główna binaria przeszłość teraz teoria kabaretu publicystyka porady dla początkujących prywatnie filozofijki linki

ramka
 
DEFINIOWANIE OCZYWISTOŚCI:
   Definicja szczęścia
   Definicja miłości
   Definicja życia
   Wiara i nadzieja
   Definicja głupoty
   Przyjaźń
   Definiowanie wolności

FAŁSZYWE STEREOTYPY:
   Naiwność
   Naiwność z ograniczonym zaufaniem
   Znieczulica
   Pierwsza wymówka
   Różnorodność i tolerancja
   Narcyzm szczęśliwy
   Pozytywne strony negatywnych uczuć
   Rywalizacja
   Pieprzeni humaniści
   Na cholerę Zło
   Nic lepszego od demokracji?
   Filozofia, logika i inne

ŚWIATOPOGLĄDOWO:
   Życie po życiu
   Sens życia
   O raju
   Śmierć dobra albo zła
   I powstał Bóg
   Samobójstwo
   Wojna
   W sprawie aborcji
   O grzechu
   Grzech pierworodny

WIELKIE MAŁE PROBLEMY:
   Starzenie się
   Poczucie krzywdy
   Sprawiedliwość w stosunku 1/2
   Asertywność a wykorzystywanie
   Skuteczne przepraszanie
   Tak się nie chce!
   Motory napędowe
   Jak lubić siebie
   Codzienność przykra czy fajna
   Recepta na sukces?
   Recepta na porażkę
   Poznać swoje pragnienia
   Miłość nieszczęśliwa
   Rozkochiwanie
   Urabianie faceta
   Urabianie kobiety

   
 
   

SAMOBÓJSTWO



Jakoś nie mogę się przekonać do kanonów naszej kultury dotyczącej śmierci - a szczególnie śmierci dobrowolnej.
O ile oddanie swojego życia dla kogoś innego traktowane jest jako szczytne, odważne i szlachetne - to dobrowolne zakończenie życia dla siebie samego już odbierane jest negatywnie.

Poświęcanie życia dla kogoś innego jest piękne i wzniosłe, ale jednocześnie rzadko kiedy jest w tym wyraźny sens. Szlachetny człowiek umiera za zwykłego, banalnego - rachunek słabo się zgadza. Wielki gest, który jest przede wszystkim wzniosły. To prawda, że przez to świat staje się piękniejszy a ludzie jako gatunek szlachetniejsi.
Prostsze to i bardziej medialne niż codzienne starania. Więc robi większe wrażenie i łatwiej poprawia urodę świata.

Zakończenie życia dla samego siebie już traktowane jest z największą podejrzliwością i posądzane o tchórzliwą ucieczkę przed życiem. Jasne, że to bywa prawdą. Wiele samobójstw zdarza się z powodu rozpaczliwej nieumiejętności poradzenia sobie z własnym życiem.

Ale nie można wrzucać wszystkiego do jednego worka. Kultura starożytna traktowała samobójstwo jako jeden ze sposobów zakończenia życia - i nikt się w tym nie dopatrywał tchórzostwa.

W naszej kulturze samo podejrzenie myśli samobójczych u innych wywołuje podświadomą panikę i chęć zapobieżenia. Cóż, takie wychowanie - trudno mieć pretensje. Potencjalny samobójca nie będzie raczej miał okazji do porozmawiania o swoich planach - bo spotka się z reakcją histeryczną lub co najmniej nerwową. A samobójcy akurat rozmowa może być potrzebna. Myślę, że wielu samobójców mogło by przynajmniej poczekać z decyzją gdyby mieli okazję rozmawiać w miarę spokojnie o swoich zamiarach.
Ale ta histeria wokół samobójstwa raczej wyklucza spokojne podejście i szacunek dla woli przyszłego samobójcy.

Samobójstwa zdarzają się z dwóch powodów: zbyt dużej ilości bólu do zniesienia lub bardzo szarych perspektyw dalszego życia. Z bólem jest tak, że czasem da się go jakoś zagłuszyć a czasem nie. Ale nikt nie powinien nazywać cierpiącego człowieka tchórzem i głupcem - tylko dlatego, że ból był nie do zniesienia.
Natomiast czarne lub szare perspektywy życia też są zupełnie dobrym powodem, żeby nie ciągnąć tego dalej. W momencie kiedy życie staje się nieciekawe i przykre nie ma powodu, żeby psuć sobie wrażenia, ciągnąc je do „usranej śmierci”.

Problemem samobójców bywa właściwa ocena czy życie stało się nieciekawe i przykre. Czy to czasowa depresja czy stan permanentnie spadkowy? A naprawdę można się samemu oszukać. Bywa, że życie maluje się w tak szarych barwach, że nic nie wydaje się atrakcyjne. A to niekoniecznie musi być prawda.
Lecz niestety, potencjalny samobójca ma małe szanse na otwartą rozmowę i skorzystanie z mądrości otaczających go ludzi. Musi samotnie decydować czy już pora zakończyć życie.

Więc ja preferuję samobójstwo dwustopniowe.

Jeśli życie nie proponuje już w perspektywie żadnych pozytywów - nie ma co się śpieszyć z decyzją ostateczną. Samobójstwa najpierw należy dokonać na dotychczasowym życiu - rzucić wszystko: wykształcenie, dorobek, znajomych, nawet i rodzinę. No trudno! Jeśli już ktoś dojrzał do decyzji o samobójstwie - to niech najpierw ma okazję zobaczyć jak to wszystko zniknie.
Od tego co zobaczy niech zależy jego dalsza decyzja. Przynajmniej nie będzie decydował pod wpływem ciężaru codzienności i drobnych żali do życia. Odsunięcie dotychczasowego życia na dużą odległość da okazję do spokojnego zastanowienia się nad słusznością ostatecznej decyzji.

Decyzja o samobójstwie z powodu zbyt szarych perspektyw może być wywołana zwykłą depresją i byłoby nierozsądnym ulegać temu wrażeniu bez nabrania odpowiedniego dystansu.
Kolejnym argumentem za dwustopniowym samobójstwem jest okazja do oczyszczenia się z żali do życia i ludzi - dzięki temu można odejść w spokoju, a nie będąc szarpanym w ostatniej chwili przez rozterki i pretensje.

Samobójcy ze świadomego wyboru powinni odchodzić samotnie ale w zgodzie ze światem. Inaczej sobie tego nie wyobrażam.

rysunek P.S. (czyli dopisane później)
Sam zacząłem się zastanawiać czym jest (powinien być) szacunek dla przyszłego samobójcy - bo odwodzenie od zamiarów śmierdzi po prostu zdradą, a w najlepszym przypadku potraktowaniem jak kogoś niepoczytalnego. O szacunku nie ma mowy.
A przecież też nie chodzi o to, żeby powiedzieć takiemu: a weź się zabij, twoja sprawa - bo to dla odmiany zimny cynizm.

I jedyne słuszne rozwiązanie znajduję takie jak w przypadku nieuleczalnej choroby - zmartwieniem powiernika samobójcy powinno być przygotowanie go na śmierć - żeby nie odchodził w złości, w pretensjach... żeby przed śmiercią wybaczył tym którzy go skrzywdzili. I wybaczył też sobie wszystkie błędy. Żeby śmierć nie była aktem desperacji czy zemsty, tylko połączeniem się z absolutem (jakkolwiek kto ten absolut rozumie).
Być może wybaczenie go odwiedzie, może nie... ale to już będzie jego własna decyzja - a nie manipulacja czy zdrada.



   
 
   
można się nie zgodzić:

podpis:
e-mail:
treść:

podpis: BG.
"Szlachetny człowiek umiera za zwykłego, banalnego".
Przez ludzi jest to tak postrzegane, ale człowiek jest człowiek.Czy szlachetny, czy banalny w gruncie rzeczy jest taki sam.

Myślę, że samobójstwo przez szarą perspektywę wynika właśnie z tego, że już dawno nie ma się rodziny, dorobku, wykształcenia i znajomych. A więc chyba nie ma co rzucać. Ewentualnie ostatnią rzecz, którą można rzucić to reklamówka z kawałkiem chleba.

podpis: niewdziosek
"Zwykła depresja" też może być źródłem zbyt wielkiego bólu, ale nie fizycznego, lecz pochodzącego z psychiki. Tak więc decyzja o samobójstwie sprowadza się do strachu przed zbyt wielkim cierpieniem.

podpis: S.
Zgoda co do pierwszego zdania. Może być (nie musi).
Ale zawężenie do strachu jest przesadzone. Mniej o strach chodzi - bardziej o niechęć do nieustannego beznadziejnego wysiłku bez perspektywy na odrobinę szczęścia.

podpis: niewdziosek
A nie jest to strach przed nieskończoną szarością, nijakością, powtarzalnością?

podpis: mrowka
e-mail: izia211@o2.pl
ale wychodzisz z założenia, że decyzja o samobójstwie jest dobrze przemyślana. A co, jeśli to jest efekt choroby? Wtedy przecież nie panujesz nad swoimi pomysłami, nie docierają do Ciebie żadne racjonalne argumenty i tak naprawdę nie ma znaczenia, jak wygląda przyszłość. Fajny pomysł z tym samobójstwem dwustopniowym, bo pewnie w 90% przypadków by się okazał skuteczniejszy niż jakiekolwiek próby ratowania - ale znowu - to dotyczy tylko tych, którzy panują nad swoim umysłem. A tacy chyba jednak rzadko się decydują na popełnienie samobójstwa.

podpis: BG
Tak, zgadzam się z Mrówką.
Są osoby, które tak naprawdę nie są świadome swoich czynów, które nie wiedzą do końca co robią.

podpis: niewdziosek
A czy "normalni ludzie" wiedza tak naprawdę do końca, co robią - są całkowicie świadome skutków swoich czynów?

podpis: S.
Decyzje o samobójstwie nawet przemyślane obciążone są ciśnieniem emocjonalnym - stąd preferencja dwustopniowego samobójstwa. Zgadzam się jednak, że mało kto postąpi dwustopniowo - bo częściej decyzja ma cechy desperacji - a desperacja dwustopniowa...? No nie. Desperacja jest jednostopniowa.
A i pewnie nie sprawdzi się też uszanowanie woli przyszłego samobójcy (chociaż jestem przekonany, że mogłoby bardzo pomóc ustabilizować emocje) - bo każdy w zetknięciu z przyszłym samobójcą jest skupiony bardziej na tym jak go odwieść niż jak go zrozumieć. Wszystkie telefony zaufania z założenia wpisane mają zdradę - i tylko samobójca, który chce być odwiedziony może skorzystać z takiego rozwiązania.

Dopisałem do artykułu P.S.

podpis: S.
mrówka - Skasowałem przypadkiem o obciążeniu sumienia - że można odwieść a się tego nie zrobiło...
Cóż - to dylemat moralny: zachować się uczciwie i z szacunkiem wobec człowieka który podzielił się swoimi zamiarami, czy zachować się wg kanonów kultury i obyczaju - które każą ratować człowieka przed nim samym.
Dla mnie odpowiedź, że należy chronić przede wszystkim własne sumienie nie jest oczywista.

podpis: mrowka
jeszcze się zastanawiam, czy przypadkiem nie jest tak, że powiedzenie komuś o samobójczych zamiarach jest po prostu wołaniem o pomoc i prośbą o uratowanie. Z jednej strony. Bo z drugiej jest też obciążeniem odpowiedzialnością tej drugiej osoby. Ale jeśli chcesz się zabić, to nie mówisz o tym, chyba tak to działa...

podpis: Biała Gała
samobójca nigdy nie powie o swoich zamiarach.

podpis: S.
Jasne. Bo może się spodziewać jedynie histerii lub zdrady - a na pewno nie zrozumienia.

podpis: N.
Nieprawda. Nie zgadzam się. To co piszecie to bardzo popularny mit na temat samobójców. Że jak rzeczywiście chce się zabić, to nie powie.
Ci którzy chcą, czasem o tym mówią, a czasem nie. Tak samo ci, którzy mówią, czasem tylko wołają o pomoc, a czasem mają bardzo realne plany. Nie ma reguły. A uogólnianie w tym wypadku jest bardzo niebezpieczne.

Generalnie w tym tekście widzę dużo słusznego, ale tyle samo wątpliwego.
No pierwsze z brzegu (resztę "wygarnę" później, bo teraz czas mnie goni): założenie, że z osobą mającą myśli samobójcze da się na ten temat rzeczowo i logicznie porozmawiać, jest bardzo miłe i ładne ale błędne. Może czasem rzeczywiście się da, ale najczęściej takie osoby albo same są w bardzo silnych emocjach (a emocje wyłączają mózg), albo są tak przygnębione i zamknięte w swojej wizji rzeczywistości, że tak naprawdę nie zależy im na konfrontowaniu tej wizji z wizją innych ludzi.

podpis: Biała Gała.
Wydaje mi się, że w ostatnim zdaniu zaprzeczyłaś sama sobie.
czyli wychodzi jednak na to, że nie chcą o tym rozmawiać bo im nie zależy, bo są zamknięte.
a wątpie, że znajdzie się taki ktoś kto zapyta "chcesz się zabić?" i sam wyciągnie informacje o zamiarach samobójcy.

podpis: N.
Biała Gała - ale te dwie rzeczy się nie wykluczają. Można z kimś rozmawiać i być zupełnie zamkniętym na to, co ta osoba do Ciebie mówi. Takie słuchanie bez przyjmowania do świadomości.
Ja nawiązuję do tego, co napisał Sikor w 7 akapicie (o tym odnajdowaniu właściwej oceny rzeczywistości).
Chodzi mi o taką sytuację, w której człowiek myśli o samobójstwie, bo nie widzi w swoim życiu już totalnie żadnych perspektyw, choć w rzeczywistości te perspektywy istnieją. I teraz: jeśli dobrze zrozumiałam, Sikor uważa, że taki człowiek jest w stanie w otwartej, rzeczowej rozmowie, np. z kimś bliskim, zmienić swój ogląd rzeczywistości, "skorzystać z mądrości otaczających ludzi". A ja uważam, że to raczej nie jest realne, bo depresja ma to do siebie, że jest odporna na jakąkolwiek argumentację.

podpis: S.
To i jeśli rozmowa będzie wyglądała tak, że jeszcze będzie fajnie i co ty w ogóle gadasz - to nie liczyłbym, że ktoś będzie chciał słuchać.
Zamiast opętania myślą jak tu odwieść - potrzeba realnego zrozumienia i szacunku dla odczuć i zamiarów. To może być podstawa do porozumienia się. A co dalej... to już zależy...
To nie samobójca ma problem z komunikacją tylko ten który próbuje do niego przemawiać. Samobójca, jeżeli już mówi, to wie o czym - czego nie można powiedzieć o jego potencjalnym powierniku - który zwykle wygłasza frazesy.

podpis: Biała Gała.
---- S. ---- Musiałem skasować bo chyba nie przeczytałaś co jest powyżej.

podpis: N.
"To i jeśli rozmowa będzie wyglądała tak, że jeszcze będzie fajnie i co ty w ogóle gadasz - to nie liczyłbym, że ktoś będzie chciał słuchać." --> No i z tym się całkowicie zgadzam - i takich "rozmów" w ogóle nie biorę pod uwagę, bo to z rzeczowością i otwartością nie ma nic wspólnego. Pocieszanie w ogóle się nie sprawdza, a tylko jeszcze bardziej wkurza. Jak mówię o rozmawianiu, to od początku mam na myśli pokazywanie takiemu człowiekowi konkretów i prawdy (a nie tanich ściem, że wszystko będzie ok), bo tylko rozmowa na poziomie konkretów ma tu jakikolwiek sens, a nie jakieś zabawy w pustosłowia.
Samobójca ma nie tyle problem z komunikacją, co z widzeniem swojej przyszłości w innym kolorze niż czarny. I ten problem jest na tyle duży, że może blokować komunikację - bo tak naprawdę co by się nie powiedziało, to to ma małe szanse przedarcia się przez tę grubą warstwę czarnych myśli.

A jeszcze co do szacunku - szacunek to potraktowanie zwierzającego się nam człowieka na poważnie i pokazanie mu, że się go rozumie, że on ma całkowite prawo do takich myśli i uczuć. Ale nie rezygnacja z odwodzenia go od tej decyzji. Ja, w swoim małym światopoglądzie (+ wiedzy, + szczątkowym doświadczeniu), samobójstwa nigdy nie uznam za dobrą opcję, więc też logiczne, że za każdym razem przekonywałam i namawiałam przynajmniej do wstrzymania się z takimi planami.

P.S. I zdążyłam jeszcze przeczytać o tym rozśmieszaniu, zanim poszło w kosmos. No racja, są takie momenty, że się da i może to być jakiś tam sposób na dotarcie do człowieka. Ale akurat depresję da się (a nawet należy) leczyć i medycyna już nawet nienajgorzej sobie z tym radzi (więc raczej od tego bym zaczęła).

P.P.S. I znowu chciałam w 2 zdaniach, a wyszło jak zawsze. Sorki.

podpis: S.
Różnice miedzy naszymi poglądami są subtelne - ale dość istotne.
Używasz słowa "nigdy" wobec samobójstwa. Czyli na wstępie jesteś zamknięta na wszelkie możliwe racje samobójcy. To jak możesz umieć zrozumieć?
Depresja nie wiąże się z upośledzeniem umysłowym - tylko, że nic nie jest w stanie cieszyć. Taki człowiek widzi konkrety i prawdę, którą możesz mu pokazać - ale nie poprawi to jego nastroju. Więc on się wcale nie zamyka na argumenty - ale one nic dla niego nie znaczą. Nawet najmądrzejsze argumenty mają dla niego znaczenie frazesu.
Trzeba się odwoływać do jego aktualnej wrażliwości a nie do jego intelektu. Więc najpierw trzeba go zrozumieć - bo inaczej wszystko psu na budę! A jak zrozumieć nie akceptując jego racji??? Skoro on uważa samobójstwo za jakieś rozwiązanie - to trzeba też uznać je za jakieś rozwiązanie i dopiero później szukać lepszego. I wcale nie jest takie pewne, że zawsze istnieje lepsze rozwiązanie!
A Ty już na wstępie uważasz, że on błądzi a Ty nie.
Zawsze w jego oczach będziesz zamkniętym ortodoksem - bo on rozumie o czym Ty mówisz, ale Ty nie rozumiesz o czym on mówi.

podpis: S,
P.S. Znikające komentarze są efektem ataku robaków na moją stronę - kiedy atakują to wyrzucam wszystko co nie jest wcześniej zachowane - więc może się zdarzać, że komentarze nikną bez śladu.

podpis: N.
"Nawet najmądrzejsze argumenty mają dla niego znaczenie frazesu." - Hm, no właśnie dokładnie o to mi chodzi. Nie wiem, może jakoś niejasno się wyrażam, następnym razem postaram się precyzyjniej.

To jest tak: ja też uważam samobójstwo za jakieś rozwiązanie. Tylko nie uważam go za rozwiązanie dobre. Znowu niuans, który robi różnicę. I naprawdę potrafię zrozumieć, że człowiek będący w jakiejś tam konkretnej sytuacji całkiem poważnie bierze pod uwagę opcję zakończenia życia. Ja też mam parę kryzysów na koncie (z resztą, chyba jak każdy człowiek) i wiem jakie myśli przychodzą do głowy w takich momentach.
Ale ta zasadnicza różnica polega na tym, że ja wierzę w to, że jednak można znaleźć jakieś lepsze rozwiązanie.

podpis: S.
To już akt desperacji mamy trochę opisany.
Zostało jeszcze po prostu szczęśliwe zakończenie życia.

podpis: Zdzichu
Znów bije Pan w mur Panie Sikora
Dzisiejszy świat stracił kontakt z rzeczywistym życiem, powiedziałbym nawet że "życiem" się gardzi dlatego jest teraz obwarowane świętościami i zamknięte. Mamy więc "żyć aby żyć" i "jak żyje to jest super" a przecież takie myślenie w ogóle nie odpowiada rzeczywistości w której są problemy, i NAPRAWDĘ sytuację bez wyjścia.
To obrzydliwe że samobójcom odejmuje się zdolność oceny świata czy w inny sposób sugeruje upośledzenie. Nie podoba mi się też że gdybym popełnił samobójstwo to wszyscy myśleli by o mnie w kategoriach- tchórz, egoista, głupek, słaby był. Żeby rozważać samobójstwo wcale nie trzeba mieć depresji czy być po amputacji nogi. Jestem pogodnym człowiekiem, myślę czasem o samobójstwie chociaż nic nie zmieniło się specjalnie żeby decyzja o tym musiała być podyktowana jakimiś katuszami.

Bardzo ciekawy i potrzebny temat. Gratuluję i pozdrawiam.

podpis: Kris
Ja bym chciał wrócić do samego artykuły i do kanonów naszej kultury.
Więc wydaje mi się, że jednym z kanonów jest prawo/przykazanie, że nie wolno zabijać. Na ogół rozumie się to jako nie zabijanie innych ale w ogólności dotyczy również samego siebie.
W naszym prawie i kluturze jest tak, że po prostu prywatny człowiek nie ma prawa zabić człowieka.

Skoro jest to niedozwolone to nic dziwnego, że główne wysiłki idą w kierunku zapobieganiu.

podpis: Biała Gała.
nie wiem czy skumałam: czyli wychodzi na to, że samobójstwo jest zapobieganiem zabijania innych?

w kontekście wiary samobójstwo jest złe.
jest po prostu złe i koniec.
to Bóg życie daje a więc i Bóg życie odbiera.
samobójstwo jest kwestią niewiary.

podpis: mackooff
e-mail: boomslang(at)wp.eu
Jeśli ktoś jest całkowicie zamknięty na wizję śmierci samobójczej to oznacza tylko to, że nie czuł nigdy wystarczającego bólu, aby zrozumieć drugą osobę, która tak się czuje i postawić się na jej miejscu i chociaż spróbować zrozumieć. I o tyle o ile ból psychiczny ciężko uznać za całkowicie logiczny powód do śmierci, bo jednak on zależy od otoczenia, a otoczenie się zmienia.
To o tyle fizyczny, silny ból można za logiczny uznać. Człowiek jest cały czas ze swoim ciałem i bólem, cierpieniem.
Najczęściej w obliczu i tak śmierci w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy. Naleganie, aby osoba cierpiała męki, tylko dlatego, że nie możemy się z nią rozstać jedynie aktem tchórzostwa i samolubności.

Biała Gała a co do boga rozpoczynającego i kończącego życie jest to śmieszne. "To myśmy z mamusią te całą robotę za bociana odwalili", a co do zakończenia życia, jeśli bóg ma władzę nad całym naszym życiem i światem to i ma moc żeby powstrzymać samobójcę i dać mu nadzieję czy poprawić jego sytuację, ale tak patrząc na statystyki to jednak mu się nie udaje bo co 40 sekund na planecie Ziemia ktoś się zabija. A boską moc chyba najlepiej kwituje Woody Allen :
"Gdyby Bóg nie chciał, byśmy się masturbowali - dałby nam krótsze ręce"

podpis: Kris
"...czyli wychodzi na to, że samobójstwo jest zapobieganiem zabijania innych?..."

Biała zupełnie nie tak. Zabijanie jest zabronione, nie wolno zabijać ludzi, więc w szczególności nie wolno zabić człowieka, którym jestem ja sam.

Jeśli chodzi o religie katolicką to mamy przykazanie : nie zabijaj.
Dla niewierzących również mamy prawo i tak jak było w tekście, kanony kultury - nie zabijaj jest na pewno jednym z takich kanonów.

Apropos mackooff, piszesz bardziej o eutanazji (mam wrażenie). Ponadto piszesz : "...co do boga rozpoczynającego i kończącego życie jest to śmieszne...". Tata z mamusią muszą wykonać pracę owszem, ale normalnie jest to konieczne, lecz niewystarczające (jakoś tak wiele par, które chcą mieć dziecko i fizycznie według lekarzy wszystko jest w porządku, wykonują prace konieczną i… nic) nie wiem ile tu jest decyzji Boga, ale sama decyzja człowieka jest często niewystarczająca.

Jeśli chodzi o śmierć to człowiek powinien sam decydować czy, kiedy i kto ma umrzeć ? (eutanazja, samobójstwo) Zdaje mi się, że takie rozwiązanie nie jest dobre dla nas ludzi. Te sprawy są bardzo trudne i skomplikowane i każdy przypadek jest osobny i wyjątkowy. W każdym przypadku decyzje podejmowane przez zaangażowanych ludzi są na pewno silnie naznaczone emocjonalnie i nie mam zamiaru ich oceniać, ale w ogólności przyznanie praw do samobójstwa czy eutanazji uważam za złe.

podpis: mackooff
e-mail: boomslang(at)wp.eu
Kris seks jest mechaniczny zapłodnienie też. Nie widzę w tym ręki boga, co najwyżej rękę ojca... tudzież matki w sumie wariantów jest sporo. Dużo dzieci rodzi się przez przypadek typu ups.. za późno. Co do ludzi którzy nie mogą mieć dziecka to jest to sprawa biologiczna.
Eutanazja i samobójstwo jest tym samym, te same powody(generalizując) ten sam skutek tylko to jest inne nazywanie pewnego warunku samobójstwa, eutanazja(przeznaczona dla ludzi którzy sami się nie zabiją z przyczyn fizycznych) jest chwytem psychologicznym głównie dlatego, że samobójstwo źle się kojarzy, a publicznie, w mediach i w prawie nikt nie będzie używał tego słowa wszystko ma być uładzone ot poprawność polityczna masz historia jak urodziła się eutanazja.

A co do przyznania praw... istotnie zabawne jeśli ktoś jest w pełni sprawny fizycznie nie potrzebne mu prawo do samobójstwa. Założy obrzydliwy krawat, który dostał od teściowej, przywiąże go do kamienia, i ziuuu do rzeki.
Skoro bóg dał wolną wolę człowiekowi to poco mu czegoś zakazywał? Zgodnie z tym człowiek powinien robić co chce. To jest wolna wola, jak pojawiają się zakazy to jest to przedział lewostronnie domknięty, albo prawo zależy od której strony czyta się biblie.

podpis: Biała Gała.
Mackooff bzdury gadasz.
To nie jest kwestia tego, że Bóg ma moc.
Niech se ją ma. Tylko, że on nam dał wolną wolę.
I to od nas zależy czy popełnimy ten grzech.
W kontekście wiary jest to grzech.
I to nie jest tak, że rodzice odwalili za bociana robotę i oni nam życie dali.
Chodzi o to, że to tylko Bóg przeczynił się do początku świata a ludzie są tylko narzędziem.
To on dał początek życiu. Nie tylko ludziom, ale wszystkiemu. Tylko, że akurat tu mowa o samobójstwie.

"Skoro bóg dał wolną wolę człowiekowi to poco mu czegoś zakazywał? Zgodnie z tym człowiek powinien robić co chce."
Wolna wola to nie jest SAMOWOLKA, tylko możliwość wyboru pomiędzy opcjami.
I to nie działa na zasadzie, że się robi co chce, tylko decyduje pomiędzy tym a tym.

Kris zgadzam się.
Ciało człowieka jest w pewnym sensie świątynią Ducha Świętego, a więc nawet jakiekolwiek ascetyczne podejście też jest zabronione.
"w ogólności przyznanie praw do samobójstwa czy eutanazji uważam za złe."
Ja też. Nazywajmy rzeczy po imieniu. To się po prostu nazywa morderstwo (eutanazja).
W oczach Boga jest to morderstwo i grzech.
Jednak czemu ma służyć te morderstwo.
Uniknięciu cierpienia? Jeśli tak to nie mam pojęcia jakie będę skutki.
To już nie ludzkie sądy.

podpis: mackooff
e-mail: boomslang(at)wp.eu
Biała gała
wolny wybór masz tylko wtedy jeśli nie grożą ci żadne konsekwencje lub wybierasz między czymś porównywalnym w kontekście wiary zawsze masz kij i marchewkę. To nie jest wolny wybór bo wybierasz między piekłem, a niebem, a logiczne jest, że osoba cierpiąca (lub nie) za życia nie chce cierpieć po śmierci. To nie jest wybór. Szczególnie jeśli osoba zrozpaczona pragnąca zakończyć cierpienia trafiłaby w jeszcze gorsze cierpienia :) W istocie twój bóg daje wybór ograniczony który nazywa wspaniałomyślnie wolnym wyborem - taki boski marketing.

To,że ktoś tworzy klocki z których ktoś inny może zbudować zamek, misia, motor, czy co tylko innego zapragnie nie znaczy, że stworzył tego misia,
Skoro twoi rodzice mają wolną wolę, to ty wynikasz tylko z ich chęci stworzenia ciebie bóg nie ma tu nic do rzeczy.

podpis: Biała Gała.
Każdy wybór niesie ze sobą przecież skutki czy efekty.
"Twój Bóg" wiesz....gadanie.
Boski marketing :D hm...myślę, że Bóg nie potrafi kłamać.
Tylko to my czasami twierdzimy, że wiara jest ograniczona, że tylko kij i marchewka.
Może trzeba ją dokładnie zbadać, znaleźć więcej możliwości.
Może to nie wiara jest ograniczona tylko my, tworząc właśnie takie mity na temat boskiego marketingu.

"Skoro twoi rodzice mają wolną wolę, to ty wynikasz tylko z ich chęci stworzenia ciebie".
To tak się da? :)))

podpis: mackooff
e-mail: boomslang(at)wp.eu
nie zrozumiałaś

podpis: Biała Gała.
bardzo możliwe :D
ewentualnie nie dałam sobie wytłumaczyć.

podpis: S.
W kwestii śmierci chcę zwrócić uwagę, że pozostawianie tak ważnego wydarzenia przypadkowi nie wydaje mi się zbyt szczęśliwe. Jeśli ktoś święcie wierzy w nauki kościoła to faktycznie nie ma wyboru. Ale w innym przypadku samodzielne wybranie najlepszego momentu na śmierć wcale nie jest głupie.

P.S. W sprawach tego czego bóg chce a czego nie - proponuję rozwijać wątek w temacie "i powstał bóg" - bo jakoś nie wydaje mi się, że ktoś ma pewne informacje. Pozostaje kwestia w co kto wierzy.
Gdyby to bóg wyznaczał każdemu moment śmierci, to musiałby decydować prawie o wszystkim - począwszy od dyplomów lekarskich a kończąc na listach pasażerów pojazdów które nie dotarły szczęśliwie na miejsce. Nie uwierzę, że to bóg układa listy pasażerów.

podpis: Zdzichu
Eh katolicy...
Zabierają głos w dyskusji ucinając ją autorytatywnym sądem wynikającym oczywiście nie z rozumu a swojej doktryny (przez to ma się wydawać oczywisty i bezwzględny) Chodzi mi o niektóre powyższe zdania w których stwierdzano że jest to "dla nich" coś złego przez "wszyscy" nie powinni mieć takiego prawa.
Takie dyskusje są potrzebne ale wyglądają zazwyczaj jak głupie kółka bo wszyscy wiedzą że jedyne rozwiązanie wszystkich tego typu problemów jest rozwinięta demokracja w której nie ma monopolu na wartości przez co różne grupy społeczne mogą się realizować w pokoju z innymi. Bo w takim kraju ludzie posiadają prawa ale nikt nie każe przecież z nich korzystać.
Swoją drogą nie rozumiem dlaczego katolicy tak się rzucają. Przecież ci biedni geje, ludzie po aborcji, eutanazji czy inni grzesznicy balują na swoje konto. Skoro uważacie że bóg mnie ukarze to nie piętnujcie mnie za niego teraz.

podpis: S.
Podczepiając się nieco pod Zdzicha wyrażę się tak:
skoro sam bóg daje nam wolny wybór to ludzie tego wolnego wyboru nie powinni odbierać innemu człowiekowi.

podpis: Biała Gała.
Zdziuchu...w sensie, że ja?
Ja tylko zaproponowałam inny pryzmat.
Wiesz...na zasadzie "co by było gdybyśmy popatrzeli z tej strony" :)

podpis: N.
Widzę, że trochę mnie ominęło w międzyczasie. Ale ja może wrócę sobie do tego, na czym skończyłam ;)

"To już akt desperacji mamy trochę opisany.
Zostało jeszcze po prostu szczęśliwe zakończenie życia." --> No i tu przyznaję bez bicia, że ogarnięcie tego jest ponad moje możliwości. Kiedy czuję się szczęśliwa w życiu, to chcę to życie kontynuować a nie kończyć. Tak jakoś mam. I nawet gdybym w którymś momencie zrobiła jakieś racjonalne podsumowanie tego życia i wyszłoby mi, że \'owszem było nieźle, ale obiektywnie patrząc to już nic mnie fajnego raczej nie spotka, więc może jednak pora się zwijać\', to i tak wygrałaby ciekawość tego, co się może jeszcze wydarzyć dalej. Z reguły wolę być niż nie być, bo a nuż jeszcze się coś ciekawego zdarzy i mnie to ominie.

podpis: S.
Jakiekolwiek było by życie szczęśliwe - w końcu może nadejść taki moment, że dalej już się robi nieciekawie. Piszesz - ciekawe co jednak jeszcze... niby racja, ale w pewien sposób życie od jakiegoś momentu staje się przewidywalne. A długość życia jest naprawdę relatywna - 30 lat czy 80 - to nie ma decydującego znaczenia. A nie ominie nic czego nie ma. Lub też: i tak ominie wiele rzeczy bo świat się nie skończy.
Nadal uważam, że tak ważnej rzeczy jak śmierć nie należy zostawiać przypadkowi.

podpis: Kris
Nie należy zostawiać przypadkowi ? A niby jak.
Jedyny sposób aby uciec przypadkowi, losowi itp. to załtwić to tu i teraz, zaraz. Każde planowanie jest ryzykowne.
Generalnie jeśli ktoś jest zadowolony i chciałby żyć to nie ma wyjścia jest zdany na nieprzewidywalne, chyba że żyć nie chce to może wziąć los w swoje ręce. Więc postulat aby nie pozostawiać śmierci przypadkowi jest nawoływaniem do samobójstw. !!!

podpis: S.
Nie piszę, że koniecznie trzeba wyprzedzić przypadek - bo rzeczywiście mały to sens. Ale zdanie się w pełni na przypadek też. Ja propaguję pozytywne myślenie o samobójstwie.
I widzę w tym dobre strony. Poza ewentualnym wyborem czasu i sposobu - naturalnie rodzi się głębsza ocena sposobu życia. Średniowieczne memento mori powoduje, że mniej się tego życia marnuje.
A kiedy się mniej myśli o śmierci to i płycej się myśli o życiu.

podpis: Kris
Do poczytania (w temacie)
http://tygodnik.onet.pl/33,0,42537,1,artykul.html

podpis: kobieta
Nie chcesz żyć gdy okażesz się ciężarem dla bliskich, Polska padnie z braku kasy( szpitale, itp.) i dalej, jak zachorujesz ciężko i konieczna operacja a trzeba czekać długo a prywatnie nie stać, czyli bez pracy, kasy, nadziei, ciężar dla bliskich a ty masz coraz bardziej dość to co pozostaje ... ja wiem, bo już długo myślałam nad tym.

podpis: S.
Tak naprawdę to niejedna osoba przemyśliwała temat w kontekście siebie.
Chociaż wybór tego rozwiązania w przypływie stanu beznadziejności - to dość pesymistyczny wariant.
Tak myślę, że w stanie pogodzenia się ze światem (nawet w sytuacji przymusowej) samobójstwo nie jest wcale przygnębiające - może być równie pogodne jak śmierć ze starości po wypełnieniu się życia.

podpis: Robocik
Nie rozumiem tego do końca - kto daje samobójcy prawo do decydowania kiedy ma odejść? Pomijając przypadki oczywiste (nieuleczalna, bolesna choroba itp) NIGDY nie jest za późno na zmianę życiową, NIGDY nie jest za późno na walkę z bólem (o ile mówimy o bólu psychicznym, depresji). Życie zostało nam dane, uzyskaliśmy samoświadomość, własne JA - a skoro tak, to trzeba je do oporu wykorzystać, bo nie ma pewności czy dostaniemy kolejne. Według mnie główną przyczyną większości samobójstw jest LENISTWO - bo naciśnięcie spustu trwa tylko chwilę, praca nad sobą - wiele, wiele czasu. Dlatego o wiele łatwiej wybrać to pierwsze. Łatwiej i głupiej.

podpis: S.
Robo - trochę w tym za dużo frazesu. Tak chętnie oceniasz - a może jednak spróbować zrozumieć.
To nie są proste sprawy, żeby tak lekką ręką rzucać łatwe oceny.

podpis: Robocik
e-mail: robofh@wp.pl
Przyznaję się bez bicia, że upraszczam celowo, być może na siłę, lecz inaczej nie jestem w stanie. Jestem w stanie zrozumieć powody i motywy - ale nigdy zaakceptować tego rodzaju decyzję. Cierpienie i ból moralny powinny być motorem do działania aby sie ich pozbyć - nie motorem do ucieczki w niebyt.

podpis: mackooff
@Robocik
Z tym "dawaniem prawa do samobójstwa" to jest to zaiste śmieszny i ciągle powtarzany slogan, nie wiedzieć zresztą po co bo do niczego nie prowadzi.
Ogólnie w twojej wypowiedzi daje się wyczuć negowanie samobójstwa na siłę,a nawet samej myśli że można się zabić w moim mniemaniu to dziecinne podejście do tematu. Co do samego upraszczania to jest bezsensowne bo to nie jest instrukcja obsługi w podpunktach i prowadzi do wielu błędów i braku zrozumienia tematu jako całości. Ogólnie za dużo oskarżeń. Z kole trochę to nielogiczne, mnie zawsze uczono, że zrozumienie prowadzi do akceptacji (ot tak dziwna szkoła filozofii).
A czepiając się tego strzelenia sobie w głowę, to rodzaj wybranego samobójstwa mówi bardzo dużo o człowieku.
Generalnie można to podzielić na szybką (błyskawiczną, bez świadomości umierania) i powolna śmierć (ze świadomością umierania) oraz bardzo wydłużoną tj wyrok jest pewny, gdzieś w jakiejś przyszłości.
Strzał w głowę - szybka w zasadzie bezbolesna śmierć, zazwyczaj pod wpływem chwili - ludzie słabi lub nie chcący cierpieć, co jakoś wydaje mi się logiczne i świadczy jednak że ktoś nie był idiotą.
Z kolei śmierć wolna, jakaś słaba trucizna, czy podcięcie sobie żył, jeśli ktoś wybiera taki sposób śmierci jest świadom do końca swojej decyzji i ma możliwość ją przerwać więc jeśli umiera to jest naprawdę zdeterminowany i wie czego chce wg. mnie należy się takim osobom pewnego rodzaju szacunek.
Z kolei trzecia grupa np. HIV/AIDS (tak są znane przypadki celowego zarażania się !) to daje ludziom swobodę do działania wiedzą że umrą i zaczynają korzystać z życia na potęgę - np. biorą kredyty i szaleją.
No i nawiązując ogólnie do artykułu Sikora, to według jego 'wyznaczników' przykładem samobójstwo z rozsądkiem jest chociażby Petroniusz (przynajmniej tak to widzę). Jeśli śmierć jest długo planowana to wygląda zupełnie inaczej jest bardziej dystyngowana i elegancka.

podpis: Robo
Ojoj. Wyszło, że mam biedny za proste podejście do tak złożonego tematu jakim jest odebranie sobie życia. Jeśli jest ono brane za infantylizm - nie będę się kłócił, wolę takie dziecinne poglądy, niż komplikowanie rzeczy - w moim mniemaniu - prostych.
Wymieniłem dzisiaj filtr w kranie. Pobrudziłem się przy tym i nakląłem za wszystkie czasy, bo przerdzewiał i nie chciał wyleźć. Rozmawiałem potem przez Skype z Szanowną Rodzicielką Moją, muszę wysłać jej ważną paczkę. Dostałem odsetki za zapomniany rachunek za prąd w garażu z roku 2009, które wkurzyły mnie mocno, bo żeby tyle naliczyć, to lekka przesada, zdziercy z energetyki. Potem biegałem po lesie przy osiedlu, korzystając z dobrej jesiennej pogody. Potem kupiłem ogórki małosolne... potem... potem...
Dlaczego to piszę? Bo to wszystko co robiłem złożyło się ostatecznie na jeden dzień mojego życia. Ani lepszy ani gorszy, normalny. Czasami te dni są bardzo bolesne i w podsumowaniu przynoszą cierpienie, czasami zaś przyjemność i satysfakcję.
Nie pamiętam żebym żył przedtem, przed zaistnieniem jako ten gość którego w lustrze widuję. Wiem tylko tyle że żyję teraz, w tej teraźniejszości. Kiedy zakończę funkcjonowanie, być może będę kim innym, lub też nie będzie mnie już wcale, te dni które przeżywam, to wszystko co sobą reprezentuję, moje myśli, uczucia, pamięć, ból, szczęście - istnieje szansa, że rozpłyną się w niebycie. Nie ma dowodu, że tak będzie. Nie ma dowodu, że tak nie będzie.
Dlaczego mam to przyspieszać? Dlaczego mam na siłę przerywać swe istnienie?
Oczywiście, mam takie prawo, bo to moje życie. Pytam tylko - PO CO? Powtarzam - nic, poza ciężkim cierpieniem fizycznym nie usprawiedliwia takiej decyzji. Jest to w moim odczuciu zbyt wczesne poddanie się. Ten specyficzny kolaż myśli i uczuć wszelakich jest jedynym jaki mi dano - zejście z boiska przed gwizdkiem, bo sama gra jest zbyt brutalna, jest dla mnie opcją nie do przyjęcia. I dlatego nie rozumiem - i celowo nie chcę i nie będę rozumieć - tych, którzy robią coś takiego.

podpis: S.
Robo - tyle napisałeś, żeby podsumować banałem.
Na pytanie dlaczego - odpowiedź już padła we wcześniejszych wpisach i w samym artykule.
Nie uznajesz tych odpowiedzi - Twoje prawo - ale nie wprowadzasz nic nowego.

podpis: aleksandra
e-mail: APAP888@rocketmail.com
Smierc jest najgorsza kiedy umierasz a ona nie przychodzi to prawda wiedzialam o czym mowie a moj powiernik tak mna manipolowal zebym starala sie wybaczyc wszystkim ale w srodku nie moglam dziecko mi umieralo w srodku kopali mnie jak sie dowiedzieli ze bylam w ciazy i nie chcieli zebym zyla zeby ono zylo zgwalcili mnie wposcili trucizne potem publicznie nie dajac rady wstrzyknelam trucizne (troche z musu ale chyba nie mialam wyjscia przeniesli mnie do astralu i tam robili ze mna co chcieli)poddalam sie bez walki zbyt wielu wrogow wokolo mnie) teraz zyje zycie ze mnie ucieka powoli oni sie smieja czuja sie jak bogowie mi pluja w twarz ja powiedzialam rozpadam sie powiernik powiedzial rozpadnijmy sie razem to nie mile tylko adekwatnie do sytuacji aby ladnie wygladalo a zarazem znaczylo tyle co ja bede zyl ty umierasz (trucizna byla oplacona przez powiernika) na koniec dali mi lalke i poszlam do windy jak wrocilam na dol otruli mnie znowu i powiernik tak mnie kopnal w brzuch ze polecialm na sciane nie moglam sie ruszyc nie pamietam co bylo dalej tylko nie moglam poznac siebie zapadle policzki kosciotrup to nie ja to nie ja extasy przy wstrzyknieciu? (raczej gwalt tylko niestety doszlam ktos mna tez wtedy manipulowal mentalnie) wciagneli mnie w gre i zabili mi dziecko a potem mnie powiernik pooszedl na na 69 z kobieta ktora zabila mnie i otruwa wlasne dzieci i innych takze przyjechala karetka respirator zadzialal potem nie pamietam co sie dzialo lezalam czy teraz chca mi pomoc nie chce pomocy od mend ktore mnie tak skrzywdzily chca spalcic dlugi aby sie usprawiedliwic przed samym soba ja mowie nie wasza wina i tak pozostanie i proscie mnie o wybaczenie nie bede miala litosci ani kszty serca dla potworow i nie jestem marionetka i nigdy nie bedzie ok mam nadzieje ze karma istnieje i ze zycie wam odda za to co mi zrobiliscie nie jestescie ludzmi

podpis: ona
Gdy już nie czuje się nic, radość to luksus. Ból tylko cały czas i nienawiść do życia to jak niby żyć. Wtedy śmierć wydaje się lekiem na ból życia na ziemi, gdy walczyć już nie chcesz, a ranić bliskich też nie chcesz dłużej. Do życia nic nie ciągnie bo już nic się nie liczy i wtedy już nic nie wstrzymuje od decyzji. Obojętność zabija wszystko a żyć bez uczuć się nie da, to męka i wybór czego życia bez niczego czy śmierci jako wolność dla mózgu skoro i tak na ziemi już czuje się jak w trumnie.

podpis: S.
Jednak lepiej odchodzić w zgodzie ze światem niż w bólu - bo część tego bólu się zostawia po sobie.
O zgodę można się postarać - znikając ze swojego dotychczasowego środowiska (bo tam jest wszystko co tworzy ciśnienie) i w nowym otoczeniu powinien nadejść spokój. Zamienić obojętność bolesną na spokojną.
Gdyby spokój nie nadszedł to może być jednak choroba głowy - a to może znaczyć, że odejście nie jest z wyboru, tylko rodzajem manifestacji - to już gorzej.

podpis: N.
Przeczytałam dzisiaj i od razu mi się przypomniał Twój artykuł i tutejsza dyskusja nt. samobójstwa, więc podrzucam linka dla ciekawskich: : spoleczenstwo.newsweek.pl/kiedy-czlowiek-wybiera-smierc--prof--konrad-michel-dla-newsweeka,80784,1,1.html [jak nie będzie działać to dodać h t t p : / / na początku - tu nie mogłam bo mnie filtr antyspamowy przyblokował]

podpis: S.
Przeczytałem, w wielu miejscach ma rację - ale jest jednak wytworem naszej kultury i dość ortodoksyjnie się wypowiada. Trochę mi tam brak większej elastyczności w myśleniu.
 
podpis: grzegorz lipiec
e-mail: ...
piękny i mądry traktat