powrót

NARCYZM SZCZĘŚLIWY

Chcę wziąć w obronę narcyzm. Bo utarło się przekonanie, że narcyzy są tak zapatrzeni w siebie, że nie widzą nic innego.

Ogólnie miłość jest pozytywna więc dlaczego miłość narcystyczna miała by być zła z założenia?
Jak każda miłość - może być zła i może być dobra.

Bo rozróżniam miłość narcystyczną szczęśliwą i nieszczęśliwą.
Można się kochać w sobie szczęśliwie, ale może być sytuacja, że miłość do siebie jest źródłem niedobrych emocji i rozpaczliwego ograniczenia.

Miłość do siebie jest szczęśliwa wtedy, gdy jest na dobre i złe. Nie sztuka kochać siebie młodego, ładnego, bogatego, podziwianego i farciarza. Ale kochać siebie brzydkiego, biednego, chorego, starego lub pechowca to coś więcej. To szczęście które mało co może zmącić.

Jeśli ktoś kocha siebie tylko kiedy mu się wiedzie, to jasne jest, że gdy przestaje się wieść zaczyna być nieszczęśliwy. Tęskni do tego lepszego wcielenia i robi wszystko, żeby móc być takim jakim siebie kocha.
No i wtedy rzeczywiście dąży do tego nie zważając na otoczenie.
A gdy mu się to udaje, to przez cały czas stara się dbać o siebie, żeby broń boże gdzieś mu się nie zapodziało jego ukochane wcielenie.
Nawet jeśli jest szczęśliwy, to mąci mu to obawa, że może się to nagle skończyć.
Nie dziwi więc to rozpaczliwe ograniczenie: JA, JA, JA...

Natomiast Narcyz zakochany w sobie szczęśliwie nie ma takich dylematów. Bogaty czy biedny, ładny czy brzydki, podziwiany czy nie - jest szczęśliwy, że może być ze sobą. I tym szczęściem potrafi się dzielić - tak jak każdy zakochany.
Nie obawiając się, że straci swoją miłość (bo się kocha w każdej sytuacji) może czerpać dodatkową radość z dzielenia się z innymi. To jeszcze mu przysparza miłości do siebie.

Osoby które siebie nie kochają a tylko tolerują są bliskie Narcyzom zakochanym nieszczęśliwie. Też potrafią się cieszyć z siebie jedynie w chwilach dobrej passy.
Więc mimo tego, że nie mają tego zapatrzenia w siebie - jako koledzy, przyjaciele lub osoby pomocne są dużo mniej efektywni od Narcyzów szczęśliwych. Taki pomoże, ale nosi w sobie tą obojętność i pomoc nie jest wypełniona radością pomagania tylko poczuciem obowiązku lub skłonnością do poświęceń.

Narcyz szczęśliwy pomoże chętnie - bo to mu jeszcze poprawia własny wewnętrzny wizerunek, poprawia samopoczucie. Chociaż robi to głównie dla siebie to korzyść ma całe jego otoczenie.
To samo jeśli chodzi o obcowanie z Narcyzem szczęśliwym. Wcale nie musi akcentować swojej wyższości bo potrafi kochać siebie bez adoracji zewnętrznej.
Może się zdarzyć, że przynudza o sobie - ale za to jest pogodny i dobrze życzy otoczeniu. No cóż, tak jak każdy szczęśliwie zakochany.

Uważam, że omawiając zjawisko narcyzmu za mało akcentuje się obie strony narcyzmu. Psychologia wydaje się nie zauważać narcyzmu szczęśliwego - skupiona na narcyzmie nieszczęśliwym. To samo się dzieje w życiu potocznym.
Co w końcu doprowadza do uznania narcyzmu jako stanu upośledzenia.

A narcyzm powinno się propagować - byle ten szczęśliwy!

Ja jestem Narcyzem czego i innym życzę.



      
strona główna
strona główna 
     

DEFINIOWANIE OCZYWISTOŚCI:
   Definicja szczęścia
   Definicja miłości
   Definicja życia
   Wiara i nadzieja
   Definicja głupoty
FAŁSZYWE STEREOTYPY:
   Naiwność
   Naiwność z ograniczonym zaufaniem
   Znieczulica
   Pierwsza wymówka
   Różnorodność i tolerancja
   Narcyzm szczęśliwy
   Pozytywne strony negatywnych uczuć
   Rywalizacja
   Pieprzeni humaniści
ŚWIATOPOGLĄDOWO:
   Życie po życiu
   Sens życia
   O raju
   śmierć dobra albo zła
   I powstał Bóg
   Bóg jesli istnieje
   samobójstwo
WIELKIE MAŁE PROBLEMY:
   Starzenie się
   Poczucie krzywdy
   Sprawiedliwość w stosunku 1/2
   Asertywność a wykorzystywanie
   Skuteczne przepraszanie
   Tak się nie chce!
   Motory napędowe
   Jak lubić siebie
   Codzienność przykra czy fajna
   Recepta na sukces?
   Recepta na porażkę


 mapa strony
   
można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:


podpis: efka
e-mail: efkakrzyzanowska@wp.pl
narcyzm moim zdanie to nie jest zjawisko pozytywne, gdy ktoś jest narcyzem to uważa, że jest naj: piękniejszy. mądrzejszy, wszystko robi lepiej, a to co nazywasz narcyzmem pozytywnym to po prostu akceptowanie siebie co nie jest narcyzmem nieszczęśliwym

podpis: S.
e-mail: cepelin@aster.pl
Zupełnie świadomie używam określenia Narcyz. Akceptacja siebie to jedno - a miłość do siebie to jednak całkiem coś innego.
Narcyz pozytywny nosi w sobie wszystkie cechy zakochanych - lubi mówić o obiekcie swoich uczuć, potrafi się cieszyć z obcowania z obiektem uczuć, dzieli się swoim szczęściem i kocha bez względu na głosy otoczenia.
Tego sama akceptacja siebie nie zapewni - do tego trzeba być Narcyzem.

podpis: efka
e-mail: efkakrzyzanowska@wp.pl
pomyliłam się w ostatnim wersie, chciałam napisać, o narcyzmie negatywnym

podpis: niewdziosek
Ważna jest tu sprawa procentów - dystrybucji swojej miłości. Jeśli 100% miłości idzie w kierunku własnej osoby to jest to czysty narcyzm, bez domieszek - i to jest stan raczej niespecjalnie pozytywny.

podpis: N.
--- sory, wyciąłem tą wymianę zdań z niewdzioskiem bo było mielenie obok tematu --- S.

podpis: S.
Och te skrajności.
Jeśli jakakolwiek miłość jest skierowana w 100% na jedyny obiekt - to też będzie patologiczna. Czy ktoś kocha tylko wyłącznie matkę, tylko wyłącznie Boga, tylko wyłącznie swojego partnera - mając dla całej reszty obojętność i lekceważenie - to wiadomo, że nie da się z nim wytrzymać.
Tematem nie miała być miłość patologicznie jednokierunkowa tylko miłość do siebie.
A narcyzm nieszczęśliwy to nie miał być ten na 100% (bo to patologia) tylko ten nastawiony na swoje idealizowane wcielenie.

podpis: Zdzichu
Ale tu fajnie, ciesze się że ktoś podjął ten temat. Po serii zakochań uznać muszę że teraz kiedy się za nikim nie oglądam jest to nafajnieszy okres życie z jakim miałem do czynienia. I nie jestem pewien czy nazwał bym się narcyzem ale jak byłem młodszy to zastanawiałem się nad tym pojęciem.
Że właściwie to my wszystko robimy dla siebie, i mogą się ludzie z tym nie zgadzać i bić i po tyłku ale tak chyba jest. Bo od siebie to ty panie nie uciekniesz.
Nawet jak coś pozornie robimy dla innych np kiedy kierujemy się współczuciem, to pomagamy dla siebie, bo nie jesteśmy w stanie znieść myśli że przyjaciel głoduje. Ale wiadomo że do ludzi ostre przykłady przemawiają, to nawet jakby ktoś miał życie oddać za ukochaną osobę to robi to dla siebie bo wie że nie zniósł by egzystencji bez niej.
A co do tej miłości, jak siebie nie potrafiłbym pokochać, to bym uznał że już lepiej żyć w doniczce niż do ludu z miłością.
Ale nas się tępi, kariera tak, zdobywanie umiejętności i sławy domowi tak, ale użyj pan zwrotu miłość do siebie to zboczeńcem dostaniesz w twarz, to chyba też jeszcze spadek po mentalności religijnej, gdzie człowieka odgania się od takich myśli kieruje do boga, jakiś abstrakcji, ogranicza intelektualnie, bo co z mądrej głowy wyjdzie to zawsze chce kościół niszczyć.

podpis: S.
E, raczej nie kościół, bo kościół sam głosi: kochaj bliźniego jak siebie samego.
To raczej złą opinię robią Narcyzy nieszczęśliwe - bo ci domagają się skupienia uwagi na nich, stale w centrum i po trupach.
Tyle, że zamiast darzyć ich taką niechęcią właściwie należało by ich żałować. Bo oni naprawdę mają przesrane.

podpis: Zdzichu
Ależ kościół jak najbardziej, może nie ten ze wschodu bo to bardziej filozofia niż kult. Ale ten katolicki, gdzie w człowieku nie ma za bardzo nic ciekawego i od człowieka za dużo się nie oczekuje stąd moralność negatywna (zasady moralne ale tylko w formie zakazów)

podpis: N.
[próbowałam się powstrzymać, ale jednak jeszcze trochę pomielę ;)]
Zdzichu, spłycasz. Żadna religia (przynajmniej z tych większych) nie piętnuje zdrowo pojmowanej miłości do siebie. To LUDZIE interpretują pewne rzeczy po swojemu, przekręcają, a w efekcie ograniczają i tępią. I przynależność do kościoła nie ma tu nic do rzeczy. A Ty uogólniasz i jedziesz po stereotypach. Ała...
Poza tym, chciałam jeszcze wrócić do tej samoakceptacji. Tak czuję, że efka ma trochę racji. Zależy jak rozumieć akceptację. Wg mnie jest tak: akceptacja to coś więcej niż tolerancja. Tolerancja to bylejakość - nie ma w niej silnych uczuć: ani negatywnych, ani pozytywnych. Ale samoakceptacja to już bycie szczęśliwym w relacji z samym sobą, niezależnie od 'wcielenia' - lubienie siebie, podobanie się sobie takim, jakim się jest, wiara i zaufanie do samego siebie, generalnie masa pozytywnych emocji wobec siebie. Stąd już blisko do miłości.
No i jak dla mnie nazewnictwo to sprawa drugorzędna - szczęśliwy narcyzm, samoakceptacja - nieważne. Ważne, że taka miłość do samego siebie 'na dobre i na złe' jest w porządku i potrafi dużo dobrego zdziałać. To tyle. Kropka.

podpis: Zdzichu
Tego o czym tu mówimy? Miłość narcystyczną potępia cały świat pewnie oprócz części ludzi pod tym artykułem i jakieś sekty z Australii.
Religia nie stawia na rozwój człowieka. Człowiek z założenia jest zły a jedynie ma zdolność do dobra. To nie jest dobre stanowisko dla narcyzów które w pewnym sensie będą na sobie kończyć, nie zamykać się przed światem o czym mówi psychologia.
Właściwie to zgodzę się z tobą panno N :) że to kwestia nazewnictwa. Narcyz pozytywny będzie podkreślał rolę świadomości, bo od własnego ja nie uciekniemy, ale to coś więcej niż akceptacja. Bo ten zdrowy narcyz chyba nie wiąże się w pary.

podpis: S.
N. - tak, akceptacja to więcej niż tolerancja - ale mniej jednak niż miłość.
Dlaczego się tak upieram przy tym rozumieniu?
Bo alternatywą dla narcyzów zakochanych nieszczęśliwie (zamiast jakiejś terapii odkochującej) może okazało by się przekonanie ich do narcyzmu szczęśliwego. Może to mogło by się udać?
A przekonywanie narcyzów do samoakceptacji???... Dziwne.

podpis: N.
Hmm... Racja, z tej perspektywy to rzeczywiście ma sens - przekonałeś mnie :)
(już wiem gdzie mój tok myślenia skręcił w inną stronę: samoakceptacji bardzo blisko do narcyzmu szczęśliwego, ale bardziej w odniesieniu do ludzi, którzy w ogóle siebie nie kochają - wtedy jest ona etapem na drodze do miłości)

podpis: moniax
narcyz poprostu akceptuje siebie takim jakim jest;) jest zadowolony z siebie.

podpis: S.
Aż mi głupio za mój upór - ale to znów nieuprawnione uproszczenie.

podpis: mrowka
czy narcyz szczęśliwy to nie jest po prostu ten, kto chce być szczęśliwy i do tego cały czas dąży (ale nie kosztem innych, tylko przez własny rozwój)?

podpis: S.
To trąci niepotrzebnym idealizmem (chociaż o to chodzi). Ważne by kochać siebie do tego stopnia, żeby nie zadręczać otoczenia nieustanną chęcią potwierdzania swojej wyjątkowości.

podpis: Robo
e-mail: robofh@wp.pl
Ale czasami chyba można tą wyjątkowość potwierdzić?
Ot tak dla dobrego samopoczucia, nie po to żeby siebie przekonywać o własnej wyjątkowości, tylko dlatego, że to potwierdzenie jest pochodną własnego szczęśliwego narcyzmu?

podpis: mrowka
to może niepotrzebnie upraszczam. Ale w sumie jeśli ktoś kocha siebie, to jest świadomy własnej wartości - i nie musi za bardzo szukać potwierdzenia w oczach innych, przynajmniej nie często. źródło radości zawsze gdzieś sobie znajdzie...

podpis: S.
No i zgoda - pod warunkiem właśnie, że ta miłość jest na dobre i złe (bo narcyzy nieszczęśliwe muszą wciąż szukać potwierdzenia).

podpis: Aga
e-mail: Agaf777@wp.pl
A czy w tym całym narcyźmie nie chodzi po prostu o to, że aby być szczęśliwym, żeby wiedzieć co to znaczy i żeby móc dawać szczęście innym trzeba po prostu potrafić być szczęśliwym, przynajmniej lubić siebie, cenić i podziwiać;
Zacząć od siebie i wyjść na zewnątrz;
Skupiając się na innych, samemu nie będąc szczęśliwym, poświęcając się w imię czegoś; Czy to rzeczywiście będzie dla nas dobre? Można tak nawet przeżyć całe życie, ale powstaje wtedy pytanie, czyje ono będzie; Innych czy nasze? Uczą nas, żeby robić dla innych, myśleć o innych itd.
Dobrze, róbmy tak, ale nie pomijając w tym wszystkim siebie. Dajmy sobie moralne prawo postawić się na pierwszym miejscu. Gdy będziemy się czuć pełni, gdy sami siebie będziemy akceptować i lubić to wtedy nie będziemy czuć potrzeby krzywdzić innych, poniżać kogoś, dowartościowywać się kosztem innych bo po prostu nie będzie to nam potrzebne.
Bo po co?

podpis: LALUNIA
JA też jestem narcyzem

 
powrót