|
PRZEDWCZESNA PÓŁPROFESJONALIZACJA
Dopóki początkujący kabaret uważa się za początkujący - tak długo jest w stanie dynamicznego rozwoju. Szarpie się, eksperymentuje, bawi się i ciągle ma szansę na duży skok jakościowy.
No, ale w końcu się zdarzy jakaś nagroda na przeglądzie, seria bardziej udanych występów lub występ za poważne honorarium - i w młodych durnych głowach kiełkuje myśl: a może da się z tego żyć...
I zaczyna się jazda. Trzeba profesjonalnie się do tego zabrać! Szybki wywiad: jak się profesjonalizowali inni - i już jest plan działania gotowy. Wiadomo: plakaty, foldery, rider, menadżer, telewizja, konkursy, strona internetowa, youtube, warsztaty. Jakie to proste! Da się! Już tylko krok do cudownej przyszłości.
No i kabaret z okresu początkowego wchodzi w etap przedwczesnej półprofesjonalizacji. Kończy się etap przygody i zabawy, a zaczyna pogoń za pozycją na rynku showbiznesu. Opakować i sprzedać. W takim stanie psychicznym już nie ma mowy o skoku jakościowym. Jedyne na co można liczyć od strony artystycznej to wzrost poziomu wykonawczego na bazie doświadczenia. Jest to też wartość, tylko czy wystarczająca?
Walka o pozycję na rynku oznacza, że trzeba zacząć się liczyć z oczekiwaniami organizatorów i odbiorców. Koniec z własnym zdaniem. Od tej pory kabaret musi się kierować wymaganiami innych. Dobrze, jeśli przedtem osiągnął taki poziom zgodności własnych ambicji i wartości tego co robi, że oczekiwania jakie przed nim stoją są podobne do tego co lubi robić i w czym się dobrze czuje.
Ale nie w przypadku przedwczesnej półprofesjonalizacji. W tym przypadku jeszcze nie zaznaczył swojego charakteru na tyle silnie, żeby moc rozwijać ulubioną formę sztuki kabaretowej. Jeśli się zdecyduje na oryginalne podejście (a zdarza się to i tak bardzo rzadko), a trochę się noga powinie - to szybko zostanie naprostowany przez menadżera, organizatorów i publiczność. Nie ma wyboru - już musi być pajacykiem fikającym jak mu każą. Jeśli nie zechce, to wypada z rynku - a o powrót jest już trudno.
Jasne. Można fikać jeśli się potrafi i jeśli to nie narusza zbytnio dumy osobistej. Płacą lepiej niż w budżetówce. Nawet i na fanaberie wystarczy. I nawet można powiedzieć o sobie: jestem artystą. Czasem gdzieś za plecami słychać jak o kimś mówią: „chałturnik” ale nie ma pewności o kim.
I to właściwie tak wygląda dorastanie. Młodzieńcze przygody zostają zastąpione przez uposażenie. Nie ma co się czepiać artystów - wszyscy tak mają. Artystów bardziej widać, więc im dostaje się częściej niż innym statusiałym punkom, anarchistom, pacyfistom i różnym dawnym ideowcom.
Każdy musi się zestarzeć. Tylko po co się tak do tego śpieszyć?
Można przecież później się profesjonalizować. A może przez ten czas da się zaznaczyć swój charakter na tyle, że można będzie robić to co się naprawdę lubi, bez upokarzającego przymusu zadowalania przypadkowych widowni.
Żeby mówiąc o sobie „artysta” nie trzeba było uważać przy kim się to mówi.
|