| | |
można się nie zgodzić:
opinie:
podpis: Muktofch
e-mail: muktofch@gmail.com
"Prawdziwa oryginalność wynika ze swobodnego przepływu myśli i
skojarzeń, nie ograniczonego żadnymi ramami i nie poddającemu się
jakiejkolwiek próbie uporządkowania." Gdyby te słowa były mottem
każdego kabaretu...
"Bo jak człowiek się zmusza, żeby mieć więcej swobody, to gówno z tego wyjdzie" - "luzniej graj"
podpis: woitus
e-mail: loko_29@tlen.pl
No to ja bym się generalnie zgodził, bo mam podobnie (nie w zakresie
kabaretu, ale w innej formie zmagań twórczych).
Zawsze jak cos tam tworze dla własnej przyjemności, to jest to gatunkowo najlepsze i podoba się przypadkowym odbiorcom. A jak chce cos zdziałać z zamierzeniem dotarcia do publiczności, to wychodzi cienkusz. Czyli wniosek: trzeba zrezygnować z siebie-twórcy, a postawić siebie, w charakterze odbiorcy docelowego. I wtedy powinno wyjść OK. Prawdopodobnie może to wykluczać możliwość utrzymywania się z własnej twórczości, ale z drugiej strony sztukę tworzy się dla niej samej.
A jeszcze na pocieszenie pojadę cytatem: "Malarz maluje, to co się sprzedaje. Artysta sprzedaje, to co maluje". Jak się tak głębiej zastanowić, to przywołany Picasso wpisuje się w kontekst tego, co napisałem powyżej.
podpis: mrowka
Sikor, ratunku. W sumie nie wiem, gdzie to pytanie najbardziej pasuje, więc niech już będzie tutaj. Jest jakiś sposób na pozbycie się poczucia wiecznego debiutanta? A raczej - na opanowanie stresu związanego z podsyłaniem swoich tekstów komuś, kto Cię całkiem nie zna i nie wierzy, że coś potrafisz? Z jednej strony uwielbiam stawiać przed sobą nowe wyzwania, próbować zaimponować jakiemuś twórcy (jeśli wiem, że po nieudanym tekście nie odrzuci mnie całkiem), a z drugiej kiedy mam komuś nowemu pokazać, że cos potrafię, to mnie to strasznie frustruje :(
podpis: S.
Przyznam, że nie znam recepty na syndrom debiutanta. Im człowiek bardziej naiwny i wyrywny (a przecież uważam to za zaletę) tym bardziej narażony na uczucie tremy. Pocieszaj się tym (bo ja się pocieszam), że trema Ci przejdzie jak już całkiem się zblazujesz i będziesz miała wszystko gdzieś. (najwyższym etapem rozwoju artysty jest zblazowanie)
A to rzeczywiście jest nerwica - i lekarstwo jest takie jak na każdą nerwicę: nic z tym nie robić! Ale jeśli możesz odwrócić swoją uwagę innym priorytetem w takim momencie to uczucie stresu będzie mniejsze. Zawsze jak pokazujesz swoje teksty komuś nowemu to miej inną ważniejszą rzecz na głowie.
podpis: mrowka
Najśmieszniejsze jest to, że nie mam syndromu debiutanta, kiedy pokazuję teksty satyrykom. To jest element spełniania marzeń, więc odmowę/krytykę/brak odpowiedzi mam wliczone w koszt przedsięwzięcia i nic się nie stanie, jak napiszesz mi, że moje teksty są do niczego. Gorzej jak nagle mam szansę wyjścia z szuflady, ale przekonać do siebie muszę człowieka, który satyrę traktuje jak zło konieczne. Ble. Na razie czuję, że przegrałam, nie lubię tego, ale spróbuję rzeczywiście z innymi priorytetami. Dzięki.
Co do zblazowania - formułka ładna, tylko zastanawiam się, czy przypadkiem w tych przypadkach - Twoim - wiecznego poszukiwacza nowych form wyrazu i w moim - z potrzebą potwierdzania własnej wartości - czy to zblazowanie nie będzie oznaczało artystycznej śmierci. Jako ten ideał, do którego się dąży, pasuje. Ale jakby go sobie zrealizować... No chyba że zblazowanie na pokaz, dla innych.
podpis: S.
Dziwi mnie to pytanie. Oczywiście - zblazowanie to już koniec poszukiwań. Za to spokój i wygoda.
podpis: Włodek
Teoria nerwic wyłożona jest np. w "Integracja psychiczna. O nerwicach i ich leczeniu" A. Terruwe i C. Baars. Jeżeli Sikora tego nie czytał i sam to z siebie wysnuwa tzn. z obserwacji życia to ma facet wrażliwość i talent: duża wymiana informacyjna z otoczeniem.
podpis: rzepaPĄ
e-mail: rzepson.91@tlen.pl
Właśnie się dowiedziałem, że mam nerwicę:-) Chociaż póki co nie przedstawiałem swojej twórczości szerszej publiczności to rzeczywiście zacząłem już w głowie obmyślać przyszłość kabaretu. Taki stan trwa u mnie do tygodnia. Leczę się z tego dość dziwnym sposobem. Odkładam niedokończony tekst i zajmuję się układaniem monologów w myślach przy każdej okazji i na dość dziwne tematy. Po jakimś czasie owocuje to ciekawszym pomysłem, jakimś punktem zaczepienia. Jeśli nerwica trwa dłużej przekładam się na pisanie piosenek (jest to jednak bardziej określona forma). Póki co, nie zauważyłem z tego powodu jakiegokolwiek uszczerbku na jakości tekstu. Chociaż trudno jest to stwierdzić na podstawie ocen kilku osób, które po pierwsze widzą tylko sam tekst, po drugie nie mają doświadczenia w ocenianiu tekstu kabaretowego, a po trzecie nie powiedzą mi wszystkiego wprost. Jeśli mógłbym, to bardzo chętnie podesłałbym próbkę swojej twórczości Sikorowi. Wolałbym jednak, żeby cały program był już nagrany. Wtedy będzie widać wszystkie braki jak na dłoni. Póki co muszę poradzić sobie z poszukiwaniem członków bo mój sam nie wystarczy aby spłodzić kabaret. W akcie desperacji chyba stanę na ulicy z transparentem.
|
|