chcemy pozbyć się już obecnego zła. W obu przypadkach czynnikiem sprzęgającym jest nadzieja: w pierwszym w postaci otuchy, w drugim gniewu.
Pożądanie jest ekscytacją upodobania pod wpływem nadziei-otuchy. Ekscytacją pożądania będzie natomiast radość (gdy się pożądanie spełni). Gdy zamiast nadziei-otuchy pojawi się rozpacz i lęk, pożądanie przejdzie w awersję i ból a nie ekscytację. I podobnie w wypadku ekscytacji gniewnej. Tu nadzieja pobudza gniew do pozbycia się zła emocjonalnego lub nie pobudza i wtedy zamiast ekscytacji jest rozpacz i je dzieci (ironia, sarkazm, złośliwość itd.).
Twierdzę, że tu jest "sprzężenie zwrotne". Między upodobaniem (popęd przyjemności)a nadzieją (popęd użyteczności). Między samymi uczuciami upodobania nie może być, ściśle biorąc, sprzężenia.

podpis: S.
Nie!!!
"Ekscytujemy się natomiast, gdy /1/ przedmiot uczucia nie jest dany (jako przedmiot uczucia!) a tylko możliwy w przyszłości, w wyobraźni czy gdzieś tam"

Ekscytacja miłością spełnioną jest bardzo pobudzająca i dużo głębsza niż ekscytacja nadzieją. Jeśli kochałeś z wzajemnością to nie sądzę, żebyś mógł zaprzeczyć.
Ekscytacja miłością spełnioną lub bliską spełnienia jest skierowana do wewnątrz - to nie obiekt miłości jest tak naprawdę fascynujący - to fascynujące jest przeżywane uczucie.
Człowiek zakochany oczywiście opiera swoją ekscytację na obiekcie - ale pobudza go jego własna miłość. I popada w zapętlenie - kocham więc przeżywam, przeżywam więc kocham. Ta eksytacja karmi się sama sobą - nierzadko bez udziału sygnałów zewnętrznych.
(a tak naprawdę obiekty miłości rzadko są fascynujące same z siebie - one są fascynujące dopiero w oczach zakochanych)

Natomiast ekscytacja nadzieją nie ma tej głębi. Ekscytacja nadzieją jest skierowana na zewnątrz i zależy od sygnałów zewnętrznych. Jest sygnał - jest reakcja. Nie ma sygnału - nie ma reakcji.
Nie ma tu wewnętrznego sprzężenia - jest tylko reakcja na sygnały. To nie miłość.

P.S. Ciekawe zagadnienie nienawiści. Ona chyba też się karmi wewnętrznym sprzężeniem zwrotnym.

podpis: Włodek
e-mail: wlodzimierz.kowalik@wp.pl
"Człowiek zakochany oczywiście opiera swoją ekscytację na obiekcie - ale pobudza go jego własna miłość. I popada w zapętlenie - kocham więc przeżywam, przeżywam więc kocham."

E ... no nie. Ja tu żadnego sprzężenia nie widzę. Stale działa jeden czynnik, który nazwałeś "kocham więc przeżywam, przeżywam więc kocham". Do sprzężenia potrzebne są dwa RÓŻNE współczynniki.

"Ta ekscytacja karmi się sama sobą - nierzadko bez udziału sygnałów zewnętrznych".

Nijak nie da się tego powiedzieć. To nie ma głębi.

"(a tak naprawdę obiekty miłości rzadko są fascynujące same z siebie - one są fascynujące dopiero w oczach zakochanych)".

To już lepsze. Dlaczego są ekscytujące w oczach zakochanych? Bo coś oprócz patrzenia dochodzi coś jeszcze.

"Natomiast ekscytacja nadzieją nie ma tej głębi. Ekscytacja nadzieją jest skierowana na zewnątrz i zależy od sygnałów zewnętrznych. Jest sygnał - jest reakcja. Nie ma sygnału - nie ma reakcji. Nie ma tu wewnętrznego sprzężenia - jest tylko reakcja na sygnały. To nie miłość"

Nadzieja na pewno nie jest reakcją na sygnał. Nadzieja wiąże się z głębokimi pragnieniami bez względu na to, czy im coś odpowiada czy nie. Nie zwróciłeś uwagi na mój wpis: "Ekscytujemy się natomiast, gdy /1/ przedmiot uczucia nie jest dany (jako przedmiot uczucia) a tylko możliwy w przyszłości, w wyobraźni czy gdzieś tam". Ty zakładasz, że miłość automatycznie ekscytuje się sama sobą, a ja się pytam, jak to w ogóle jest możliwe? I odpowiadam, że przez nadzieję, która zawsze dotyczy tego co aktualnie nieobecne JAKO PRZEDMIOT UCZUCIA. Nie mogę mieć nadziei na zjedzenie obiadu, który właśnie zjadłem. Mogę chcieć tylko tego, czego jeszcze nie mam. Musi być jakiś brak, bo inaczej nie ma miejsca na twórczość uczucia. To dlatego zakochani mogą widzieć co innego niż wszyscy inni: bo miłość nakręcana jest nadzieją na spełnienie marzeń o miłości. Gdyby było jak Ty chcesz, to zakochanie nigdy by się nie kończyło. A przeważnie kończy się po kilku wspólnych razach w łóżku, kiedy w pościeli zdycha zaspokojona nadzieja. Chyba, że nie tego chcieliśmy ... tylko np. bajek.

"P.S. Ciekawe zagadnienie nienawiści. Ona chyba też się karmi wewnętrznym sprzężeniem zwrotnym."

Się karmi się. Polecam "Osoba i uczucia", Polskie Towarzystwo Tomasza Z Akwinu, Lublin 2010 .

podpis: Włodek
Oczywiście miłość wzajemna to jeszcze inne zagadnienie. Tam k są dwa czynniki, które mogą się wzajemnie "nakręcać". Dziwi mnie, że to rozumiesz a traktujesz "bajkowo" Ducha Św. Przecież to nic innego, jak wzajemna ekscytowanie się miłością Ojca i Syna.

podpis: S.
Potrzebujesz 2 różnych czynników do nakręcania się - i masz!
Jeden kocham, drugi przeżywam.
Pierwszy to naturalne pobudzenie miłością (fascynacją) - odczuwanie podwyższonego i dość przyjemnego podniecenia w związku z obiektem uczucia (niekoniecznie w sensie erotycznym).
Ten drugi to ekscytacja tym podnieceniem - to jest coś innego. Pobudzenie - jako stan naturalny miłości. A ekscytacja tym pobudzeniem jest stanem wtórnym generowanym już przez zakochanego. Musiałeś się jeszcze nie zakochać jeżeli nie wiesz o czym piszę.
Pobudzenie pierwotne wywołane jest bliskością Obiektu Miłości (osobistą lub symboliczną) a pobudzenie wtórne (ekscytacja podnieceniem) odbywa się już poza bliskością Obiektu - to przywoływanie wspomnień i wrażeń i napawanie się efektem podniecenia wtórnego. Co prowadzi do przekłamywania rzeczywistości i idealizacji obiektu uczuć - w konsekwencji do wzmocnienia podniecenia.

Uważam, że nadzieja nie przeżyje bez dokarmiania sygnałami zewnętrznymi. Uśmiech, życzliwe spojrzenie, przypadkowe spotkanie... - te sygnały potrafią dokarmić nadzieję wystarczająco. Ale bez żadnych sygnałów nadzieja będzie więdnąć.

Absolutna niezgoda, że pragnienie nie dotyczy tego co już osiągnięte. Nie w miłości!
Miłość pragnie powtarzania w nieskończoność tego przyjemnego podniecenia.
Ty raczej tu opisujesz syndrom Zdobywcy - który traci zainteresowanie wkrótce po zdobyciu trofeum i szuka nowego wyzwania. Nie nazywaj tego miłością - najwyżej polowaniem.

A to, że miłość wygasa w swej formie pierwotnej namiętności - to nieuniknione - bo jak długo można się ekscytować własnym podnieceniem?
Wtedy miłość przechodzi w fazę dojrzałą lub się kończy.

podpis: S.
Odpowiedź na drugi komentarz przerzucam do właściwego artykułu.

podpis: Włodek
Nie, to nie syndrom Zdobywcy. Twierdzę, że jestem bardziej precyzyjne. Ja analizuję samo uczucie a Ty całą osobę. Twój pogląd jest do szczętu humanistyczny i nie mogę go przyjąć. Ja jestem naturalistycznym racjonalistą. Uważam, że natura nie robi rzeczy bez sensu, przynajmniej nie w tym sensie, że miłość pojawia się jak Filip z konopi,czy Deus ex machina i równie bezprzyczynowo znika. W porównaniu z tym dziwactwem nawet bajki są racjonalne!
Z samej fizjologi ludzkich zmysłów wynika, że to niemożliwe. Jak uczucie odwraca się od swego przedmiotu to ginie. Możesz wspominać smak obiadu ale się nie najesz! Dlatego tu włącza się popęd użyteczności, który intensyfikuje uczucia wobec przedmiotu nieobecnego, jak sam napisałeś: "pobudzenie wtórne (ekscytacja podnieceniem) odbywa się już poza bliskością Obiektu - to przywoływanie wspomnień i wrażeń i napawanie się efektem podniecenia wtórnego. Co prowadzi do przekłamywania rzeczywistości i idealizacji obiektu uczuć - w konsekwencji do wzmocnienia podniecenia". Opisujesz tu nic innego tylko działanie nadziei, tylko nazywasz to inaczej.
"Miłość pragnie powtarzania w nieskończoność tego przyjemnego podniecenia". Do czasu, do czasu... chyba, że przejdzie na poziom czystej nadziei, wiary i miłości. Wtedy jest wieczna. Powtarza swoje w nieskończoność.

podpis: S.
Obaj obracamy się w sferze własnych przekonań a nie dowodów logicznych lub naukowych - co nie umniejsza dyskusji - a czyni ją ciekawszą bo dowody zakończyły by ją definitywnie.
Zatem co do racjonalności - żaden z nas nie ma monopolu więc nie uzurpuj sobie większych praw.

Wspomnieniem obiadu się nie najesz - ale nie o najedzenie tu chodzi. Ha! Wręcz odwrotnie - tu chodzi o łaknienie którego najedzenie jest przeciwieństwem.
Miłość to obiad którym najeść się nie można (przynajmniej do pewnego czasu).
Co ma to do nadziei? Jest obiad wciąż dostępny i wciąż nie do najedzenia. Im więcej jesz tym bardziej głodnyś (do czasu). Uzależnienie? Nałóg? Raczej tak (do czasu).
Czy nałóg masz zamiar nazwać nadzieją?

Ten nałóg sam przechodzi - to prawda. Bo od pewnego momentu nie da się już bardziej nakręcić - i zaczyna się ruch w drugą stronę.
I teraz jest miejsce dla Twojej teorii - skupienie się w tym momencie na własnych uczuciach zamiast na obiekcie uczuć prowadzi radykalnie do dezintegracji uczucia.
Kiedy kończy się okres wzrostu uczucia z powodu sprzężenia miłość-przeżywanie zaczyna się naturalny spadek - to auto-przeżywanie spadku uczucia powoduje chęć zatrzymania procesu i reakcję jak najbardziej nerwicową - czyli im więcej chęci tym efekt gorszy.

No więc jeśli podczas I etapu miłości nie dojdzie do wyraźnego przeniesienia ciężaru uwagi z auto-przeżywania na rzeczywisty obiekt miłości - to następuje dość gwałtowny spadek uczucia do radykalnego wygaśnięcia (i wiele osób to ma).
A jeśli uwaga zdąży się przenieść na obiekt miłości - to miłość przechodzi w etap dojrzały i ma się dobrze.

Pominięcie I etapu miłości ma miejsce jedynie w przypadkach osób które się wcześniej długo znają. A uczucia nagłego zakochania to nic innego jak auto-sprzężenie miłość-przeżywanie.

podpis: Włodek
e-mail: wlodzimierz.kowalik@wp.pl
Jakoś nie wierzę, że nałogi przechodzą same. Nie zdarzyło mi się w każdym razie. Zatem miłość (zakochanie) nie będzie nałogiem. Stąd i nadziei nie muszę nazywać nałogiem.

podpis: S.
Gdyby nie uzależnienie fizyczno-chemiczne to wszystkie nałogi by przechodziły same.
Miłość na szczęście nie uzależnia w ten sposób.

podpis: Włodek
Nie przekonałeś mnie. Masz za wysokie zdanie o ludzkim pragnieniu przyjemności. Będę się upierał przy sprzężeniu emocjonalnym na linii: popęd przyjemności (miłość)-popęd użyteczności (nadzieja). Zrobiłem doświadczenie z psem. Nie dałem mu kości. Zupełnie odjechał. Całkiem jak u Disneya. ("Osoba i uczucia" PTTA, Lublin 2010-maczałem palce w wydaniu to popieram).

podpis:
jakiś powyższych reguł chemii, ani fizyki tu nie zauważam, ale może ja nie umiem kochać hahahah....
konia też nie zauważam.

podpis: JT
e-mail: jt.fotoart@gmail.com
Panie Sikora,
obawiam się, będąc w opozycji do Pańskiej definicji miłości, że jestem irracjonalnie zakochana w Pana umyśle… a precyzyjniej w efektach ubocznych jego działania. Od paru dni zagłębiam się we wszystkie teksty umieszczone na tej stronie, z niektórymi całkowicie się zgadzam (weźmy choćby za przykład tę definicję miłości), innych jeszcze nie rozumiem. Wychował mnie Teleranek i teksty kabaretu Potem, czyli niewątpliwie Pan. Tym bardziej cieszę się z istnienia tej strony, i z ekscytacją towarzyszącą „wkręceniu sobie samej” oczekuję kolejnych Pana wynurzeń.
z poważaniem
JT

podpis: E.
Haha, nawet rozkochać w sobie można poprzez gadanie głupot i zaprzeczanie samemu sobie.

podpis: S.
Och ach. Czuję się skrytykowany.

podpis: Włodek
I koniec romansu.

podpis: M.
Nieraz miłość można przeżyć w różnych etapach.Niektórzy mówią, że to jest niesamowite. Tzw ., "od pierwszego wejrzenia" , innym się wydaje ,iż związek przez komunkację inetrentową też rodzi jakieś uczucie. Owszem może, ale prędzej przywiązanie niż jakieś uczucie, bo nie możemy drugiej osoby do końca poznać. Moim zdaniem miłość rozwija się powoli. Jej etapy są różnorodne. Poznajemy się powoli, wszystkie nasze zmysły musza działać. Bez pośpiechu, przecież mamy czas. Kochać kogoś z głową to wielka sztuka.
Miłego czytania. Pozdrawiam

podpis: Człowiek co za dużo myśli
e-mail: qbaczek@gmail.com
Nie wiem czy ktoś już pisał coś takiego, bo za dużo komentarzy, żebym wszystkie czytał. Tak czy siak moim zdaniem nie pasuje ta definicja do miłości typu agape. I to nie do osoby w której jesteśmy zakochani (eros), tylko osoby, którą kochamy (czyli właśnie agape w moim rozumieniu)(można i do osoby, w której jesteśmy zakochani, ale tak będzie lepiej widać różnice [nie trzeba jej destylować]). W wypadku czystej agape - choćby stosunek świętej matki Teresy z Kalkuty do ludzi z Indii (i w ogóle) - nie bardzo widzę tu miejsce na jakieś emocje, bo jeśli tak to jakie? Bo nie chodzi tu o uczucie tylko o działanie, a ewentualna emocja - radość, ale radość tego drugiego. Owszem można się bawić w mówienie, że skoro tak przeżywamy naszą radość z powodu jego radości... Ale chyba ździebko to naciągane nieprawdaż? I miłością dojrzałą (poza być może jej opisem w tym właśnie zagadnieniu przez S.) nazwał bym miłość, która (choćby między innymi, najlepiej między innymi) zawiera w sobie taką postawę - pomoc za darmo, czyn nie emocje (bo na emocje też się znajdzie miejsce, ale nie zawsze). Trochę zawile i nie do końca to co mam na myśli, ale lepiej zapisać nie umiem, a główna myśl i tak została przemycona.

podpis: S.
Moim zdaniem agape mieści się w definicji.
Na pewno uczucie bliskości racjonalne nie jest.
Pytanie: czy jest tam wtórne przeżywanie swoich uczuć? Nie wiem, co mówią na ten temat jakieś badania (bo pewnie są).
Z własnego doświadczenia wiem, że takie wtórne emocje się pojawiają. I aż tak bardzo nie różnią się od przypadku zakochania. Jest podekscytowanie samym faktem odczuwania uczuć wobec obiektu.
(w miłości erotycznej również tak jest - obok pociągu erotycznego jest również ekscytacja własnymi uczuciami, które nie mają podłoża erotycznego).
 
podpis:
e-mail: ...
a mi wydaje się, że czegoś takiego po prostu nie ma..
Jeśli ktoś jest złym człowiekiem a dla tej jednej osoby jest dobry.. to nie ważne.. ważne ze mnie kocha?

Myślę że to stan który mija..
 
podpis: Lukasz
e-mail: ...
Ten fragment \"Pobudzenie pierwotne wywołane jest bliskością Obiektu Miłości (osobistą lub symboliczną) a pobudzenie wtórne (ekscytacja podnieceniem) odbywa się już poza bliskością Obiektu - to przywoływanie wspomnień i wrażeń i napawanie się efektem podniecenia wtórnego. Co prowadzi do przekłamywania rzeczywistości i idealizacji obiektu uczuć - w konsekwencji do wzmocnienia podniecenia\"

jest w moim odczuciu bardzo dobrym streszczeniem prezentowanej tu przez szanownego autora teorii.


Otóż wniosek nasuwa mi się taki: opisywana tutaj miłość jest zawsze EGOISTYCZNA (wedle Schopenhauera) bo owo przeżywane przez nas zakochanie wydaje się być po prostu narkotykiem dla duszy. W stanie zakochania nie kieruje nami pobudka czysto moralna. [przepraszam ale na dniach mam głowę nabitą Schopenhauerem]

Narkotyk ten został stworzony przez naturę w wiadomym celu - przedłużenie gatunku. Tu nawiązanie do Pana Włodka który cyt.:

\"Uważam, że natura nie robi rzeczy bez sensu, przynajmniej nie w tym sensie, że miłość pojawia się jak Filip z konopi,czy Deus ex machina i równie bezprzyczynowo znika\"

oczywiście natura nie robi tego bez celu, ten narkotyk jak inne np. przyjemność odczuwana podczas jedzenia poprzez wydzielanie dopaminy ma nas \"zachęcić\" do pewnych rzeczy.
Istnieje jeszcze dobór naturalny...więc czasem coś się pojawia a później znika, gdy nie jest potrzebne, ale po prostu natura wycofuje się z tej ścieżki.

Nie jestem zatwardziałym darwinistą, ale aż ciśnie się na usta, że :

Zażywanie tego narkotyku ma na celu utrzymanie nas przy drugiej osobie (kobiecie, dzieciach) - sam popęd seksualny związany jest wyłącznie z prokreacją, ale przecież samiec nie może tylko zapłodnić i udać się gdzie indziej - samicę i potomstwo trzeba karmić, chronić , dawać poczucie bezpieczeństwa, uczyć - potrzebne jest więc naturze coś lepszego, trwalszego, co może trwać NAWET całe życie osobnika - a tym mechanizmem jest właśnie miłość.

Wiem, że to banały, ale wynikają wprost z tej teorii.
 
podpis: S.
e-mail: ...
Nie da się nie zgodzić z tym.
Miłość jako instrument, którym posługuje się natura - wcale nie tak banalne. A może nawet nieco szokujące (przynajmniej dla niektórych).
To, że milość jest egoistyczna to żadna ujma dla miłości. Nawet altruizm u podstaw jest egoistyczny. Więc i najszlachetniejsze formy miłości (bo takie też są) mają dawać szczęście kochającemu (choćby były pełne wyrzeczeń).
 
podpis: Włodek
e-mail: wlodzimierz.kowalik@wp.pl
\"W stanie zakochania nie kieruje nami pobudka czysto moralna\".

Tak, jeśli moralność rozumieć wedle Kanta, jako imperatyw \"czystego rozumu\". Tyle, że nic takiego nie istnieje i istnieć w ogóle nie może. Moralność ma podłoże naturalne, biologiczno-emocjonalne. Kant wyraźnie pomylił emocje z \"nakazami rozumu\" (stąd \"imperatyw\"). Jak rozum może coś nakazać? Znam takich, co wzruszają ramionami, gdy im wykazać sprzeczność: no to co, powiadają? Żadnej moralności.

Jak ktoś nie jest przekonany, można przytoczyć badania np. Antonia Damasia, który zajmował się osobami z uszkodzoną korą brzusznoprzyśrodkową. Mózg z taka lezją nie \"obrabia\" emocji ale intelektualnie jest sprawny. Na skutek takiego uszkodzenia człowiek traci zdolność podejmowanie codziennych decyzji. Traci nie tylko zainteresowanie dla innych lecz również zainteresowanie samym sobą. Damasio nazwał tę funkcję emocji \"markerem somatycznym\" i podawał jako wielkie odkrycie, ale było znane wcześniej.
Oto jak, mój ulubiony filozof, I.M. Bocheński określał altruizm i egoizm:
ALTRUIZM. Altruizm został wynaleziony razem z dziwaczną nazwą przez francuskiego filozofa A. Comte’a. Nazwa jest dziwaczna, bo składa się ze źródłosłowów zaczerpniętych aż z trzech języków (łaciny, francuskiego i greckiego) - a to co ona oznacza jest zasadniczo różne od autentycznej miłości, którą altruizm miał zastąpić Altruizm jest mianowicie miłością innego człowieka w oderwaniu i dlatego, że jest innym człowiekiem. Jego przedmiotem jest więc nieokreślone indywiduum, które mamy kochać dlatego właśnie, że jest nam obce, różne od nas. Mamy więc do czynienia z odwrotnością autentycznej miłości, którą kochamy zawsze konkretną osobę, a kochamy ją nie dlatego, że jest różna od nas, ale wręcz przeciwnie, dlatego że jest nam bliska i o tyle, o ile ma tożsamości z nami. Sam Comte zdawał sobie prawdopodobnie sprawę z tej różnicy, skoro ukuł dla swojego altruizmu nową nazwę. Utożsamianie tego altruizmu z normalną miłością ludzką jest zabobonem i mało jest widoków równie żałosnych, jak widok duchownych chrześcijańskich głoszących ten zabobon z ambon, mieszających altruizm z miłością chrześcijańską.
Aby zrozumieć pochodzenie altruizmu wypada pamiętać, że w altruizmie Comte’a wcale nie chodzi o jednostki ludzkie, ale o tzw. “wielki byt” (grand etre), tj. o ludzkość Altruizm stapia nas z tym “wielkim bytem”, jest więc narzędziem bałwochwalstwa, jakim jest uwielbienie ludzkości. Celem wynalazku było stworzenie doktryny, która by mogła w ramach tego bałwochwalstwa zastąpić chrześcijańską naukę o miłości bliźniego.

EGOIZM. Postawa człowieka, który dobro własne przedkłada ponad dobro innych; przeciwieństwo altruizmu. Od czasów A. Comte’a rozpowszechniony jest zabobon głoszący, że człowiek nie ma prawa dbać w pierwszym rzędzie o samego siebie, że powinien zawsze i wszędzie dawać pierwszeństwo innym, a zwłaszcza ludzkości. Jeśli tego nie czyni, jest pogardy godnym egoistą. Zdrowy rozsądek twierdzi, że prawda jest wręcz odwrotna, mimo że od wieków usiłuje się w ludzi wmówić podobny do egoizmu zabobon. Sądzi mianowicie, że człowiek ma także potrzeby społeczne, że powinien zatem dbać także o innych - w pewnych warunkach nawet poświęcić się za nich - ale że jego obowiązki wobec innych opierają się ostatecznie na obowiązkach wobec samego siebie. Spełnienie tych obowiązków nie jest więc nie tylko niczym złym, ale przeciwnie, podstawowym obowiązkiem moralnym. Bo obowiązki wobec innych oparte są na ich częściowej tożsamości z nami. Tak np. największe obowiązki mają rodzice wobec dzieci, bo te są im najbliższe, są częścią ich samych. Kto więc odmawia człowiekowi prawa do zabiegania w pierwszym rzędzie o siebie, podrywa tym samym podstawę wszystkich obowiązków wobec innych.
Ten zabobon połączony jest przy tym zwykle z dwoma innymi: z kolektywizmem i z egalitaryzmem moralnym (p. równość). Pierwszy każe stawiać dobro gromady, a zwłaszcza ludzkości, ponad dobro własne, drugi przeczy, by bliscy mieli pierwszeństwo przed obcymi i domaga się, byśmy o wszystkich dbali w równej mierze.
Zabobony dotyczące egoizmu zawdzięczają swoją popularność okoliczności, że wielu ludzi przywiązuje, w rzeczy samej, zbyt wielką wagę do potrzeb indywidualnych, zapominając o społecznych. Wypada jednak zrozumieć, że potrzeby społeczne są także potrzebami jednostki i że kto ich nie zaspokaja, przygotowuje sobie prawdopodobnie zły los w przyszłości. Ale z tego, że należy uwzględnić także i te potrzeby, nie wynika wcale, byśmy nie mieli prawa dbać o siebie, jak chciałby egoistyczny zabobon.
 
podpis: ewa
e-mail: ...
Miłość to dla mnie całkowicie niezrozumiałe uczucie. Nagle zaczynamy darzyć bardzo złożonymi emocjami kogoś z kim jest nam dobrze. Cała zabawa pojawia się potem kiedy wychodzą na jaw wady, kiedy okazuje się, że obiekt naszych westchnień nie jest ideałem, kiedy zaczyna iskrzyć i pojawiają się także negatywne odczucia. Powinniśmy odejść ale zostajemy, bo miłość... Czym ona jest tak naprawdę? Taka przyjaźń połączona z fizycznym odczuwaniem bliskości i chemią wynikającą w natłoku uczuć.
 
podpis: S.
e-mail: ...
Trudne i łatwe.
Ważniejsze od emocji wobec obiektu są - emocje wobec tych emocji.
W tym jest zaklęta miłość.
 
podpis: Minia
e-mail: hvs@wp.pl
<3
w miejscu, w którym są moje emocje - czyli w czarnej ... dziurze, to co tu czytam daje mi wiele radości
Dziękuję
 
podpis: Minia
e-mail: hvs@wp.pl
<3
w miejscu, w którym są moje emocje - czyli w czarnej ... dziurze, to co tu czytam daje mi wiele radości
Dziękuję
 
podpis: Asiunia
e-mail: jmarczynska@onet.eu
Podoba mi się złożoność rozważań nad próbą definicji, podoba mi się sama definicja. Wychodzę z podobnego założenia na temat altruizmu, bo patrząc weń jak w studnię, komu przynosi największą korzyść?
Chciałoby się myśleć, że milość można ująć podobnie - jest formą egozimu? A jak to się ma do miłości rodzicielskiej? Ten rodzaj emocji wydaje mi się najciekawszym konstruktem emocjonalnym, bo jednak opozycyjnym do samej tutaj wywiedzionej definicji.
Trudno jednak się nie zgodzić gdy zmieszamy miłość w romantycznym odcieniu z biologiczną potrzebą upolowania najlepszej mieszanki genów.
Wówczas rzeczywiście jawi się jak zachłśnięcie własnymi pozytywnymi emocjami.
A gdzie trafię na definicję miłości dojrzałej wg. W.Sikory?
Pozdrowienia i wyrazy!
 
podpis: Sławek
e-mail: gereon@wp.pl
Nie ma odpowiedniej definicji miłości bo to uczucie....emocje....a to trzeba czuć nie opisywać. Bo jak opisać smak socztego owocu żeby adwersarz go poczuł? Człowiek tworzy definicje miłości tylko po to, żeby wpędzać się w kompleksy
 
podpis: S.
e-mail: ...
Z przyjemnością się nie zgodzę.
Kontemplować emocje to jedno - a rozumieć to co innego.
Odbiorcy niepotrzebne jest rozumienie lecz wrażliwość. Tu masz rację.
Kierowcy niepotrzebna jest cała wiedza o fizyce, motoryzacji, konstrukcji - ważniejsze jest wyczucie samochodu i drogi.
Ale mechanik już musi coś wiedzieć, a konstruktor jeszcze więcej.
W tym artykule nie piję do zakochanych - ale do psychologów.
 
podpis: ja
e-mail: makaveli92@op.pl
masz racje miłość moze spowodowac paranoje \"TELEPATIA , WIEM ZE KTOS O MNIE MYŚLI itp. \" co prowadzi do poważnych uszkodzen w mózgu oraz w koncowym stadium shizofremi mowie tu o osobach nieszczęśliwie zakochanych narażonych w szczególności na spożycie alkoholu oraz narkotyków .
 
podpis: AleksA
e-mail: ...
Love is a friendship set to music.

J. Campbell