MIĘDZY CHAŁTURĄ A BEŁKOTEM ARTYSTYCZNYM
Tak jak prawie każdy zaczyna swoją przygodę z kabaretem wyłącznie dla zabawy – tak prawie każdy po kilku latach z tej zabawy niewiele już ma.
Laikom może się wydawać, że kabaret to nieustająca zabawa, ale kto sam spróbował to wie, że to także stres, okresy niemocy twórczej i zwyczajnie zmęczenie.
Ale kto już raz osiągnął sukces, to tak łatwo ze sceny spędzić się nie da! Bo sukces wciąga. Więc (prawie) każdy rozgląda się jak tu ten sukces powtarzać w nieskończoność.
No i tu się drogi artystów rozchodzą.
Jedni szukają łatwego sukcesu poddając się woli ludu i robiąc wszystko czego ten potrzebuje. Sukces okazuje się i tak niełatwy – ale raz obrana droga determinuje dalsze poczynania artysty.
Tkwiąc w obowiązku rozśmieszenia jak największej liczby ludzi i zarobienia jak największych pieniędzy artysta powoli i konsekwentnie wkracza na ścieżkę chałtury. Ewolucyjnie przekształca się w wycierusa scen (a i również przyczep i sal weselnych) i tam dokonuje swego żywota artystycznego.
Inna grupa artystów poszukuje sukcesu w misji poprawiania świata i sztuki. Tu już nie chodzi o poklask tumów, tylko o tą elitę która może docenić i kilkoma słowami nadać poczucie sensu całemu wysiłkowi artystycznemu. Misja tak samo wciąga jak pieniądze.
Artysta owładnięty poczuciem misji nabiera powoli pogardy dla zwykłych prostych (a więc genialnych) rozwiązań – za to hołubić zaczyna wszelki bełkot artystyczny z tzw. Przesłaniem. Wytwarzając coraz większy bełkot nie zważa na odrzucenie przez widzów – bo czuje się lepszy i bezpieczny pod płaszczem misji. Po drodze staje się zgorzkniały i przeświadczony o tym, że przerasta swoje czasy, a ciemny lud woli klaunów bo jest prymitywny.
I tak już sobie cichutko obumiera.
Wizja kariery w obu przypadkach nie jest zbyt zachęcająca i świetlista. Na szczęście nie u każdego artysty choroba postępuje w szybkim tempie – i chociaż cały czas następuje regres, to tempo degradacji artystycznej bywa czasem na tyle powolne, że dopiero na starość widać mocniej jej skutki.
Nie widzę innej możliwości jak trzymać się jak najdalej od każdej z tych dróg. Ani łatwy sukces i popularność przeliczalna na pieniądze, ani naprawianie świata i sztuki (che che i kto to pisze...?!).
Jedyne co jest w stanie ratować od choroby, to permanentne szukanie przygody. Łatwo powiedzieć! Najwyższym stopniem rozwoju artysty jest zblazowanie. I to musi przyjść jak nie z sukcesami to przynajmniej z wiekiem.
Ale podobno i z raka można się wyleczyć jeżeli tylko ma się wystarczająco mocną wolę wyzdrowienia.
Więc dopóki zblazowanie nie poczyniło nieodwracalnych szkód dopóty można z tym walczyć.
|