główna binaria przeszłość teraz teoria kabaretu publicystyka porady dla początkujących prywatnie filozofijki linki

ramka
 
DEFINIOWANIE OCZYWISTOŚCI:
   Definicja szczęścia
   Definicja miłości
   Definicja życia
   Wiara i nadzieja
   Definicja głupoty
   Przyjaźń
   Definiowanie wolności

FAŁSZYWE STEREOTYPY:
   Naiwność
   Naiwność z ograniczonym zaufaniem
   Znieczulica
   Pierwsza wymówka
   Różnorodność i tolerancja
   Narcyzm szczęśliwy
   Pozytywne strony negatywnych uczuć
   Rywalizacja
   Pieprzeni humaniści
   Na cholerę Zło
   Nic lepszego od demokracji?
   Filozofia, logika i inne
   Wyolbrzymianie niezrozumiałego

ŚWIATOPOGLĄDOWO:
   Czy istnieje Bóg
   I powstał Bóg
   Grzech pierworodny
   Życie po życiu
   Sens życia
   O grzechu
   O raju
   Śmierć dobra albo zła
   Samobójstwo
   Wojna
   W sprawie aborcji
   Władza sądownicza
   Teoria mieszania świata

WIELKIE MAŁE PROBLEMY:
   Starzenie się
   Kurs starości
   Poczucie krzywdy
   Sprawiedliwość w stosunku 1/2
   Asertywność a wykorzystywanie
   Skuteczne przepraszanie
   Tak się nie chce!
   Motory napędowe
   Jak lubić siebie
   Codzienność przykra czy fajna
   Recepta na sukces?
   Recepta na porażkę
   Poznać swoje pragnienia
   Miłość nieszczęśliwa
   Rozkochiwanie
   Urabianie faceta
   Urabianie faceta - błędy
   Urabianie kobiety
   Urabianie kobiety - rozpieszczanie

   
 
     

Leszek Kołakowski - O Bogu



Wielcy myśliciele religijni nieraz nas tak uczyli: kiedy o Bogu mówimy, nie wiemy, o czym, o kim mówimy. Mówić łatwo, bo wykształciła się ta moda przez liczne wieki i osiadła w naszych zasobach kulturalnych, ale chwila zastanowienia wystarcza, by sobie to właśnie z przykrością uprzytomnić: nie wiemy naprawdę, o czym, o kim mówimy

Największa trudność jest taka oto. Czytamy w Biblii o Bogu, który prarodziców w raju upomina, Noemu polecenia wydaje, z Abrahamem przymierze zawiera, do Mojżesza przemawia. Tak mówi jak Pan, władca, monarcha. Ale od teologów dowiadujemy się - jakoby na podstawie rozbioru tejże Biblii - że jest to Byt bezczasowy, nieskończony, wszechmocny, wszechwiedzący, wszystkie rzeczy przez siebie samego znający, nigdy z zamkniętości swojej nie wychodząc, że jest Bytem wszystkiego.
To wszystko łatwo nam powiedzieć, bośmy przywykli, ale my tego nie pojmujemy naprawdę. Nie wiemy, co to znaczy poza czasem przebywać, całą przeszłość i przyszłość w wiecznej teraźniejszości swojej unosząc.
Nie wiemy, co to znaczy wszechmoc, i spierali się o to nieraz teologowie (w greckich symbolach wiary zwą Go pantokrator, jakby władca czy rządca wszechrzeczy, a to łatwiej zrozumieć niż łaciński odpowiednik: omnipotens). Nie wiemy, co to znaczy świata stworzenie z nicości. Nie wiemy też, co to jest wszechwiedza, wszechobecność, toższamość istoty i istnienia, Trójca Święta.

To prawda, w nauczaniu chrześcijańskim zawsze było obecne wyznanie tajemnicy: w kanonach I Soboru Watykańskiego czytamy przecie, że wyklęty ma być ten, co by rzekł, że w objawieniu nie ma tajemnic w sensie właściwym, lecz wszystkie dogmaty dają się rozumem pojąć i udowodnić. Prawdą jest także, że tajemnic dziwnych spotyka nasz umysł o wiele więcej, niż o tym teologia i Pismo mówią, że dość się skupić trochę, aby zobaczyć, że najprostsze na pozór rzeczy i zdarzenia, w doświadczeniu codziennym zastane, mogą obudzić poczucie tajmenicy niezgłębionej: czas, wolność, istnienie, przestrzeń, przyczyna, świadomość, materia, liczba, miłość, "ja", śmierć. Różnica między tymi dwoma rodzajami tajemnic polega na tym, że tajemniczość tych ostatnich może do nas w ogóle nie dotrzeć, że możemy poprzestać na obracaniu tymi pojęciami w granicach zdrowego rozsądku, a nawet postanowić, że żadnej tajemnicy tu nie ma, bo fizycy i chemicy już wszystko wytłumaczyli.

A chociaż można podobnie o Bogu mówić, po prostu bez zastanowienia, to jednak tutaj tajemnica ujawnia się od razu, na powierzchni, a ponadto człowiek wierzący może być w każdej chwili wyzwany do składania rachunku: "a skąd ty wiesz, że Bóg istnieje?", podczas gdy pytanie, "co to jest czas?", rzadko się pojawia w powszednich kontaktach ludzkich, a i przyznanie się do niewiedzy nikogo nie kompromituje ani ambarasuje.

A ta właśnie tajemnica należy do najokrutniejszych: jakże to jest możliwe, aby absolut był zarazem osobą - nieskończenie od nas wyższą, większą, lepszą, ale jednak osobą w takim samym sensie jak każdy z nas? Czy możemy dopuścić myśl, że Byt Parmanidesa, znieruchomiały w samotożsamości swojej, uczył Noego szczegółow, jak ma arkę zbudować? Że bezczasowe Jedno platoników tłumaczyło Hiobowi jego sprawy, kazało ludziom, by nie pobierali procentu od pożyczek, nie jedli zajęcy i krabów, nie zaprzęgali jednocześnie osła i wołu do pługa? Gdy się o tym myśli, pokusa nachodzi, żeby odróżnić, wzorem niektórych gnostyków, starotestamentowego Jahwe od prawdziwego miłującego Boga albo, jak mistrze Eckhart, Boga-osobę od bezdennej, bezimiennej otchłani Boskości.

Chrześcijaństwo ułatwia nam sprawę i łagodzi dyskomfort, a to dzięki osobie pośrednika, dwojga natur Jezusa Chrystusa, który jest prawdziwym Bogiem chrześcijan: w odróżnieniu od Ojca imię jego jest nam znane, znane jest jego życie i nie wątpi nikt chyba, że prawdziwie po ziemi chodził, do Ojca swego w niebiosach się modlił i naukę swoją ludziom głosił. Wcielenie Boga, synostwo boże i Trójca należą wprawdzie do najbardziej zagadkowych części korpusu doktrynalnego chrześcijaństwa, ale w obliczu tego jezusa, którego z Ewangelii znamy, możemy o tajemnicach i zawiłościach teologicznych zapomnieć. Jezus nas z teologii egzaminować nie będzie, on kocha nas z wszystkimi naszymi ułomnościami i nędzą, chce, byśmy jego kochali, i każe nam do Ojca się modlić. Reszty dowiemy się może na drugim brzegu, a może i tam nie.

O zawiłościach teologicznych zapomnieć można, ale o sprawie Boga-stworzyciela zapomnieć niepodobna. Nie jest wprawdzie wiarygodne mniemanie, że wszyscy "ideę" Boga w duszy z przyrodzenia nosimy, bo gdyby tak było, istnienie ateistów byłoby niepojęte: wiarygodne jest jednak, że zarówno myśl nasza, gdy usiłuje pretensjonalnie całość byty ogarnąć, jak też nasza wola ładu i pragnienie sensu instynktownie niejako poszukują tego, co jest zarazem zwornikiem i korzeniem bytu i do bytu wprowadza sens.
Wielu o tym mówiło, wielu ateistów także o tym wiedziało, Nietzsche wśród nich: ład i sens są z Boga, a jeśli zaprawdę Bóg umarł, to na próżno wmawiamy sobie, że sens może ocaleć; obojętna próżnia wysysa nas i unicestwia, nic z życia i trudu naszego nie ocaleje, żaden ślad nie zostanie po nas w bezsensownym tańcu atomów, wszechświat niczego nie chce, do niczego nie dąży, o nic się nie troszczy, nie naradza ani karze. Kto mówi, że Boga nie ma i jest wesoło, sobie kłamie. Chociaż więc wiara w Boga przechowuje się w ciągłości kultury, chociaż dochodzi do wyrazu w ogromnej rozmaitości słów i obrazów, wszystkie z nich znaczone przypadłościami naszego doczesnego istnienia, to jednak Bóg nie jest tymczasowym porduktem zmiennych i przygodnych okoliczności kulturalnych, ale jest miejscem, które trwale przyciąga Rozum, Imaginację i Serce. Jest On tym, który nie ma racji poza sobą i co do którego nie można sensownie pytać: "a kto Boga stworzył?" albo "po co Bóg istnieje?".

Bóg, który sens w byt wprowadza, musi być osobą, a żeby osoba była absolutem, jest to, powtórzmy, zagadka porażająca i niedocieczona. Lecz i tego nie dosyć. Musi być ponadto nosicielem i rozdawcą Dobra. Zło ludzkie i cierpienie miały być przez wieki świadectwami przeciwko dobremu Bogu i przez wieki tłumaczyli obrońcy wiary, że nie są takimi świadectwami: to, co z naszej woli się dzieje, powiadali, jest nieuchronnym skutkiem wolności naszej, która sprawia, że mamy moc przeciw Bogu się buntować i wszystkie Jego przykazania łamać, a bez tej wolności nie bylibyśmy ludźmi. Cierpienie zaź, którym sama Natura nas nęka, mówiono, jest karą sprawiedliwą za nasze grzechy; wyjaśnienie to wydawało się jednak zawsze sceptykom bez siły, jako że rozkład cierpienia naturalnego najoczywiściej nie ma nic wspólnego z rozkładem i ciężarem grzechów, jakie popełniamy.
Można było jednak inaczej rozumować, by tę sprawę rozjaśnić: Bóg, gdy świat fizyczny do bytu powołał, wyposażył go w pewne prawa czy regularności, które działają samoczynnie, nie mają moralnych względów i których wynikiem jest m.in. cierpienie fizyczne ludzi. A czy nie mógł inaczej świata zbudować?, pytają. Gdyby świat nasz nie podlegał żadnym prawom fizyki, lecz był nieskończoną masą cudów, za których pomocą Bóg chroniłby nas w każdej chwili przed cierpieniem, nie byłby to świat materialny w jakimkolwiek znaczeniu. A czy mógłby być rządzony prawami, a jednak nic złego nam nie czynić? Nie mamy co do tego pewności i wyobraźni nam brakuje, by sobie taki świat przedstawić.

Domyślamy sie wszelako, że Bóg nie jest w tym sensie wszechmocny, by mógł wszystko ze wszystkim w dowolnych układach połączyć i zostawić nas wśród praw natury, co by same czuwały nad naszym dobrobytem i szczęściem. Pewnie Bóg też musi płacić jakąś cenę za wszystko, co czyni. Prawdą też bywa, że cierpienie ma moc oczyszczającą: nie każde jednak, nie zawsze, nie u każdego. Chrześcijaństwo każe nam wierzyć, że jest sens w każdym cierpieniu, chociaż nie ożemy tego zobaczyć, powinniśmy tedy ufać Bogu z góry, bez kalkulacji, przyjmować bez buntu i bez rozpaczy los nasz, nad którym nie mamy władzy.
Błogosławieni ci, u których wiara taka jest niezachwiana.

A może Bóg jest po prostu zły, może Szatan świat stworzył i nad nim panuje? Byli tacy, co tak właśnie wierzyli, a kaznodzieje, którzy zostawili nam szczegółowe opisy piekła, zdawali się w to wierzyć, chociaż tak nie mówili. Lecz jest dobro na świecie, chociaż nie mamy narzędzi, by stosunek jego masy do masy zła i cierpienia wymierzyć. Jest miłość, przyjaźń, miłosierdzie, poświęcenie i przebaczenie. Jest także Piękno i Rozum, jest sztuka, literatura, matematyka, muzyka, niezwykłe działa techniki. Jest także taka rzecz jak radość istnienia. Jest Dobro, a nie byłoby go, gdyby złośliwy demiurg rządził światem. Dlatego, gdybybśmy sprawę istnienia lub nieistnienia Boga rozstrzygali przez odwołanie się do obecności Dobra i Zła w świecie takim, jaki jest, Dobro o wiele silniej przemawiałoby za dobrocią Boga aniżeli zło i cierpienie za tym, że jest On zły: nie dlatego, by dobra było więcej niż zła, ale dlatego, że gdyby Bóg był zły, nie byłoby dobra wcale, lecz tylko wieczny ogień w infernalnym mroku.

Ludzie cierpieli zawsze, ale zdaje się, że dopiero w naszych czasach cierpienie stało się tak oczywistym, tak nieopartym argumentem przeciwko Bogu. Czy jest go więcej, niż było, nie wiemy, ale pewnie czujemy je dotkliwiej: każde cierpienie wydaje nam się niesprawiedliwe (co jest raczej wynikiem, nie zaś przyczyną naszej niewiary). A może Bóg - na co są dobre argumenty w Biblii - jest bardziej do nas podobny, czasem dobry, czasem zły, ale jednak nigdy tak zły, by grzeszników na wieczne męczarnie posyłać? A co do owej niepojętej otchłani boskości, w którą lepiej nie próbować zaglądać, to atrybuty zła i dobra nie stosują się do niej.




   



okno filozofia
 
   

można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:


podpis: S.
Kris. I prawie mogę się zgodzić z Kołakowskim w sposobie rozumowania.
Z tym, że jednak u podstaw tkwi założenie, że przekazy religijne są prawdziwe - a tego nie przyjmę. Kołakowski zakłada świętość pism - ja przypisuję je ułomnym ludziom.

Niemniej można brać przykład z Kołakowskiego w unikaniu przyjmowania gotowych odpowiedzi. Gdyby jeszcze wzbudził w sobie (wtedy) wątpliwość do do świętości pism...

podpis: Kris
W który miejscu ?

podpis: S.
Prowokujesz!

\"Czytamy w Biblii o Bogu, który prarodziców w raju upomina, Noemu polecenia wydaje, z Abrahamem przymierze zawiera, do Mojżesza przemawia. Tak mówi jak Pan, władca, monarcha.\"

Otóż Kołakowski sygnalizuje niemożność ogarnięcia zapisów biblii (słusznie) - ale nie śmie potraktować świętej księgi jako zbioru mitów - służących kapłanom przede wszystkim starożytnym do utrzymywania ludu w bojaźni bożej.
Gdyby śmiał potraktować biblię jako mitologię żydowską - części tajemnic by nie było.
Co wcale nie znaczy, że istota boga stała by się bardziej zrozumiała.

podpis: Kris
Jak każdy porządny naukowiec wskazuje źródła i tyle, w artykule owszem opowiada krytycznie o Bogu chrześcijan i nigdzie nie mówi, że to co napisane w księgach jest święte czytaj jest dogmatem itd.

podpis: S.
Ogarnięcie zapisów Starego Testamentu jest bardzo proste - bo każda przypowieść dobrze się wpasowuje we wzór mitu stworzonego na potrzeby kapłanów.
Kołakowski mimo swojego niewątpliwego umysłu pomija taką możliwość.
Dlaczego?
To wykluczyło by go ze społeczności chrześcijańskiej - która uważa biblię za swiętą.
O.K. Mogę przyjąć, że Kołakowski sam nie traktował pisma jako świętego - ale nie odważył się publicznie przyznać.
Co właśnie prowadzi go do tej gimnastyki intelektualnej zasłaniania tajemnicą niedorzeczności zapisów pisma.

podpis: Kris
\"O.K. Mogę przyjąć, że Kołakowski sam nie traktował pisma jako świętego - ale nie odważył się publicznie przyznać.
Co właśnie prowadzi go do tej gimnastyki intelektualnej zasłaniania tajemnicą niedorzeczności zapisów pisma.\"

Nie odważył, albo nie chciał. To, że Tobie pasuje wszystko do wzorów mitów itp. nie oznacza, że jest to dowód na to że pisma nie wskazują na jakieś prawdy objawione. Tu jest właśnie różnica.
Właściwie nie wiem czy Kołakowski był chrześcijaninem, nie czytałem żeby się kiedyś tak zdeklarował, mówił tylko, że jest zaprzyjaźniony z chrześcijaństwem, ale również np. z buddyzmem.

podpis: S.
Ja też nie jestem specjalnie zainteresowany rzetelną krytyką Starego Testamentu (chociaż byłoby co krytykować) - bo nie widzę pozytywnych skutków takiej krytyki. To raczej doprowadziło by do radykalizacji poglądów a nie do większego zrozumienia na linii teiści-ateiści.
Kołakowski mógł stać na podobnej pozycji.
Jednak jeśli wywody miały by mieć charakter uniwersalny, a nie chrześcijański - to trzeba by wykazać wstrzemięźliwość w przyjmowaniu zapisów pisma (właśnie o tym pisałem w "Bóg jeśli istnieje").
Więc uważam, że Kołakowski przeprowadza wywód na gruncie religii chrześcijańkiej.
Co nie jest złe. Bo rozszerza horyzonty osobom wyznającym tą religię. Ale dla agnostyka wywody są zbyt zawężone, by można było ustosunkowywać się swobodnie.

podpis: Kris
Z tym, że wnioski są właściwie dosyć bliskie agnostyzmu. Nie da się udowodnić czy Bóg jest czy nie. Źródłem myslenia o Bogu jest poszukiwanie sensu świata, co samo w sobie nie stanowi żadnej przesłanki do istnienia czy nieistnienia Boga.
Jedyne co jest istotne to to, że faktycznie bez Boga nie ma ładu i sensu. I tu możemy dojść do zakładu Pascala.

Ale z tego co pisałeś właściwie wynikałoby, że nie jesteś agnostykiem ale teistą, który po prostu wierzy w inaczej przedstawionego Boga. (cały tekst HIPOTEZY - BÓG JEŚLI ISTNIEJE). Rozumiem, że są to hipotezy ale czym one się różnią od wiary ?

podpis: S.
:)))
Hipotezy tym różnią się od wiary, że jest ich więcej niż jedna. Mam też hipotezy zupełnie ateistyczne.
Na szczęście nie są sprzeczne jeśli idzie o wnioski końcowe.

podpis: ZAQ
W temacie wiary.
Założenie istnienia świata bez Boga jest o wiele bardziej abstrakcyjne niż istnienie świata z Bogiem.

podpis: S.
Niekoniecznie.

podpis: Robo
e-mail: robofh@wp.pl
Hipotezy zakładają potrzebę ich realizacji, przeprowadzenia dowodu. Wiara jako taka już tego nie potrzebuje - po prostu się wierzy i do istnienia tej wiary żadne potwierdzenia nie są potrzebne. Dlatego też sam fakt dyskutowania na temat Pisma już jest pójściem w kieruntu tworzenia hipotez. Kołakowski według mnie (tu się z eSem zgodzę) sam ogranicza się słowem pisanym w Biblii, przyjmując je właśnie \"na wiarę\". Ale stara się potem budować na tej wierze analizy naukowe, co według mnie jest od samego początku brnięciem w ślepy zaułek - na takich fundamentach żaden dom długo nie ustoi. Aksjomaty dobre są w matematyce, w tak skomplikowanej kwestii jaką jest religia tylko zaciemniają obraz, bo zakładają, że nie wolno dyskutować na pewne tematy - wtedy zaś taka dyskusja jest niepełna i nie tworzy niczego nowego.