|
PROWOKACJE
Prawem artysty a już szczególnie kabaretowego jest drażnić i kpić z widzów.
Umiejętne balansowanie w drażnieniu się z widzami to wielka sprawa. Nie mam wątpliwości. Niby trzeba robić za błazna, ale można trochę podrażnić się panią Publicznością, której się wydaje, że jest królową wszystkich błaznów (chociaż niestety słusznie).
Oprócz drażnienia istnieją jeszcze prowokacje - czyli zaatakowanie wprost wyznawanych wartości. Zajęcie to ryzykowne - kiedy się śmiechem dotyka się religii, moralności, wrażliwości, godności.
Ja tak przyrównał bym to do rzucania nożami w cyrku w tarczę z przypiętą kobietą (ciekawe, czemu zawsze kobieta...). Jak ktoś naprawdę umie, to może może rzucać - ale jak ktoś trafia 9 na 10, to lepiej żeby tego w ogóle nie próbował.
Prowokacje uznawane bywają za odwagę artysty. Hm... cóż... Rzeczywiście się narażają. Ale też narażają obiekt swoich ataków. Pytanie: kogo bardziej zaboli?
Wielcy a popularni artyści mogą odczuć wyraźniej negatywne skutki prowokacji - ale też większa szansa, że prowokacja przyniesie jakąś dyskusję. Natomiast mało znani sami niewiele ryzykują a mogą narobić dużo szkód. Nierzadko prowokacje bywają przejawem odważnej głupoty lub odważnego chamstwa - pierdzielnę z nadzieją, że będzie ostro, ale bez krwi. I będzie show!
No właśnie - show! Podejmowanie tematów spoza granic poprawności - dla nowatorstwa lub manifestacji odwagi, a bez innych powodów - to syf. Tak właśnie uważam - syf. Jest wiele rzeczy dla których warto być niepoprawnym. Nie uważam jednak nowatorstwa ani demonstracji odwagi za wartość dla której warto szarpać ludźmi. Porzyganie się na scenie tylko dlatego, że nikt inny tego nie zrobił... publiczne oplucie symboli religijnych, żeby pokazać pogardę dla strachu... - to niczym nie usprawiedliwiona wulgarecha.
Więc osobiście nie jestem zwolennikiem prowokacji w kabarecie. W jednym kącie prowokator zaciera radośnie ręce, że jaki to odważny. W innym kącie "znawcy" zacierają ręce, że wreszcie ktoś dopierdzielił gnuśnemu społeczeństwu. A pośrodku "gnuśne społeczństwo" które nie rozumie czemu zostało tak potraktowane. Zamiast osławionej "refleksji" tylko złość lub rozczarowanie.
I co teraz ze społeczeństwem, które nie zrozumiało? Tłumaczyć ideę? Wypiąć się? Przepraszać za nieporozumienie?
Bo dla kogo ta prowokacja? Dla społeczeństwa które nie rozumie? Dla samopoczucia artysty? Czy dla garstki tych, co rozumieją, ale uważają, że dotyczy to wszystkich wokół ale nie ich?
Więc słowo do "intelektualistów" którzy kochają się w prowokacjach i cieszą się, że ktoś wreszcie dał do myślenia.
Rzadko która prowokacja daje naprawdę do myślenia. Zwykle kończy się na niesmaku albo dyskomforcie większości widzów o którym zechcą jak najszybciej zapomnieć. Natomiast ta część widzów, których prowokacja pozytywnie podnieciła, odczuwa tylko prymitywną satysfakcję, że ktoś dopierdzielił tym bezmyślnym. Refleksji jak nie było tak nie ma.
No więc gdzie tu wartość?
Umiem docenić odwagę tych, którzy narażają się dla osiągnięcia głębszej refleksji. Jeśli ktoś potrafi tak urazić swoich widzów, że wstrząs prowokuje myślenie - to jestem za. Ale do tego trzeba wielkiej klasy. Bo świadomie urażając jednocześnie trzeba być razem z tymi, których się uraża i rozumieć co czują. A w większości prowokacji nie dostrzegam sensu innego niż pusta manifestacja lub wątpliwy show.
|