|
| |
można się nie zgodzić:
podpis: N.
e-mail: natusiek[at]gmail.com
Dobra, a co z działaniem, zachowaniem w stosunku do osoby kochanej? Gdzie dla nich miejsce w tej koncepcji?
No i co z relacją, czy może bardziej interakcją między osobami kochającymi się?
Co do pierwszych 2 pytań, zmierzam do tego, że do dupy z taką miłością co się jej nie okazuje; co do pytania 3: jak się nie uwzględni tego, że miłość
może powstać tylko w interakcji między ludźmi, to zaczniemy nazywać miłością to co czują nastolatki wzdychające do plakatu Enrique czy innego DiCaprio nad łóżkiem.
Może komplikuję, ale emocje (i fascynacja nimi) są cudowne i piękne i w ogóle że ach, i nawet z tym egocentryzmem jestem się w stanie pogodzić, ale jakoś tak mi tu czegoś brakuje...
podpis: S.
Nie wszystko naraz. Interakcje to temat na książkę, a nie na krótki tekst w internecie.
A co do miłości jednostronnej - też istnieje (chociaż moim zdaniem fascynacje nastolatek nie wypełniają wymogów definicji - pozostając jedynie na etapie fascynacji osobą).
podpis: bkk
e-mail: bkk5
...a od pierwszego wejrzenia? jest taki wiersz W. Szymborskiej "Miłość od pierwszego wejrzenia"...piekny...
bkk
podpis: Senkacz
e-mail: senkaczi@gmail.pl
Pierwsze zdanie Twojego wywodu kompletnie mnie skonfudowało. Jeśli oni są tak do dupy to wykaż, że teorie Pascala czy Platona lub z drugiej strony socjobiologów czy Frauda są błędne.
Jakie Ty przeprowadziłeś badania żeby pisać takie wnioski? Jakie przemyślenia Ciebie doprowadziły? Jaki masz dowód oprócz własnych przeżyć? Nie sądzę, żebyś Ty wiedział coś więcej.
Chociaż nie, masz jeden dowód: "[...]ale i tak jest prawdziwa - czy się podoba czy nie".
No racja, po co się bawić w naukę czy filozofię skoro można napisać: "jest tak bo ja tak twierdzę".
Trochę żenada.
podpis: S
e-mail: cepelin@aster.pl
A wcale nie mam zamiaru negować dorobku filozofii czy psychologii. I bądź spokojny - znam swoje miejsce. Ale choćbym nawet niegodny był całować śladów na piasku po filozofach - to i tak nie przyklęknę bezrozumnie przed żadnym z autorytetów - a wręcz tym bardziej będę szukał dziury.
Badania przeprowadziłem zaledwie na sobie i ledwie obserwując powierzchownie innych. I że mam własne wnioski? No mam!
A i Ty masz swoje wnioski na temat moich przemyśleń.
I tak jest dobrze.
podpis: Senkacz
Nie wiem czemu uważasz, że skoro istnieje miłość to na pewno musi mieć swoją definicję. Pojęć, które zaprzeczają temu stwierdzeniu jest mnóstwo.
Poza tym nie rozumiem celowości tej definicji (to piszę a propos rzekomej nieudolności filozofów).
Czy twoja definicja może wytłumaczyć miłość komuś kto jej nigdy nie czuł? Czy pozwala mi ją kontrolować, albo przewidywać. Raczej nie bardzo.
podpis: S
Po co sama definicja? Ano dla opisania i zrozumienia.
Czy może mieć praktyczne znaczenie? W dalszym toku rozważań tak. Chociaż bez dalszych rozważań jest tylko formułką dość nieatrakcyjną.
P.S. A jak psycholog może rzetelnie wykonywać swój zawód jeśli nie umiałby zdefiniować jednego z najważniejszych uczuć jakie kierują ludźmi?! To czym się będzie kierować w pracy? Obiegową opinią? Naukowym bełkotem?
(no, chyba, że istnieje już taka definicja a ja wyważam dawno otwarte drzwi)
Jeśli jednak miłość nijak nie została zdefiniowana przez psychologów - to zamiast słowa "nieudolność" powinienem użyć znacznie mocniejszych określeń - bo to byłby skandal, chałtura i znachorskie praktyki!
podpis: N.
e-mail: natusiek[at]gmail.com
Senkaczu: Pascal, Platon i Freud byli sprytniejsi niż myślisz - ich pomysłów nie da się w ogóle zweryfikować a co dopiero obalić ;)
Sikorze: Jest nawet cała książka pt. "Psychologia miłości" Bogdana Wojciszke. Wiem bo mam. Przeczytałam nawet kiedyś, ale to było traumatyczne...
Jeśli uważasz, że Twoja definicja odziera miłość z całej magii, to błądzisz. Naprawdę. Są ludzie, którzy potrafią lepiej odzierać. Wojciszke jest absolutnym mistrzem gatunku.
podpis: Senkacz
e-mail: senkaczi@gmail.pl
Oj widzę, że parę rzeczy trzeba tu wyprostować: Natusek, wiem, właśnie o to mi chodziło.
Chciałem powiedzieć, że nawet jeśli psychologia i filozofia są nieudolne, to nie wierzę w to żeby Sikora był choć trochę od nich lepszy. (tak, dla mnie Twoja definicja cały czas jest gaworzeniem).
Sikora, mylisz definicję z tezą, teorią czy twierdzeniem. Definicję piszę się albo po to żeby się wyjaśnić co autor przez dane słowo rozumie (to dotyczy zwłaszcza pojęć: kultury, społeczeństwa itp.), ale wtedy jest
tylko wstępem do dalszych rozważań (i nie będzie wtedy "prawdziwa" a "moja"), albo żeby na mocy umowy społecznej, każda osoba rozumiała (w miarę) to samo.
Inna sprawa, że powinienem zacząć od tego, że ja właśnie w definowanie miłości nie wierzę. Uważam, że miłość jest albo tak wielka, że każda teoria jest tylko jej uproszczeniem przerzedzonym przez własny światopogląd (co widzę też u ciebie), albo jest całkowicie subiektywna.
Świadczy o tym tysiące modeli miłości od romantyków przez chrześcijan po szowinistów bijących swoje żony. Każda definicja jaką część z nich wyrzuci, twierdząc, że oni nie przeżywają prawdziwej miłości, że kłamią, że to tylko mity.
Poza tym przeżycia związane z miłością wpływają na jej definiowanie. Inaczej będzie postrzegał ją ktoś cztery razy zdradzony, inaczej ktoś od podstawówki szczęśliwie zakochany. Uważam też że człowiek nie jest w stanie się wystarczająco do miłości zdystansować aby móc ją obiektywnie opisać.
Zaś ostatecznym problemem, na którym się każda teoria rozbija, jest fakt, że aby mieć pewną wiedzę o miłości musiałbym użyć telepatii i zaobserwować jak miłość przeżywają inni.
P.S. Jak zastosujesz swoją definicję wobec osób trzecich, których emocji nie znasz?
podpis: S
Jestem w tym przypadku lepszy :) I zdystansowany. Choćbyś się nie zgodził i Ty i tysiące innych (o prawdziwości odkryć i twierdzeń nie decydują referenda).
I właśnie chodzi o taką definicję która pomieści te wszystkie tysiące modeli miłości. (nawet jeśli źle ubrałem w słowa to i tak istotą miłości jest to sprzężenie zwrotne - występujące dla każdego modelu miłości)
Mnie złożoność i ogrom miłości ani nie przeraża ani nie rzuca na kolana (to samo dotyczy zagadnienia szczęścia).
I tego samego śmiem wymagać od filozofów i psychologów (a normalni ludzie niechże sobie uważają miłość za magię - bo oni nie mają zobowiązań definiowania i rozumienia - niech przeżywają i się cieszą).
P.S. Masz rację jeśli chodzi o leksykalne znaczenie słowa "definicja". Ale jeśli chodzi o znaczenie potoczne - to słowo definicja jest rozumiana dokładnie tak jak ja go używam.
A jak mam pisać?! Denotacja miłości? Desygnaty miłości? Teza o istocie miłości? Daj spokój! Ja tego nie piszę na konferencję naukową.
Purysta!!!
podpis: S
P.S. Przykład na dyletanckie podejście do miłości "specjalisty" (w/w prof. Wojciszke)
http://rozmowy.onet.pl/artykul.html?ITEM=1122603&OS=56179
Drugie pytanie:
Cheri: Kocham, a nie potrafię wybaczyć. Czy to jest sprzeczne z psychologią (istotą) miłości, czy dowód, że po prostu nie kocham?
Prof. Bogdan Wojciszke: To jest dowód na to, że siebie kochasz bardziej.
No i palnął jak gołąb o parapet!
Jest dokładnie odwrotnie: to z powodu zbyt małej miłości do siebie wobec miłości do kogoś jest tak trudno wybaczyć kochanej osobie. Łatwiej wybaczyć kochanej osobie, gdy kocha się siebie i nie ma obawy, że wybaczenie może być zrozumiane jako przyzwolenie dla następnych krzywd.
W miłości obawa przed zranieniem jest tym większa im większa jest miłość. A miłość do siebie te obawy łagodzi.
No i jeśli taki "specjalista" będzie się zajmował sprawami zakochanych - to współczuję wszystkim szukającym rady.
podpis: N.
Aj, bo za dużo wymagasz od tych psychologów. Kto to widział?
Prawdopodobnie w tej chwili podpadnę filozofom i psychologom, ale czas, żeby ktoś to w końcu powiedział: ani filozofia ani psychologia nie jest nauką.
Przynajmniej nie taką, którą ludzie XXI wieku lubią najbardziej, czyli nauką empiryczną. [Pewnie dlatego nie ma definicji miłości - bo nie dałoby się jej potwierdzić eksperymentalnie, a wtedy bliżej byłoby psychologii do filozofii niż do nauk empirycznych. Psychologia ma na tym punkcie ogromne kompleksy]
Mimo to, jeśli chodzi o definiowanie miłości, to jestem za i cenię bardzo. Mało tego - jestem przekonana, że każdy MA jakąś jej definicję w głowie. Owszem, taka definicja, jak stwierdził Senkacz, zwykle jest "moja": subiektywna, a nie obiektywnie "prawdziwa".
Ale czy to źle, że subiektywna?
Pewnie, że najlepiej zrobić jakąś serię eksperymentów i sprawdzić, czy dana definicja miłości ma ręce i nogi, a potem ogłosić światu, że ta oto jest jedynie słuszna i koniec. Tylko pytanie, czy się da? Na dzień dzisiejszy chyba nie. Ale nie wykluczam, że przyjdzie taki czas, kiedy będzie to możliwe.
Póki co, Twoją definicję uważam za tylko potencjalnie słuszną.
Ot, taka moja babska logika...
P.S. Miło wiedzieć, że nie tylko dla mnie pan Wojciszke jest mało przekonujący jako teoretyk miłości. Do tej pory spotykałam się chyba tylko z wyrazami uznania dla jego twórczości.
podpis: S
Nie zgadzam się z umniejszaniem znaczenia filozofii i psychologii.
Zgadzam się, że obie dziedziny narażone są na bajdurzenie i bełkot - bo trudno weryfikowalne.
Ale za pomocą logiki i warunków granicznych można teorie obalać (gorzej z potwierdzaniem). Plus badania statystyczne.
Kolejne P.S. Więc zamiast atakować lub bronić psychologii może lepiej byłoby poszukać warunków granicznych w których definicja traci spójność (lub się potwierdza).
Senkacz, zamiast się oburzać - po prostu przysięgnij, że nigdy nie ekscytowałeś się emocjami wywołanymi przez Twoją miłość - i mamy problem z głowy: definicja idzie do kosza!
Lub: istnieje taka miłość która nie ekscytuje się emocjami jakie wywołuje.
Lub: istnieje inne uczucie niż miłość która wypełnia warunki definicji.
podpis: N.
Nie umniejszam. Umiejscawiam tylko w przestrzeni naukowej.
Z całą resztą się mniej więcej zgadzam.
podpis: niewdziosek
A ktoś kiedyś napisał, że miłość jest jak mgła...
podpis: Karkow
e-mail: sheisskopff@gmail.com
Być może miłość kończy się tam gdzie zaczyna się jej definicja. Pytanie tylko komu wystarczy pytanie? Człowiek to notoryczny twórca definicji, odpowiedź na poziomie definicji to kara z za ten rodzaj recydywy.
podpis: S.
Święta racja. Albo miłość albo definicja! Na szczęście nie cały czas się jest zakochanym i czasem można się zastanowić - co to kurna było!?
podpis: Zdzichu
Tak na marginesie, z historii filozofii wiadomo że najwięcej stworzyli ci którzy unikali katedr akademickich, wiec bycie domorosłym filozofem to nie obelga:) filozofujcie
podpis: LALUNIA
Miłość to uczucie wkręcone sobie samemu. Tak to czułam. Zakochałam się do bólu w swojej miłości. Fascynowałam się tym co mnie unosiło w chmurach. Nie chciałam być z tym mężczyzną ale stan emocjonalny był tak silny że oooo... Powiedziałam mu również że jeśli mnie zostawi będę szaleć z mojej rozpaczy ale nie zostawię rodziny. Tak się stało zostawił mnie. A ja wyłam z rozpaczy. Tak się zakochałam w mojej miłości że czy on był czy go nie było - miłość była. Bo chciałam żeby była. Po 2 miesięcznym cierpieniu stwierdziłam że czas się obudzić. Już mi wystarczy tej egzaltacji, trudno było mi myśleć, pracować i funkcjonować w rodzinie. Postanowiłam emocjonalnie wycofać się zająć się mężem i dziećmi. I rzeczywiście już nie chcę dostarczać sobie wrażeń i miłość mija muszę tylko skupić uczucia na czym innym niż na samej sobie dobrze tu napisano egocentryczną egzaltacją. Do tego wcale nie jest potrzebna wzajemność. Liczę sie ja i moja miłość. Zawsze mówiłam że lepiej kochać niż być kochaną bo jaki pożytek z czyjejś miłości. To jego uczucia - nie moje, to jego fascynacja - nie moja. A facet w którym się zakochałam był niezwykły bo chciałam go takim widzieć. Ale jak go zobaczyłam w prawdzie to aż się przestraszyłam - totalna beznadzieja. Teraz to tak widzę. Super spostrzeżenia. Mimo wszystko fajne emocje towarzyszą zakochaniu i warto mieć takie emocje.
podpis: zawiewalodem
e-mail: Sonika2006@poczta.onet.pl
Miłość to uczucie bliskości - wywołane wrażeniem bycia dla siebie wzajemnie kimś wyjątkowym - opartym na różnego rodzaju sprzężeniu emocjonalnym. no cóż, zamiast na początku słowo miłość można wstawić słowo przyjaźń i raczej nikt by nie zaprzeczył
podpis: S.
Ja zaprzeczę.
Przyjaźń nie wymaga tego emocjonalnego sprzężenia zwrotnego - które czyni bliskość nieracjonalną.
Przyjaźń tak naprawdę jest związkiem pragmatycznym, racjonalnym. To swego rodzaju sojusz - ja wspieram ciebie a ty mnie.
Gdyby miłość miała być racjonalna to już nie będzie to miłość.
podpis: Robo
Owszem, miłość jest oparta na emocjach a nie na umyśle - ale nie odbierałbym jej pewnej dozy racjonalności mimo wszystko. Bo miłość musi z czegoś wypływać, mieć jakieś podstawy na których została zbudowana, powiedzmy banalnie: piękne oczy. Albo to, że druga osoba ma to "coś", czyli pasuje nam do gustów. Takie początkowe "zauroczenie" cechami charakteru, lub ciała, które przeradza się w głębsze uczucie można jednak jakoś w miarę logicznie wyjaśnić - tak uważam. Samą miłość nie - ale jej fundamenty jednak trochę logiki posiadają.
podpis: S.
Ależ racjonalna podstawa - piękne oczy!
Chyba, że jeszcze racjonalnym nazwiemy patrzenie na pośladki, biodra, proporcje, dochody, wpływy - czyli atawistyczne poszukiwanie najlepszego lokalu dla swoich genów.
podpis: N.
Gdyby tekst był o przyjaźni, to napisałabym, że z tą racjonalnością przyjaźni to lekka przesada. (ale skoro temat nie jest o przyjaźni, to nie napiszę ;))
podpis: S.
O.K. Niedługo się pojawi tekst o przyjaźni. Dość obcesowy - uprzedzam. Będzie można wymienić opinie.
podpis: bkk5
e-mail: bkk5@o2.pl
no i nie dostałam odpowiedzi......a czekam długo.....panie Władku......bkk5
podpis: S.
Tak jakby nie rozumiem
podpis: kwiatek
To prawda, że miłość jest nieracjonalna i opiera się na emocjach, a nie rozumie. Dlatego dobrze ją czasami schłodzić używając do tego celu szarych komórek, żeby serce z tej miłości nie oszalało. Tylko jak to zrobić? Poza tym za dużo o niej mówimy, piszemy, za mało zaś kochamy. Słów o niej bez liku. Dlatego, że tak gorąco miłujemy czy może dlatego, że tak boleśnie odczuwamy jej nieobecność? Oto ci pytanie.
Jeszcze króciutko o związku psychologów i miłości. To wyjątkowo nieudany związek. Wolałbym zatem, żeby nadal zajmowali się nią poeci, nie naukowcy. Ale ja sobie mogę woleć, a oni i tak swoje.
podpis: S.
To fascynujące obserwować z jaką niewiarą przyjmowana jest możliwość opisania miłości na zimno. Stawiam tezę, że to z obawy, że opisana miłość przestanie być fascynująca.
Nie przestanie! To, że się wie skąd się biorą pioruny nie powoduje tego, że pioruny przestają być fascynujące.
| |
|
|