Anegdoty z życia naszego kabaretu

Anegdoty

Oto parę opowieści z naszego życia w trasach, z występów, z prób.



POLITYCZNA OPOWIEŚĆ

Kabaret Potem nigdy nie brał się za politykę, brzydzi się polityką. Dlatego opowiemy Wam historię z udziałem takiego jednego. Otóż, była Fama, jeszcze czasy głębokiej komuny, kabaret Potem z grupą znajomych mieszkał w namiocie wojskowym (w tamtych czasach tak kwaterowano na tym festiwalu), grali na gitarach, śpiewali i jak to młodzi, porządni ludzie, upijali się. Do namiotu wpadła ekipa zapowiadając wejście ówczesnego ministra Aleksandra Kwaśniewskiego, żeby niczego nie zmieniali, ma być na luzie, młodzieżowo... Kabaret Potem nie był zadowolony, zwłaszcza że za chwilę do namiotu wpadli kolesie z reflektorami, kamerami, bezczelnie nagrywali wszystko i wszystkich, za nimi wszedł Kwaśniewski i zaczął drętwą, szalenie młodzieżową gadkę, powiedział żeby się nie przejmowali, mogą nadal śpiewać bo on też śpiewa, więc nie obce mu są te klimaty, po czym usiadł na łóżku jedego z Potemów. Łóżko się złamało, Kwachu poleciał na ziemię i tyle było z reportażu. Czmychnęli czym prędzej do innej młodzieży. Tak oto Kwaśniewski złamał łóżko kabaretowi Potem. Aha, w nerwach zostawili wódkę.

JAK WYSTĘPOWALIŚMY W PEGEERZE

Mnie na szczęście nie było jeszcze w kabarecie. Opowieść tę znam od chłopaków. To były ich początki. Przyjechali właśnie z ich pierwszego festiwalu kabaretów PAKA w Krakowie i od jurorów dowiedzieli się dwóch rzeczy: że mają możliwości ale powinni z programu wyrzucić skecz o golfiście (jeden z najgorszych tekstów na świecie). Skeczu nie wyrzucili, za to rozpłynęli się w lekkich pochwałach . Od innych kabaretów nauczyli się, że teraz to tylko trzeba jeździć i zarabiać. Pojechali więc do Morynia aby w Pegeerze wystąpić na Dzień Kobiet. Wśród publiczności były wyłącznie starsze kobiety, usadzone przy stolikach, bo to przecież ich dzień, sterane, smutne i głodne (lata 80-te). No właśnie - głodne. W czasie gdy one głodne siedziały przy stolikach, kabaret Potem je zabawiał, nieskutecznie zresztą. Nikt nawet nie patrzył w ich stronę. Wyobrażacie sobie?! Nawet na nich nie patrzyli! Nagle na scenie pojawił się pan, który nie bacząc na śpiewającego Sikorę, powiedział do mikrofonu: „Przez chwilę nie będzie herbaty, bo brak ciepłej wody". Przez salę przeleciało: „Buuuuu!". Była to największa reakcja publiczności tego dnia. Po chwili wpadł drugi pan i powiedział: „Zaraz będą ciepłe kiełbaski" a trzeci pan przebiegł z garnkiem pełnym kiełbasek między mikrofonami. W życiu wszystkich kobiet na sali coś się zmieniło. Były nadal smutne ale już nie głodne. Dodam jeszcze, że poniewierkę tę wzmógł brak kurtyn. Chłopaki chowali się na kolumnami Eltron. Pełne poniżenie. Po latach super wspomnienie.

Anegdoty

PIES BYŁ CHORY

Smutny notorycznie spóźniał się na próby. I zawsze miał niesamowite powody, z którymi nie mogliśmy dyskutować. Po prostu ciężko było sprawdzić czy akurat mówi prawdę czy nie. W związku z tym, tak na wszelki wypadek, wszystkie jego tłumaczenia traktowaliśmy jako kłamstwa. W najlepszym razie wyrafinowane kłamstwa. W swojej kolekcji łgarstw miał: gołoledź, wypadek autobusu (na próby dojeżdżał z Żagania), chorobę mamy, imieniny żony, zatrzaśnięcie się w domu, zalanie mieszkania ... Najczęściej jednak nie wiedział, że jest jakakolwiek próba. Doprowadzał nas tym do szału. Potrafił spóźnić się 5-6 godzin, a czasem w ogóle nie przyjechać. Naturalnie potrzebowaliśmy coraz bardziej wiarygodnych powodów tych spóźnień. Zmieniło się to diametralnie, gdy pewnego dnia po spóźnieniu na próbę tłumaczył, że pies miał sraczkę. No cóż. Od tej pory zmienił się nasz stosunek do Smutnego. Przestaliśmy mu wierzyć i nauczyliśmy się czerpać z tego radość.

JAK JEŹDZILIŚMY POCIĄGAMI

Kiedyś na koncerty jeździliśmy wyłącznie pociągami. Wtedy występowaliśmy średnio 2-3 razy w miesiącu, więc po prostu jechaliśmy i wracaliśmy. Nie trzeba było, mając na to tylko kilka godzin, dostać się z jednego miasta do drugiego. Była nas szóstka, więc mieściliśmy się w przedziale. Było wesoło. Wiadomo, że w pociągu łatwiej jest się rozluźnić, w samochodzie nie ma o tym mowy, zawsze jest pewne napięcie. Graliśmy w karty, gadaliśmy bzdury, śmialiśmy się i oczywiście dyskutowaliśmy o kabarecie. W pociągach mieliśmy sporo czasu na rysowanie świetlanej przyszłości. Jak robiliśmy nowy program, to za każdym razem mówiliśmy sobie: „To teraz!. Teraz będzie sukces! Teraz ludzie muszą zauważyć, że to co robimy jest świetne!" itd. A tu nic. Zupełnie nic. Ale nie załamywaliśmy się, bo wiedzieliśmy że zrobimy następny oszałamiający program, nagramy go do telewizji, otworzy się niebo i spadnie deszcz kwiatów. Sikora naiwnie wierzył, że w TV wystarczy pokazać coś dobrego, ludzie to zobaczą i docenią. Bardzo długo przekonywaliśmy się, że teoria ta dotyczy pokazania w telewizji wyłącznie czegoś niedobrego. Tym bardziej trzymaliśmy się naszych zasad. Odbiegłam od tematu pociągu, wiem. Ale ta jazda pociągiem na koncerty, to była jedna z tysiąca naszych zasad. Bo skoro jest to męczące i skoro robimy to - zależy nam na kabarecie Po latach dorobiliśmy się auta i nowej zasady, że skoro dorobiliśmy się auta - zależy nam na kabarecie.

JAK UCZYLIŚMY SIĘ JĘZYKA ANGIELSKIEGO

Był taki czas w naszym kabarecie, że chcieliśmy z naszą sztuką pójść w świat. Bynajmniej nie chodziło nam o zdobycie serc Polonii, to zbyt łatwe. Chcieliśmy zrobić karierę w Europie i wierzyliśmy, że jest to możliwe. Sikora ukuł teorię, że wystarczy się tylko nauczyć języka angielskiego i jedziemy. Wzięliśmy się do roboty, lekcje prywatne itd. każdy jak umiał. Sikora umiał przez wymądrzanie się. Gdy konsultowaliśmy swoją wiedzę z j. angielskiego zawsze kończyło się zakładami; czy mówi się "łaj" czy "hłaj" itd. Bezcenny czas miast przeznaczyć na zdobywanie świata, traciliśmy na zakładaniu się i popisach. Sikora co jakiś czas sprawdzał nasz angielski. Robił nam egzaminy. Po roku jednak idea padła jak zdechła kura. Trupem padła. W tym miejscu muszę podkablować Mirka i Smutnego, którzy nie chcieli się uczyć i opierali się władzy Sikory. Zdecydowanie nie uznawali jego autorytetu w dziedzinie języka angielskiego. Ponadto Sikora sam zniechęcony marnymi (jak na roczną naukę) wynikami, odpuścił i oddał się rozważaniom pt. "Dlaczego?". Nie było to zresztą pozbawione sensu gdyż rozważania pt. "Dlaczego?" przydały mu się jeszcze niejednokrotnie. A swoją drogą, ciekawe czy udałoby się nam zdobyć świat...

KLASY WYSTĘPÓW

Zawsze unikaliśmy koncertów w plenerach, na imprezach zamkniętych, ale w naszej karierze zdarzyło się parę takich haniebnych występów. Przedstawię Wam wyjątek z naszego regulaminu, dotyczący systemu unikania koncertów w złych miejscach. Zależnie od klasyfikacji płaciliśmy sobie do naszej kasy kabaretowej procent od gaży. Stworzyliśmy klasyfikację występów:
I klasa - ważne teatry, ważne festiwale (konieczna odświętność) - bez podatku
II klasa - teatry - podatek 5%
III klasa - Domy Kultury i Kluby Studenckie - 10%
Uwaga! Zaczyna się odstraszanie.
IV klasa - Stołówki, sale gimnastyczne, kawiarnie - 25%
V klasa - imieniny, dancingi, plenery, festyny - 50%
VI klasa - j.w. ale z „najebką"
Ciekawe: V klasę zaliczyliśmy jeden raz. Był to występ na festiwalu kabaretowym w Lidzbarku Warmińskim. Festiwal - więc wszystko w porządku. Sikora przyjął ten występ, według niego była to klasa III. Nie była. Była V. Dlaczego? Publiczność siedziała przy stolikach, piła alkohol od godziny 18:00, gdy na scenę weszliśmy była 24:00 a publiczność kompletnie pijana. Jedyne na co było ją stać to zaśpiewanie „Sto lat..." w skeczu „O królewnie Śnieżce". Jakieś nieświeże towarzystwo wzięło tę piosenkę za swoją. Byliśmy źli i zrozpaczeni. Ale jak zawsze nieugięci, więc Sikora zapłacił karę w wysokości 75% swojej gaży.

Anegdoty

JAK SIKORA RZUCAŁ KRZESŁAMI

W 1991 roku w warszawskim teatrze RAMPA odbyły się dwie premiery, Stanisława Tyma i kabaretu Potem "Bajki dla potłuczonych". Nasza premiera wypadła bardzo dla nas pomyślnie, bo dostaliśmy propozycję zagrania cały sezon. Tak jak premiera nam się udała, tak wszystkie następne występy były coraz gorsze. Po prostu fatalne. (i tu mam pytanie: Widzicie jacy jesteśmy szczerzy?) Zaczęliśmy się orientować, że coś za mało się śmieją, he he. Na początku uknuliśmy, że to wina "teatralnej publiczności". Teatralna - rozumiecie; skwaśniała, rozkapryszona, znudzona, dumna i wszystko co najgorsze. Jakoś musieliśmy się bronić. Po dwóch miesiącach szybciutko się poddaliśmy i uznaliśmy, że to nasza wina i popadliśmy we frustrację. Najbardziej Sikora. Myślał. To się nam nie podobało. Na następnej próbie przekonaliśmy się dlaczego. Na początku próby Sikora podniósł stół i rzucił nim o podłogę. Ja uciekłam a całość zajścia rejestrowałam z miną obiektywnego obserwatora, przez szparę w drzwiach. Nie muszę mówić, że używał tych ohydnych wyrazów na "ch" "k" "p". Nie muszę. Sikora szalał, mógł nas pobić a jednak nie zrobił tego. Doceniłam to po latach. Jezu, a najgorsza była maślanka (szał) w jego oczach (zdradzała determinację i brak rozsądku) i ta jego słynna bladość. Jezu, jak ja się bałam! Wrzeszczał na nas, że jak tak dalej pójdzie to skończymy jak inne kabarety, że on zrobi z nami porządek, że ze sobą też zrobi, że teraz będziemy próbować a nie jak do tej pory (rozłaziliśmy się na próbie jak robaki, jeden do toalety, drugi zadzwonić), że ja śpię na próbach (robiłam to, mój Boże! Robiłam!), że mamy się zdecydować czy jesteśmy dobrym kabaretem czy wiecznymi dupkami. Powiedzieliśmy, że dobrym kabaretem, ale on chyba nie dosłyszał, a szkoda, bo to była dobra myśl. Następnie kazał iść po zeszyty. Notatki będą - powiedział. Zdanie to znam już z relacji, bo w tym czasie sapałam biegnąc do pokoju po zeszyt (IX piętro). "Pisać!...Aśka, po tekście "jestem czerwony kapturek hej!" wychodzisz na proscenium i czekasz 5 sekund".

O JEDNYM TAKIM CO UKRADŁ PIOSENKĘ "ZRÓB KABARET"

Jak Jarek Jarosz (poprzedni pianista) ukradł piosenkę "Zrób kabaret". To, że ją przywłaszczył już wiecie. Ale jak on to zrobił?! Przyniósł piosenkę na próbę i powiedział, że napisał. Wszystkim się bardzo podobała (bo ona fajna jest), nauczyli się i pojechali na występ do Lublina. Śpiewając tę piosenkę jako premierę z przerażeniem zauważyli, że w pierwszym rzędzie kilka osób śpiewa razem z nimi. Kurczę - skąd znają? To przecież niemożliwe! Po koncercie natychmiast pobiegli do tych osób zapytać. Była to piosenka grupy "Nieznani sprawy z Lublina". Ot co. Mała kradzież. "Nieznani sprawcy z Lublina" pozwolili nam ją wykonywać, za co jesteśmy im wdzięczni.

HASŁO PINGWINY

Takim hasłem rzucało się przed występem, kiedy istniało zagrożenie, że ludzie nie będą się śmiać. Zwykle zaglądaliśmy przez dziury w kurtynie, ciekawe było jacy przyszli ludzie, czy są uśmiechnięci, czy młodsi (witaj nadziejo) czy starsi (moż być gorzej), czy są wystrojeni (aha - zaproszenia) więc się nie ubawią, bo nie zapłacili itd.…itd.… Żeby się psychicznie przygotować na ten szok, żeby się uodpornić, mówiliśmy sobie, że w publiczności siedzą pingwiny, i już było nam lepiej. Znaczyło to, że nie będą się śmiać bo to pingwiny. Wychodziliśmy na scenę, nie śmiali się, a my graliśmy dla pingwinów.

SIKORA ŚPIEWA

Leszek jest lękliwy przez sen. Po koncertach w hotelowych pokojach dużo ze sobą rozmawiamy, o kabarecie oczywiście, siedzimy do późna. Gdy Sikora po takich nocnych rozmowach wracał do pokoju (a śpi w jednym pokoju z Leszkiem) to Leszek zrywał się wystraszony, krzyczał i biegał po pokoju, jakby go kto przyszedł mordować: "Co?!!! Co się dzieje?!!! ... Co?!". Więc Sikora wymyślił fortel. I od tej pory jak nocą wchodzi do pokoju, śpiewa "Zrób kabaret po prostu zrób kabaret..." i Leszek jest spokojny. Sama słyszałam, robi dziwne wrażenie. A kiedyś, dużo wcześniej niż zwykle Sikora poszedł po papierosy ale Leszek już spał. Więc go Sikora specjalnie obudził i powiedział: "Sorry, że nie śpiewam ale jest za wcześnie".

JAK POWSTAŁ "KOPCIUSZEK"?

To bardzo ciekawe. Pisaliśmy właśnie jakąś bajkę, była próba, ale Kamol i ja chcieliśmy się zwolnić. Sikora pozwolił nam, z jednym warunkiem, że na następną próbę mamy przynieść swoje wersje Kopciuszka. Jeżeli nie, to dostaniemy za karę "szesnaście" (zwyczaj przyniesiony ze spływów kajakowych, 16 uderzeń na tyłek). Spoko - powiedzieliśmy i natychmiast zapomnieliśmy. Przyszedł czas próby, nie miałam ani słowa, wpadłam w przygnębienie, zaraz potem w panikę, nie miałam doświadczenia w pisaniu, bałam się, nic mi nie przychodziło do głowy. Była 20:45, próba o 21:00, nienawidziłam "szesnastu", ale pustka w głowie była faktem. Poleciałam do Kamola, jego widok wcale mnie nie zaskoczył, był w trudnej chwili - to pewne. Powiedział, że coś tam skleci, byleby było. Poleciałam do pokoju, wzięłam kartkę i z rozpaczą w mej biednej głowie, bojąc się potwornie bicia, zaczęłam pisać. Nie myślałam. Na próbie przeczytałam swoją wersję Kopciuszka i ku mojemu zdziwieniu wzbudził szał, wszyscy się śmiali do łez, a ja byłam dumna i szczęśliwa. Kamol pisał w podobnej atmosferze, była 20:55 gdy musiał wyjść do ubikacji, wiedział że nie zdąży, więc poprosił kolegę Przemka Rozenka aby pisał dalej. Przemek coś tak sklecił, Kamol dokończył i jego wersja również była super. Sikora te dwie wersje połączył i powstał z tego znany Wam "Kopciuszek" z "Bajek dla potłuczonych".

SMUTNY PRZERYWA W PÓŁ ZDANIA

Smutny przerywa w pół zdania, nie ma na to rady. Potrafi nam przerwać nawet w najbardziej gorącym momencie dyskusji. Na przykład:
Kamol - Absolutnie się z tym nie zgadzam! Nie!
Sikora - Kamol, nie ma sensu się kłócić, bo i tak musimy czekać na ich decyzję.
Kamol - Ale po co mamy czekać skoro oni... (Adam wchodzi do gdy)
Smutny - Sikora kiedy mamy próbę?
I nigdy nie słyszy tego co mówimy do niego. Na przykład:
Aśka - Smutny.
Smutny - (nic)
Aśka - Smutny.
Smutny - (nic)
Aśka -Smuuuutny!
Smutny - (o nie, jeszcze nie teraz)
Aśka - Smutny!!!
Smutny - (nic)
Aśka - (rezygnuje i zajmuje się czym innym, po kilku minutach...)
Smutny - Coooo?
I czy wiecie, że on to robi za każdym razem???
Anegdoty

W TELEWIZJI WYGLĄDASZ MŁODZIEJ

12 marca 1999r. mieliśmy występ w Mikołowie. W trakcie koncertu za kulisy przyleciał jakiś facet. Chciał się koniecznie widzieć ze mną. Nie udało mu się. Dopadł mnie po występie. Był lekko podpity. Rzucił się na mnie z okrzykami: "Jesteś tak niska jak moja żona!" Następnie zaczął mnie obcałowywać. "Czym ty pachniesz?! Nawet nie wiem co to jest?! Ile ty masz lat?! W telewizji wyglądasz młodziej!". Nieźle co? Poleciał do Leszka i powiedział mu: "Ta wasza babka stara jest. Noooo, pupa duża... ale może być." Przyleciał do mnie i pyta czy z kimś mieszkam. Od tej pory zaczęłam go skuteczniej unikać i czekałam tylko na moment kiedy wrócę do domu i będę Wam mogła o tym napisać.

Powrót do strony głównej